Marzenia do Spełnienia (3/5)

Od ostatniej części tego – jakby nie patrzeć – cyklu minęło trochę czasu. Jak i od ostatniej notki, ale cykl zaniedbałam bardziej. Chciałam go wrzucać regularnie, raz na miesiąc, tymczasem od drugiej z pięciu części Marzeń do Spełnienia mija dziś 47 dni. Skoro więc Marzenia do Spełnienia to lista nie tylko marzeń oderwanych od rzeczywistości, lecz i rzeczywistych celów – w tym tych do zrealizowania nie tylko w odległej przyszłości, ale i już w 2014 r. – spełniać marzenia zacznę od spraw przyziemnych. I planów na już.

10. Zacznijmy więc od rzeczy małych, a taką jest cel: do 13 czerwca br. opublikować Marzenia do Spełnienia 4/5, a do 13 lipca (tu, ze względu na dość pracowite i zabiegane dwa pierwsze tygodnie lipca i niepewną przyszłość urlopową, termin może ulec przesunięciu, maksymalnie o tydzień) zakończyć cykl Marzeń do Spełnienia. Wiecie już zatem, o czym w najbliższym czasie najpewniej poczytacie, jeśli czasu zabraknie na inne wpisy :)

9. Skoro jesteśmy przy rzeczach przyziemnych, zaplanujmy maj: do 31 maja zakończyć wszelkie kosmetyczne prace na blogu. Niby zostało niewiele, ale rozproszonych drobnych spraw. Trzymajcie kciuki, bym mogła odhaczyć ten punkt jak najszybciej :)

8. Odważyć się na samodzielną wyprawę zagraniczną (i lot samolotem!) i pojechać do Bremy. A właściwie: skorzystać ze spontanicznego urodzinowego zaproszenia, jakie złożyła mi koleżanka tam rezydująca. Czas na realizację: do września 2014.

7. Kupić nieduże, zgrabne i ekonomiczne autko. Jeszcze w maju lub najpóźniej jeszcze kalendarzową wiosną. A najlepiej – do 1. rocznicy zdania egzaminu.  Trzeba w końcu zrobić użytek z nieużywanego od roku prawa jazdy! Inaczej się nie da, a i na prowincji bez samochodu to prawie jak bez ręki: niezależności – żegnaj.

6. Czytać więcej. Książek. Częściej odwiedzać bibliotekę. Cel na drugą połowę (licząc od teraz) roku 2014: połknięcie co najmniej 1 książki w 14 dni (mało, ale przy aktualnym trybie życia, zbliżającym się lecie, sezonie imprez, wystaw i festynów w pracy, poszukiwaniom sukienki i butów dla mnie jako świadkowej oraz mojej ślepocie wymagającej oszczędzania oczu, trzeba dawkować sobie przyjemności:). Czyli skoro do końca roku pozostaje 232 dni, to zaokrąglając i nie wliczając właśnie czytanej kniżki, 17 pozycji to żaden wyczyn. Pikuś. Za rok będzie książka na tydzień, za dwa lata… ;)

5. Zgodnie z najnowszymi trendami… zapuścić brodę! :P Nie, nie, żartuję! Wąsy dla Adasia zapuszczałam tylko na Facebooku, brody dla mody zapuszczać nie będę w ogóle. Ale zafunduję sobie na pewno jakąś amatorską (chyba że trafi się okazja do przejścia takiej w pełni profesjonalnej) metamorfozę. Kobieta zmienną jest, ja poza lekkim odświeżeniem koloru włosów dawno niczego nie zmieniałam… pora to zmienić. Plan jest taki, by wykonać go w 2014. Pomożecie? ;)

4. Poznać W REALU – i nie mówię tu o przejmowanej przez Auchan (przejętej już?) sieci popularnych hipermarketów – poznane w sieci koleżanki blogerki. Kolegów też, jeżeli takowi będą, ale na razie na mojej liście celów jest zaledwie kilka dziewczyn, które chciałabym spotkać nawet dziś. Co nie znaczy, że czytuję tylko kilka blogów i lista takowych blogerek i blogerów nie może być dłuższa. Z różnych względów: częstotliwości odwiedzania, komentowania, czytania, a w związku z tym stopnia zaawansowania wirtualnej znajomości na tę chwilę jest to po prostu tylko kilka osób. Wszyscy przypadacie do zblogowAnego serducha Any w różnym tempie i w różny sposób. Ono jest otwarte na każdego, więc “lista celów” może się zmieniać dynamicznie. Ale sami wiecie, że jeszcze się taki nie narodził…  Ja też nie każdemu do gustu przypadam. Ale ciekawa jestem, czy moje “cele” domyślają się, że trafiły na początek listy celów :)

3. Pójść kiedyś na jakiś mecz reprezentacji Polski. Skoki były na liście marzeń, siatkarze (chlip! chlip! Nie miałam szczęścia do biletów na mistrzostwa świata!) już też, o szczypiornistach chyba jeszcze nie pisałam (kto o nich pomyślał – medal mu się należy, ale tym razem nie o ich mecz chodzi)… Tak, dobrze kombinujecie: zostaje piłka nożna. Wielkich wrażeń sportowych się nie spodziewam, ale atmosfera jest ponoć niepodrabialna (nawet mimo tych przegranych i tego, że raczej pewnie równać się nie może z oprawą meczów ligowych), więc w fajnym towarzystwie chętnie udam się na jakiś Stadion Narodowy. To co, kiedy i z kim? :)

2. Dla odhaczenia pełnej listy obecności na finałach muzycznych talent show’ów: zasiąść na widowni X Factora. Obecność na wspaniałym pierwszym Enejowym finale Must Be The Music (od tamtej pory widowisko pod każdym względem zeszło na psy) poniekąd zapewniła mi koleżanka w prezencie urodzinowym (finał odbywał się w moje urodziny, więc radość tym większa, że chłopcy Enejowcy wygrali); finał The Voice of Poland wpadł w me łapki przypadkiem, w chorobie (zaaaatoki – ma-sa-kra!) i do tego trudnym okresie w pracy, ale wpadł dzięki pracy właśnie – i dzięki szefowskiej sponsorskiej wejściówce VIP siedziałam tuż za (no dobra, trochę powyżej i choć w pierwszym rzędzie, to jednak nie na wyciągnięcie ręki:) za moim idolem jurorów Mareczkiem Piekarczykiem i choć nie bardzo wiedziałam, kto i co, bo na wyrywki obejrzałam tylko kilka odcinków, to kibicowałam własnie jego podopiecznej. I było super, i od tamtej pory jest to dla mnie najlepsze muzyczne talent show w tym kraju. X Factor nie ma szans zmienić kolejności na podium programów tzw. odmóżdżających po tygodniu pracy, a przynajmniej nie ma szans na pierwsze miejsce (choć ostatnie też chyba trudno mu będzie zająć przy aktualnym poziomie MBTM), ale skoro zdjęcia z Prokopem i Hołownią nie udało mi się zrobić, Prokop nie poprowadzi nam imprezy firmowo-branżowej wedle pierwotnego planu, to nie obraziłabym się na fotkę z Wojewódzkim :)

1. Zostać najlepszą starszą pod słońcem! ;)

Fot.: picjumbo.com

Jak widzicie, dzisiejsza dziesiątka jest mocno przyziemna. Wielu pewnie powie: phi, co to za marzenia! Marzy się o rzeczach wielkich! A ja niekoniecznie. To znaczy też. Ale najwięcej radości daje stawianie małych kroczków. I to, że stoimy pewnie, nie przewracamy się, że kruche podłoże wytrzymuje, a my przemy dalej. Chociaż jak już spadać, to z wysokiego konia, nie? Jednak powyższa lista ma jeden szczególny atutu: jest szansa, że odhaczę ją jeszcze w tym roku.  Spełnić 10 marzeń? Cudownie! I chyba jedynie 4, 3 i 2 mogą płynnie rozłożyć się i przełożyć się w czasie. Część da mi satysfakcję, część uprości egzystencję, część to czysty relaks lub/i radość. A po to są chyba marzenia, nie?

Ciekawa też jestem, czy Wy też macie taką listę marzeń realnych – bliskich celów, zadań do wykonania na najbliższe, powiedzmy, trzy miesiące. Albo drobnych przyjemności, jak w moim przypadku np. punkt 2. Macie?