http://woleto.pl/demoty/_500534ddb26e1.jpg

Marzenia do Spełnienia (2/5)

Skończyły się igrzyska olimpijskie w Soczi. Na rosyjskiej ziemi spełniło się zapewne wiele marzeń, w tym kilka polskich. Którymi żyją nie tylko ci, których marzenia się spełniły. Tymi spełnionymi marzeniami żyła cała Polska. Żyłam i ja, nie tylko ciesząc się, że moim ulubieńcom spełniają się marzenia, ale zwyczajnie im trochę zazdroszcząc. Niemniej to dzięki nim zebrałam się w końcu do kolejnego etapu uzupełniania swojej listy marzeń. Celów mniej lub bardziej istotnych, mniej lub bardziej odległych, mniej lub bardziej realnych. Niektóre są może nawet bardzo nierealne, ale… ale kto jeszcze rok – dwa lata temu pomyślałby (poza mną;), że Kamil Stoch podczas jednych igrzysk osiągnie więcej niż Adam Małysz przez całą karierę (bo, nie łudźcie się, każdy sportowiec oddałby wszystkie medale za jeden złoty olimpijski. No, może prawie wszystkie;)? Słowem: też chcę kiedyś wznieć wzrok ku niebu jak Kamil, będąc wdzięczna za możliwość spełnienia marzeń. I być po prostu szczęśliwa, że się udało. Bo marzenia się spełniają – nie bez wkładu własnego, ale się spełniają. Wierzę, że te publicznie zdradzone, mają podwójną moc spełnienia. Zatem: zapraszam do lektury :) Kolejna dziesiątka moich marzeń – tych skrytych i tych całkiem jawnych – przed Wami.

10. Doprowadzić bloga wizualnie i merytorycznie do ideału. Mojego ideału. Do takiego stanu, z którego będę dumna. Który mi się od dawna marzy, bo każda dotychczasowa zmiana to ciągle i  jeszcze nie to. Będę zapewne musiała zakupić domenę i hosting, bo na darmowej platformie moje dążenia ku idealnej strukturze są ograniczone. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, bym już teraz miała profesjonalne logo. Chciałabym je, chciała! Mam wstępny pomysł, więc możecie mi się polecać (albo polecać swoich znajomych) – oddam pomysł w dobre ręce :) Oczywiście, nie jestem znaną blogerką, nie zaproponuję Wam za realizację pomysłu tylko i aż promocji na łamach bloga. Ale myślę, że się dogadamy. Info i baner na stronie są jak najbardziej do wzięcia. Wymiana usług (bez zbędnych skojarzeń!) oraz inne formy zapłaty (w granicach przyzwoitości) są jak najbardziej do domówienia. Pamiętajcie tylko, że nie jestem milionerką ;)

9. Mieć własny program w tv. Albo chociaż poprowadzić jakiś fajny telewizyjny talent show. A przynajmniej jeden odcinek. Sama nie mam żadnego talentu, który mogłabym publicznie pokazać, ale obcować z ludźmi, którzy go mają… zazdroszczę wszystkim Kammelom, Musiałom, Wojewódzkim, Rockom, Hołowniom i Prokopom! Kiedyś z którymś z nich poprowadzę jakąś setną edycję “Tańca z Gwiazdami” czy innego “The Voice of Poland” (jak oni tego dożyją) – zobaczycie! A tak na poważnie: to jedno z tych marzeń utopijnych. Prawdopodobnie nie do spełnienia. Po prostu: doskonale wiem, że do telewizji się nie nadaję. Szybciej do radia, acz nad dykcją i moim podlaskim zaciąganiem (całe szczęście, nie śledzikowaniem – je chyba trudniej “wyczyścić”:) pracować trza byłoby, oj, trza. Moooocno. Niemniej: kto mi marzyć zabroni? :)

8. Ustabilizować swoje życie do 30. W sensie: jakbym była facetem, to wiecie: drzewo, syn, dom… na szczęście, nie jestem ;) Ja do trzydziestki chciałabym znaleźć swoje miejsce na ziemi. Mieć pewność, że dalej to już chcę je spędzić tak i tak. Że przez resztę życia będę robić to, to i tamto, a do tego na pewno osiągnę to i owo. Będę w tym miejscu, w takiej pracy, z tymi ludźmi wokół. Że będę WIEDZIEĆ, że mam fundament dalszej egzystencji. Bo na razie to taka trochę beztroska jestem. Niby praca, niby obowiązki, niby plany i marzenia, ale… ale to jeszcze nie to :)

7. Nauczyć się perfekcyjnie języka angielskiego. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, po co i dlaczego. Tak naprawdę od końca 2. klasy ogólniaka tylko uwsteczniam się w tym języku. Najpierw zmiana nauczyciela tuż przed maturą na takiego, przez którego ledwo, ledwo wyciągałam czwórki czy piątki, podczas gdy do końca drugiej klasy niemal nie zaglądałam do książek po szkole, a angielski maturalny, rozszerzony miałam w małym palcu. Na studiach – wiadomo jak te lektoraty wyglądają. Kilka razy miałam okazję używać “żywego” języka angielskiego, jeszcze podczas studiów. Bariera była, ale szło się dogadać. Teraz, mam wrażenie, jest gorzej, bo z językiem mam styczność bardzo rzadko i to telefonicznie. Ta pustka, gdy rozumiesz, co do Ciebie mówią, a sama masz problem, by powiedzieć, że pani dyrektor na naradzie, proszę zadzwonić później… Pracuję nad tym, ale do perfekcji daleko – a dla perfekcjonistki w detalach takie coś – to zmora!

6. I z tym angielskim wiążą się dwa kolejne marzenia. Bo jeśli ciężko zapanować nad angielszczyzną, a w mieście, w którym rezyduję, nie ma możliwości poznania innych języków, to na razie trzeba się wstrzymać z realizowaniem tych dwóch kolejnych planów. Ale jak już osiągnę to, o czym pisałam w punkcie 8., na pewno nauczę się języka hiszpańskiego!

5. A potem zabiorę się za naukę włoskiego! :) 

4. Zrobię sobie też profesjonalną sesję zdjęciową. Taką ładną, może artystyczną. Albo… okładkową? ;) W każdym razie, rzadko dobrze wychodzę na zdjęciach. A przynajmniej: rzadko ja się sobie na tych zdjęciach podobam. Najlepsze zdjęcia w mojej galerii to te z mojej ostatniej Kortowiady. W okularach przeciwsłonecznych na pół twarzy. Albo z imprezy firmowo-branżowej zrobione z zaskoczenia (a raczej: gdy o ich robieniu nie miałam pojęcia). Wszystkie inne, w jakikolwiek sposób pozowane, wychodzą raczej mało interesująco. Dlatego marzy mi się profesjonalny fotograf, profesjonalna stylizacja, makijaż, fryzura, studio (i plener też) i sesja, podczas której będę świadomie pozować (albo i nieświadomie, ale pozować) i z której wyjdzie coś, co mnie w pełni zadowoli. I będzie z tego fajna pamiątka do oglądania w bujanym fotelu z wnukami i prawnukami ;)

3. To skoro już jesteśmy przy zdjęciach, to wspomnijmy, że od lat marzy mi się, by posiąść na własność dobrą lustrzankę cyfrową z zestawem obiektywów, które pozwolą mi robić dobrej jakości zdjęcia i na bloga, i na imprezach w gronie rodziny i znajomych, i w hali na meczach, i spod skoczni. Raczej tylko amatorską lub półprofesjonalną, ale inna nie jest mi potrzebna. Jestem jedną z tych święcie przekonanych, że to nie aparat czyni fotografa i nie aparat robi zdjęcia. Bo to prawda. Nie wystarczy dobry sprzęt. Trzeba mieć to coś. Dobre oko, refleks.  Umieć wybrać ekspozycję, dobre światło. Mieć talent. Matko, jak sobie przypomnę, gdy w lipcu na firmowo-branżowej imprezie trzymałam w ręku PROFESJONALNY aparat profesjonalnego fotografa… Chciał, by mu ktoś zrobił fotkę z prowadzącą imprezę Omeną Mensah. Stałam najbliżej, dostałam to cudo w drążące z wrażenia ręce, wytłumaczył mi co i jak. Wydaje mi się, że zrobiłam, co mówił – w każdym razie ja żadnej skazy na zdjęciu nie widziałam. Na zdjęciu w aparacie, dodajmy. A wiecie, ile on mankamentów zobaczył? Chciałam zapaść się pod ziemię :) Słowem, sama nigdy nie zostanę ani świetnym fotografem, ani nawet fotografem, ani fotografikiem, ani tym bardziej faceobookowym photography (takie profile nieco mnie bawią. Bo wiele z nich to – bądźmy szczerzy – profile rozpuszczonych dzieciaków, którym rodzice spełnili zachciankę, kupili lustrzankę, zdjęcia są tam, jakie są, ale ich autorzy uważają się za wielkich fotografów… no cóż, uważać się, a być – to różnica) – trzeba znać swoje możliwości. Ale taka lustrzanka pozwoli mi uzyskać lepszą jakość zdjęć i amatorsko bawić się nimi w szerszym aspekcie niż pierwszy lepszy kompakt. A kto wie, może kiedyś znów strzelę fotę fotografowi i nie będzie taka zła, jak ta przed pół rokiem? :)

2. Chciałabym też wybrać się na dłuuuugi weekend do Pragi. Most Karola, Zamek na Hradczanach, Złota Uliczka, Muzeum Marionetek, słynny praski zegar astronomiczny, ulubione piwiarnie słynnego Szwejka i wiele innych – słucham o nich w opowieściach znajomych i nieznajomych, czytam w książkach, oglądam w filmach i serialach i samo słuchanie to za mało. To miasto wydaje się być tak klimatyczne, może wręcz egzotyczne, jest za granicą, ale tak niedaleką… nie wypada go nie zaliczyć!

1. Jak już jesteśmy przy podróżach, to chciałabym też odwiedzić Włochy: Rzym, Florencję, Wenecję, Trydent, Weronę, Padwę, Mediolan, Modenę, Pizę, Rawennę, Perugię, Triest, Neapol, Turyn… słowem: marzy mi się wycieczka dookoła Włoch! Oczywiście, najpierw powinnam spełnić marzenie no. 5 z dzisiejszej listy. Skąd to marzenie? Uwielbiam historię, najbardziej starożytną, a najbardziej z niej fascynowało mnie Imperium Rzymskie. Architektura starożytnego i średniowiecznego Rzymu – te wspaniałe budowle, które dotrwały do dziś, kręcą mnie o wiele bardziej niż wieża Eiffla. Dlatego przyszły ewentualny kandydacie na kandydata na męża apeluję do Ciebie: jeśli zechcesz mi się oświadczyć, nawet nie myśl o oklepanym Paryżu! ;)

Moja lista Marzeń do Spełnienia rośnie. I rosnąć będzie aż do 50. Pamiętajcie, że TA LISTA z każdym kolejnym odcinkiem ulega zmianie. Wierzę, że będą to nie tylko marzenia, które prysną niespełnione jak bańka mydlana, ale z czasem staną się realnymi celami, po które wystarczy sięgnąć ręką. Spisane tu będą mnie mobilizowały do pracy. A Wy, mam nadzieję, będziecie mnie dopingować.

Myślę, że kolejne części pojawiać się będą średnio raz w miesiącu – ta miała pojawić się szybciej, a minął ponad miesiąc od poprzedniej. Wydaje mi się, że przy mojej pracy miesiąc to idealny okres na zastanowienie, co dopisać do listy, a co wykreślić. I, być może, na skreślenie jakiegoś punktu z listy oczekujących do spełnienia. Na razie mogłabym wykreślić całe pół marzenia. Tego bardzo przyziemnego. O tablecie. Przedłużając umowę na telefon, wybrałam całkiem zgrabny smartfon :)

A teraz Wasza kolej. Podzielicie się jakimiś swoimi marzeniami? Możecie tu, możecie w social media.