Wendyjska Winnica. Cierpkie Grona - Zofia Mąkosa

Lektura na niedzielę #9: „Wendyjska Winnica. Cierpkie grona”

W cyklu „Lektura na niedzielę” (na razie) królują polskie autorki. Nigdy nie przypuszczałam, że jest aż tyle ciekawych rodzimych pisarek i pisarzy. Zwłaszcza w mojej ulubionej kategorii obyczajowo-historycznej (nie znam się na tej terminologii, ale dla mnie tak właśnie wygląda kategoria powieści obyczajowych, czasem też romansów, dla których tłem są prawdziwe wydarzenia lub epoki  historyczne) – zwłaszcza z czasów dwudziestolecia miedzywojennego i czasów II wojny światowej. Co prawda, Maria Paszyńska na razie może być spokojna, ale po lekturze pierwszej powieści Zofii Mąkosy muszę przyznać, że zaczyna mieć konkurencję.

Wendyjska Winnica. Cierpkie grona (okładka)

Epicka opowieść z czasów wojny – rodzinne więzy, siła miłości, determinacja kobiet.

Rok 1938. W Chwalimiu, wsi położonej na niemiecko-polskim pograniczu, żyją ostatni potomkowie Wendów – Słowian, którzy osiedli tu przed dwoma wiekami. W tym urokliwym i spokojnym miejscu mieszkają Marta Neumann, gorliwa luteranka, która desperacko próbuje utrzymać gospodarstwo odziedziczone po przodkach, jej córka Matylda i kuzynka Janka Kaczmarek. Życie na prowincji wydaje się toczyć niezmiennym rytmem wyznaczanym przez pory roku, jednak wielka polityka wkracza w dylematy dnia powszedniego. Ideologia faszystowska i zbliżająca się wojna nie pozostają bez wpływu na relacje międzyludzkie i budzą poczucie zagrożenia. Mieszkająca w Berlinie szwagierka Marty usiłuje przeżyć i uchronić swoje dzieci przed prześladowaniami nazistów, a Janka Kaczmarek zostaje aresztowana i oskarżona o szpiegostwo. Wreszcie pewnego dnia wojna puka do drzwi samych Neumannów i nie oszczędza im niczego.

Autorka plastycznie i wiarygodnie odtwarza rzeczywistość prowincji i stolicy III Rzeszy w przededniu i w trakcie drugiej wojny światowej, ukazując przy tym ludzki los w uniwersalnym ujęciu.

Opis na stronie wydawnictwa w telegraficznym skrócie zdardza to, co najważniejsze w tej historii. Przede wszystkim miejsce: bo polsko-niemieckie pogranicze w przededniu II wojny światowej to wyjątkowy teren. Niby prowincja, na której wielkiej polityki nie odczwa się aż tak, ale jej graniczne położenie wzmaga odczucia niepewności, niepokoju, złowieszczego oczekiwania. To, że Chwalim – tudzież Altreben, bo tak miejscowość nazwana została w okresie III Rzeszy – leży po niemieckiej stronie granicy sprawia, że nawet po wybuchu wojny życie toczy się tam niemal normalnie: rytm wyznaczają pory roku i święta. Tylko silniki samolotów wzmagają niepokój. Ale do pewnego czasu wojna jakby nie odciska piętna na mieszkańcach wsi. Nie wprost. Nie działaniami wojennymi. Nawet do wojska na początku niespecjalnie wielu mężczyzn zostało wcielonych. Tak jakby granica, za którą toczy się wojna, była setki czy nawet tysiące kilometrów od miejscowości. A nie zaledwie kilka kilometrów. Jednak w końcu i do Chwalimia w ten czy inny sposób zawita wojenna zawierucha…

Nie wiem, czy to sposób opowiadania historii, czy sama opowieść, czy w końcu sposób budowania postaci sprawia, że poznając historię rodziny Neumannów i Chwalimia, naturalnie wczuwamy się w narrację (i to mimo że jest trzecioosobowa, za którą akurat ja niespecjalnie przepadam w powieściach). Niemal wchodzimy w skórę bohaterów – i to naturalnie, w każdego. Przynajmniej ja, czytając powieść, przechodziłam od postaci do postaci. Zaczynałam żyć ich życiem, myśleć jak oni, rozumowac jak oni. Jak Marta – Wendyjka, matka, przywiązana do ziemi, gospodarstwa odziedziczonego po rodzicach, niezainteresowana wielką polityką, z rezerwą podchodząca do propagandowych haseł i po ludzku do ludzi – właściwie bez względu na narodowość i wyznanie, choć sama jest gorliwą luteranką. Jak Matylda – córka, nastolatka, poznaje smak pierwszej miłości i wchodzi w okres buntu, więc jest w okresie, gdy mocno chłonie wiedzę, jak gąbka nasiąka tym, czego uczą niemieckie nauczycielki, co mówi propaganda, czuje się obywatelką wielkich Niemiec, imponuje jej ideologia III Rzeszy, a nie pracowitość matki czy ciotki. Choć momentami i ona ma wątpliwości, czy to, co robi, aby na pewno jest dobre – czytelnik ma wręcz te same wątpliwości. Jest też Janka – ciotka, Polka z krwi i kości, patriotka, katoliczka, niechętna temu, do czego może doprowadzić polityka niemiecka. Kobieta, której życie nie szczędziło trudnych chwil, która dopiero po czterdziestce odnalazła swoje miejsce na ziemi. No i Walter – Niemiec, mąż Marty, ojciec Matyldy, urzędnik państwowy, oddany swojej pracy, nie do końca szczęśliwy, że żona żyje z gospodarstwa. Między historiami tych postaci, z których na pierwszy plan wysuwają się matka i córka, poprzeplatane są wątki innych, nie tylko członków rodziny Neumannów: Sabiny – teściowej Marty i Ewy – żydowskiej synowej Sabiny – oraz jej synów. Zofia Mąkosa umiejętnie przetyka opowieść ludźmi mniej lub bardziej obcymi głównym bohaterom: wątkami innych mieszkańców wsi. Bez tego nie moglibyśmy zobaczyć, jak dramatycznie wybuch wojny zmienia życie nie tylko jednostek, ale i całego spoleczeństwa, małej ojczyzny i jej otoczenia. Bo oto nagle okazuje się, że nie wszystkim sąsiadom można ufać, nie wszyscy okazują się uczciwymi ludźmi, nie z każdym można porozmawiać bez obaw. A wystarczyło tylko tyle, by nazistowskie idee znalazły więcej zwolenników niż przeciwników.

To, co mocno przebija z powieści, to obraz Niemców i „mieszańców”, mieszkańców III Rzeszy, którzy nie tyle dali się omotać faszystowskiej propagandzie, co po prostu prawdziwie wierzyli w moc i potęgę zarówno swojego narodu, jak i jego wodza. Niestety, widać też, jak bardzo mocno wbija się to do umysłów młodzieży – zwłaaszcza młodzieży, która zaczyna szukać własnej drogi w życiu i szuka wzorów do naśladowania. Wielbienia. Kogoś, kogo mogą postawić na piedestale. I raczej nigdy to nie są rodzice – znamy to, prawda? W tamtym czasie, w nazistowskich Niemczech wzór mógł być tylko jeden. Bo jeśli nawet wódz pojawia się w zmienionych wersjach kolęd, to jaki może być inny wzorzec? I tak, skażeni propagadną i wojenną rzeczywistością, nawet nie wiedzą, jak bardzo i bezwiednie dając się uwikłać w hitlerowską machinę śmierci.

Zofia Mąkosa buduje znakomity obraz polsko-niemieckiego pogranicza, codzienności ludzi je zamieszkujących, uczuć targających bohaterami oraz trudnych wyborów przed wojną i w jej trakcie. Mimo iż historia „rozkręca” się powoli, od początku sprawiała, że byłam ciekawa, co będzie dalej. I to pomimo sposobu narracji, który początkowo sprawiał mi jakiś dyskomfort podczas lektury – bardzo szybko historia wciągnęła mnie tak, że ta trzeciosobowa narracja w żaden sposób mnie już nie rozpraszała. To chyba kwestia tego, że z powieści tak naprawdę sami musimy sobie wynieść ocenę historii – nie w znaczeniu tej opowiedzianej przez autorkę, ale tej, która rozegrała się w latach 30. i 40. XX wieku. Zofia Mąkosa nie ocenia, nie pokazuje nam, którzy to dobrzy, a którzy źli – sami musimy zdecydować, kto w tej opowieści jest dobry, a kto zły. Bez wzgledu na to, po której stoi stronie. Autorka stara się też tak zbudować postaci, by pokazać tragizm tamtych czasów. I po prostu życia ludzkiego. To musi być ogromna mądrość, przede wszystkim życiowa, która przełożona na fabułę powieści i jej atmosferę sprawia, że czytelnik nie tylko chciałby odwiedzić tę Wendyjską Winnicę, ale i zagłębić się w historię regionu. Nawet tę najtragiczniejszą. I nawet jeśli region jest tak obcy i tak odległy jak dla mnie – mieszkanki pogranicza podlasko-mazowieckiego.

Tę historię czyta się na początku wolniej, z każdą kartą coraz szybciej. O ile czytelnik nie jest pozbawiony uczuć (a nie wierzę, by ktoś, kto czyta, mógł być ich pozbawiony), pojawią się w nim dość silne emocje. To nie jest lektura dla wielbicieli czarno-białego świata, bo świat pogranicza, zwłaszcza okołowojennego, nigdy nie był, nie jest i nie będzie tylko czarny i/lub tylko biały – choć dominują szarości: czy to dnia codziennego, czy to wojennej rzeczywistości, to Zofia Mąkosa znakomicie wprowadza do opowieści szereg kolorów. Bo tych nie brakuje w życiu, a czasami to jedyne, co na chwilę pozwala zapomnieć o trudnościach tego, co zgotował los.

Ale… nie mogę dać pełnej piątki. Bo dla mnie na piątkę powieści z tłem z historii pisze Maria Paszyńska. Więc pani Zofii za pierwszą część wendyjskiej opowieści muszę dać lekki minusik – ale za chwilę ciąg dalszy, już powojenny, więc mam nadzieję, że po nim będzie pełen maks. Bo apetyt rośnie w miarę jedzenia!

Minimetryczka tytułu: Wendyjska Winnica. Cierpkie grona
Autor: Zofia Mąkosa
Liczba stron: 495
Wydawnictwo: Książnica
Data i miejsce wydania: Wrocław 2017, wyd. I

Ocena: