Osaczona

(Nie bez powodu tytuł jest rodzaju żeńskiego.)

Wyobraź sobie, wyjrzyj za okno albo po prostu wróć do przeszłości. Oto kwitną kasztany. Właśnie wyszłaś z ostatniego egzaminu maturalnego. Czujesz, że cały świat już teraz stoi przed Tobą otworem. Możesz wszystko. A na pewno nie dasz się włożyć w role, w jakich żyją niemal wszyscy wokół Ciebie. Ty będziesz robić coś wielkiego. Zaczniesz od tego, że za kilka tygodni dowiesz się, czy przyjęli Cię na wymarzone studia. A teraz masz najdłuższe wakacje w życiu. Jeśli je masz. A za kilka lat… ach, będzie cudownie!

Wróćmy jednak do kwitnących kasztanów. Nie, już przekwitły. Teraz otwierasz kopertę. Kolejną. Decydujesz. Wybierasz mniej lub bardziej wymarzony kierunek studiów. W stolicy. Albo poza nią, więc niektórzy mówią, że to też na prowincji. Ale – najważniejsze – daleko od tej Twojej. Boisz się, jak sobie sama poradzisz w wielkim mieście bez mamusi, ale cieszysz się, że się stąd wyrwiesz. To pierwszy krok ku temu, by nie być jak inni. Szarzy, żyjący od pierwszego do pierwszego, uważający, że całym sensem ich życia jest znaleźć męża/żonę, spłodzić ze dwójkę dzieci i pracować, nieważne gdzie, ale by żyć godnie, a nie tylko od pierwszego do pierwszego… i tyle. Ty chcesz więcej. Spełniać marzenia, osiągać sukcesy, robić karierę, mieć z pracy coś więcej niż odbębnione godziny i suchą wypłatę. Mieć satysfakcję. A w życiu być po prostu szczęśliwą. Z mężem i dziećmi wcześniej czy później, nie kiedy “wypada”, a kiedy po prostu przyjdzie na to czas.

Ale jeszcze nie wiesz, że tu wrócisz. Tu się nic nie zmieni, ale ty…

Tymczasem jednak wróćmy na studia. Początki – jak każde – nie są najłatwiejsze. Ale to i tak właściwie najłatwiejsze, co Cię czeka w kolejnych latach życia. Pierwsze znajomości, sesje, miłości, sukcesy, porażki, dramaty. Z czasem zaczynasz czuć się tu jak ryba w wodzie. Zaczynasz kochać to miejsce. Albo nienawidzić. Studiujesz, praktykujesz, pracujesz – robisz, co musisz lub co chcesz. Bronisz licencjat, inżyniera…

Pstryk! I już za chwilę minie pięć lat, magister na ukończeniu, może i magister kwadrat na wykończeniu. Obrona i…

… i miało być tak pięknie. Wymarzona praca, a przynajmniej praca w zawodzie. Kariera. Wielki świat, wielkie miasto, wielkie pieniądze, może wielkie sukcesy. Korporacje, nazwiska, kultura organizacji. Chłopak, narzeczony, mąż, dzieci – i wieku, dajmy na to, 35 lat wszystko tak, jak chciałaś. Nikt Ci nic nie dyktował, wszystko osiągnęłaś sama z mniejszą lub większą pomocą tych życzliwych i wbrew działaniom tych “życzliwych”. Masz wszystko w swoim czasie. Pracę, rodzinę, przyjaciół, szczęście, satysfakcję. Jak w bajce? Bajki się zdarzają. Gdy nauczysz sobie radzić z codziennością i wyznaczać priorytety. Ale tak to miało być…

A jak jest? Cóż, wracasz z podkulonym ogonem tam, skąd przybyłaś. Ambicja nie pozwala siąść za kasą, szukasz wyzwań. “Sorry, taki mamy rynek pracy”, mówią jedni. “Nikogo nie potrzebujemy, tniemy etaty”, mówią drudzy. W końcu lądujesz w lokalnej firmie. W prowincjonalnej korporacji (bo tak ten typ zarządzania zwać trzeba: korporacją). Biurze. Urzędzie. Instytucji.

Niby szczęśliwa, bo nawet w zawodzie. A nawet jeśli nie, to i tak lepiej niż wielu Twoich znajomych ze studiów.

Niby usatysfakcjonowana, bo pracą i stanowiskiem można się pochwalić. Przynajmniej z nazwy, skoro nie z obowiązków.

Niby zadowolona, bo przynajmniej część pracy jest ciekawa. A część rzeczy po prostu lubisz robić. Resztę da się przeżyć. Zwłaszcza że nasz całkiem sympatycznych najbliższych współpracowników.

Niby nie możesz narzekać, bo nie tylko wystarcza od wypłaty do wypłaty, możesz pozwolić sobie na wszystko i do tego jeszcze jakimś cudem coś zaoszczędzić. Co z tego, że nie wydasz na kino, bo do najbliższego masz 60 km, więc wolisz spiracić jakiś film online.

Niby po pracy masz się czym zająć i na nudę nie narzekasz, a dobie godzin zdecydowanie brakuje. Realizujesz się w pracy i po pracy, masz do kogo gębę otworzyć. Oczywiście, zawsze znajdzie się jakieś “ale”… ale kiedy ich nie było.

Niby… niby masz wszystko. Pozostało czekać na księcia z bajki. Kiedyś się zjawi. Kiedyś? Oj, nie tędy droga, kochana! Na prowincji nie ma kiedyś! Bo im mniejsze miasteczko, tym… gorsze od wsi. Bo ty przecież 24 godziny na dobę powinnaś chcieć nie kiedyś, a już. Tylko tego, niczego więcej:

No bo w tym wieku… nie jest ważne, co chcesz w życiu osiągnąć, gdzie być, dokąd dojść, co masz w głowie. Nie, to są jakieś banialuki! Marnujesz życie! Nie szalejesz (a co to kogo obchodzi, że szalałaś przez calutkie studia, a teraz szalejesz może mniej widowiskowo, bo z głową, ale na brak rozrywki nie narzekasz). Bo by to robić, trzeba mieć chłopa! Narzeczonego. Męża. Nie, w sumie z mężem to już nie zaszalejesz. Ale jak nie masz męża do 30-tki, to dno i dwa metry mułu. Kaplica. Nikogo nie interesuje, że ty masz w życiu jeszcze parę innych punktów do odhaczenia. A ten mąż nim być nie powinien.

No, ale cóż. Jesteś, gdzie jesteś, i facet – kandydat na męża zamiast być rzeczą naturalną, staje się celem. Do którego, masz wrażenie, powinnaś dążyć z pełną… desperacją. Bo zobacz,  co się dzieje w tej Twojej pracy. Dajmy na to, w firmie pracuje pół miasta. Trzy czwarte żyje domniemanym romansem X z Y, połowa plotami z całego powiatu, jedna trzecia – perypetiami uczuciowymi Twojej najbliższej w pracy koleżanki. A pozostali? Nie próżnują – oni właśnie szukają Ci faceta. Nawet koleżanka zza biurka, którą bardzo lubisz, w każdej możliwej sytuacji nieco złośliwie sugeruje, że ten podstarzały kawaler metr pięćdziesiąt w kapeluszu to Twój wyśniony, wymarzony, już was widzi na ślubnym kobiercu… ach, och! I niby wiesz, że żartuje i aż tak źle Ci nie życzy, ale jednak. Rzuca takimi tekstami nazbyt często i już dawno przestało Cię to bawić. A jak nie ona, to przecież już ktoś pyta, czy może dać Twój numer znajomemu, ktoś inny daje go komuś tam, a ktoś inny zna kogoś, kto… I masz ochotę już tylko krzyczeć: “Ratunku!”. Albo recepcjonistce kazać zbierać podania. Przynajmniej będziesz mieć opał na kolejną zimę.

Do tego kolejna koleżanka zaraz wychodzi za mąż, inna rodzi kolejne dziecko, kolejna kurczowo trzyma się chłopaka, bo już w tym wieku innego, a co gorsza: lepszego!, przecież nie znajdzie (masz wrażenie, że 5 lat temu słyszałaś od niej to samo… a ten to już jej piąty chłopak od tamtego czasu i co kolejny, to… gorszy).

Masz też znajomą, która spotyka się niemal co chwilę z innym. Bo desperacko pragnie wejść w rolę. Bardzo desperacko – aż żal. I wiecznie w depresji, bo się umawia, a to ciągle nie TEN, a to wydawał się inny, a to się nie stara… a ty się postarałaś? Nie, Ty nie musisz? Do tego spędza czas tylko przed tv i laptopem, wyjść na piwo, do dyskoteki, na imprezę, na festyn 50 m od bloku, na wspólne zakupy, choćby do głupiej Biedronki czy innego Rossamanna… nie, po co? A potem płacze, że nie ma znajomych, nie ma faceta, wolne dni spędza sama. Ale faceta to znajdzie. Przez fejsbuka, telefon, sympatię, czata czy innego swata. I ty też powinnaś brać z niej przykład! No bo co Ci po tym, że się spełniasz na innych polach, masz bliżej lub dalej kilka czy kilkanaście osób, z którymi możesz pogadać, spędzić czas, wyjechać? Co Ci po tym, że jesteś szczęśliwa, bo nie sypiasz więcej niż 6 h i robisz to, co lubisz? Lepiej spać po 10, siedzieć w czterech ścianach i… marzyć, że książę z bajki przyjedzie na białym rumaku i zbudzi śpiącą królewnę. Ale wszyscy wokół  i tak powiedzą Ci, że to tyś głupia i powinnaś tak samo jak ta księżniczka.

Nawet mama. Dopytuje w każdy weekend co dzień (szczęście w tym nieszczęściu, że tylko weekendy z nią spędzasz), kiedy będzie miała zięcia. Nie zapyta, co w pracy, po pracy, jaki masz plan na najbliższy rok, gdzie chcesz być za 10 lat… Nie. Ją interesuje to, co jej znajomą czy sąsiadkę. Albo ojca Twojej koleżanki mężatki spotkanego gdzieś w sklepie czy pod kościołem. Przecież oni wszyscy pytają – oczywiście!, o cóż by innego? – czy masz tego chłopaka, czy nie… No bo już wypadałoby na ślub prosić, dzieci rodzić. Bo jak to tak, w tym wieku nie mieć?

A ty chcesz, by ktokolwiek zapytał o Twoją pracę. Problemy. Pasje. Zainteresowania. Hobby. Znajomych. Kino. Książki. Muzykę. Nawet religię i politykę. Nadchodzące wybory i bieżące wydarzenia. Conchitę. A co tam – nawet o zdechłą krowę sąsiada. Nowo otwarty market. Ferrari proboszcza i nową kochankę prezesa Z. Szaleństwa syna wójta z córką burmistrza. O cokolwiek, co zależy tylko od ciebie, twojej pamięci (do zasłyszanych plot), wiedzy czy umiejętności.

Miłość i związki to coś, co wszyscy znamy. Co nas interesuje, kręci i zajmuje wiele czasu i myśli. Co mamy lub czego szukamy. Co oglądamy w filmach, serialach i teledyskach. O czym czytamy w książkach i na blogach. O czym śpiewają wokaliści, wokalistki i zespoły. To jest temat top, bo to uczucie najważniejsze z najważniejszych. Ale czy TY w tym wszystkim nie jesteś ważna? Czy bez niego i was nie ma ciebie? Nie wiem… może ja jestem jakaś dziwna, że uważam, że ten temat wałkowany na siłę, jeszcze z nutą desperacji (nie mówiąc o jej wadze liczonej w tonach), staje się zwyczajnie męczący. Zwłaszcza przy tym większym niż twoje własne zainteresowaniu wszystkich wokół – bądź co bądź – najważniejszym aspektem twojego życia. To ludzkie wtykanie nosa zwyczajnie osacza. Zabiera sens szukaniu tej drugiej połówki, gdy tę połówkę ktoś – nawet jeśli w dobrej wierze – chce ci wcisnąć na siłę i już. Branie tego, co ci rzucają – to chyba nie o to chodzi, prawda? I nie o to też chodzi, by całe swoje życie i wszystkie siły podporządkować znalezieniu faceta, by to było jedynym celem i pasją, prawda? No bo gdy już go mieć będziesz, co ty z nim będziesz dzielić, o czym rozmawiać, w  co uciekać, gdy się np. pokłócicie? Jeśli własnego prywatnego świata mieć nie będziesz, to to, że otoczenie wkłada Cię w pewną ramkę, “bo już czas”, wcale nie sprawi, że będziesz szczęśliwsza.

Lepiej żyć, korzystać z życia, realizować się, pozostawać czujnym i otwartym na to, co niesie życie. Wszystko w swoim czasie. Dziś, jutro, za rok, dwa… Wychodzę z założenia, że w schematów i ramek, w które chcą cię włożyć sąsiedzi, znajomi i rodzina, nie warto się przymierzać na siłę. Oni wymagają tych ram od ciebie, bo sami innych nie znają.

Ja się buntuję. W nie moich ramach wszystkiego mi się odechciewa, nawet jeśli o czymś marzę i śnię. No, może  nie odechciewa mi się tylko ucieczki na drugi koniec tego męcząco-jęczącego monotematycznie świata.

A Wy? Wpasowujecie się w takie lub inne schematy, czy buntujecie przeciwko nim? Zgadzacie na “trzeba”, “wypada”, “już czas”, czy wolicie swój rytm?

Fot.: picjumbo.com

PS: Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest przypadkowe :)