projekt_singielka_Gosia_4

Projekt Singielka #9: Dziennik… a nawet rocznik Gosi (4)

Słowo wstępu od Any. Bo zabrałam Wam dziennik Gosi aż na rok. Trochę trudno było mi ją w listopadzie (!) przekonać do streszczenia części, które podsyłała mi od stycznia, i stworzenia z nich już nie dziennika, a skondensowanego rocznika. Dziwię się, że jeszcze nie wykasowała zblogowAnego maila, ale chyba dzięki wspólnocie pewnych doświadczeń stanu pt. „Singielka” została. W Projekcie Singielka. Choć mocno trzymałam kciuki za jego porzucenie. Cóż, ani jej, ani mi nie udało się to w 2018. Pozostaje się cieszyć (mam nadzieję, że Wy cieszycie się jak ja – koniecznie dajcie o tym znać w komentarzach!), że chce dzielić się z nami swoimi doświadczeniami. Oddajmy zatem głos Gosi. W końcu trochę na to czekała… niemal cały rok!

Dziennik Gosi – przegląd roku 2018

Dzięki Anie (dzięki, dzięki, dzięki… no dobra, trochę ironizuję) po raz kolejny spotykamy się okolicach Nowego Roku. Ten czas sprzyja refleksjom i marudzeniu. A na pewno podsumowaniu niekończącej się – w moim przypadku – historii pt. „Singielka”. Dlatego postanowiłam zamiast zlepka odcinków napisać zupełnie nowy tekst. Bo widocznie tak jak są wieczni studenci (tak, Ana, to o Tobie), tak są i wieczne singielki (i to chyba też o Tobie, A.). I mimo że rok układał się różnie, był nawet moment całkiem sporej dawki nadziei, to ostatecznie w święta znów słuchałam pytań jak przed rokiem:

– Twoja ostatnia koleżanka z klasy wyszła za mąż. To co, teraz twoja kolej? Masz jakiegoś kawalera?

Jak mi jest przykro ich słuchać, wiedzą może tylko starający się o dziecko i z różnych powodów wciąż bezdzietni. Bo gdybym była skrajną feministką. Albo nienawidziła rodzaju męskiego. Może byłoby mi łatwiej. Tymczasem ta presja z roku na rok jest coraz bardziej odczuwalna. W roku, w którym przyszło mi zmienić kod na trójkę z przodu, gdy latem pojawiły się perspektywy, że może i nie tylko taka zmiana mnie czeka, presja pójścia w ślad koleżanek stała się bardzo silna. Tymczasem sylwestra spędziłam sama, bo najbliższa przyjaciółka świata nie widzi poza dwumiesięcznymi bliźniakami, a ty masz trochę dość patrzenia na to szczęście. I patrzenia na nią:
a) jak bardzo nie rozumie, dlaczego jej zazdrościsz tych nieprzespanych nocy;
b) jak bardzo potrzebujesz jej obecności, możliwości wygadania się, a nie tylko słuchania o jej problemach z teściową (swoją drogą, świetną kobietą – czasami z nią mam więcej tematów do rozmów niż z własną przyjaciółką).

I w głowie pojawiają się myśli. Czy ja się zmieniłam, czy ona? Czy ja za wiele wymagam, czy ona zaczęła żyć w innym świecie? Czy to ja jestem zużytą zabawką, już niepotrzebną, czy po prostu tylko to sobie wmawiam? Bo ja słuchałam, doradzałam, pocieszałam, gdy nie wyszło jej z kolejnym facetem. Teraz ja potrzebuję się wygadać… i zamiast tego plotkuję z jej teściową.

A był taki moment w 2018…

Gdy zaczęłam myśleć, że i do mnie szczęście się uśmiechnęło. Na horyzoncie pojawił się fajny facet. Poznany podczas jednej z wypraw do stolicy. Całkiem przystojny, całkiem wysoki (I ♥ szpilki!), całkiem nieźle miał w głowie. Przegadaliśmy jeden wieczór, przegadaliśmy wiele godzin przez telefon, messenger, pogadaliśmy sporo na tych trzech letnich randkach i weselu, na które go zabrałam (a było ich pięć w tym roku – dwa odpuściłam). I po którym ta wiosenno-letnia historia szybko się skończyła. Jakby zaśpiewał Podsiadło: nie było fal. Było nawet pięknie. Rozmawiało się całkiem nieźle. I podobał nam się każdy obejrzany film. Ale… no cóż, różnie bywa, nie każdy związek kończy się pod ołtarzem.

Ale gdy po tej historii, dosłownie chwilę później, koleżanki w pracy znajdują dla ciebie „ideał”, zaczynają swatać i nagle słyszysz, jak wymawiają jego nazwisko z twoim imieniem, mówiąc, że brzmi ładnie… wydawać by się mogło, że każdy powinien kończyć się pod ołtarzem. Tymczasem i poprzednia składanka też brzmiała ładnie.

I tak mija rok, przychodzi kolejne Boże Narodzenie i kolejny Nowy Rok, a ty witasz go jak poprzedni. Jakby przez 365 dni nie zmieniło się nic. Kolejne dni to tylko praca – dom – praca – wieczór z przyjaciółką, gdy mówi ci, że jest w ciąży – dom – praca – zakupy – wesele ostatniej koleżanki z twojej klasy z podstawówki – urlop – praca – dom – kolejny weekend ze znajomi ze studiów – w międzyczasie parę randek – potem wiele wieczorów z pytaniem „dlaczego?”.

I wiecie, co myślę dziś, na przełomie 2018/2019*? Wygląda na to, że cały świat kręci się tylko wokół związków. Rok temu wierzyłam, że nie. A tymczasem jest tak nie tylko tu, w małomiasteczkowej okolicy. Ale nie ma nic na siłę. Po całkiem fajnym 2017 (mimo mojego późniejszego końcoworocznego marudzenia!), przyszedł mocno falujący 2018. W którym na chwilę wyrwałam się z mojego życia singielki, ale potem spadłam z huśtawki w najwyższej fazie lotu. Obiłam się boleśnie o słowa „bo masz za duże wymagania” i „w tym wieku to już nie ma co przebierać!”. Nieważne, że ja chciałam, ale on nie wiedział, czego chce. I kogo. Bo ja nie zamierzam być alternatywą. Pocieszeniem. Drugą opcją.

Obiłam się, ale i odbiłam. Bo nie mam zamiaru rezygnować z życia dobrego, pełnego aktywności, wyzwań, ciekawych  ludzi i spotkań, robienia tego, co pozwala mi się rozwijać i czerpać z życia pełnymi garściami. Tylko dlatego, że ludzie gadają, a ty masz pecha, masz rezygnować ze swoich wartości, ambicji? Bo już czas? Bo lepiej z kimkolwiek niż dobrze? Bo bajki się nie zdarzają? Bo trzeba brać, co jest, a nie czekać w nieskończoność na księcia z bajki (spoko, wiem, że książąt nie ma. Aż za bardzo pokazują to stażyści – współczuję młodszym dziewczynom…)? Bo zegar biologiczny tyka, a im starsza, tym masz mniejsze szanse – a facet to jednak ma łatwiej?

Pewnie. Lepiej przecież wziąć szybko ślub, bo już jesteście po trzydziestce / bo wypada / bo zegar tyka / bo dziecko w drodze / bo tyle lat razem / bo nie ma na co czekać, mimo że znacie się dwa miesiące / bo już wszystkie koleżanki / bo razem łatwiej o kredyt / bo… (niewłaściwe skreślić). Bo lepiej za rok wyrzucać walizki przez okno i się rozwodzić, ale mieć za sobą białą suknię, wesele na sto par i ciążę. To smutne, ale na każdy z tych argumentów znajdę przykład pary z całkiem bliskiego (!) otoczenia.

I nieważne, że uważam, że lepiej cierpliwie poczekać. Otoczenie wie lepiej. Koleżanki z pracy wiedzą lepiej. Sąsiedzi wiedzą lepiej. Smutne, że przyjaciele wiedzą lepiej. A ty po prostu chcesz poczekać – skoro zdarzyła się letnia historia, może zdarzy się i ta właściwa? Bo ciebie w żadnym momencie nie interesują półśrodki – chcesz więcej. I wiesz, że można. Że choć i nieliczne, ale takie przypadki są. Może nie chciałabym, jak niektóre z par, czekać do czterdziestki na happy end, ale jeśli trzeba – trudno. Bo przecież zamiast brać w sklepie nadgniłe banany z myślą, że się te wadliwe części wykroi i wszystko będzie OK, szukamy jednak tych dobrych. W całości.

I z wiarą, że taką całość znajdę w 2019, i z taką nadzieją dla tych, którzy jak ja mieli mniej szczęścia w 2018, kończę to podsumowanie. Znów nie wyszło mi takie, jak chciałam: z raczej pozytywnymi akcentami, ale widać stan duszy Singielki zależy od siły presji otoczenia. Chcąc nie chcąc przenikasz tym, czym nie chcesz. Życzmy więc sobie w nowym roku więcej dobryh fluidów. I szczęścia w miłości!

Wasza Gosia

* Gosia oddała mi tekst 30 grudnia


Gośka! Samych dobrych rzeczy w 2019! Częstszych publikacji w Świecie zblogowAnym i kolejną – obiecaj! – zdecydowanie pozytywniejszą (ja też obiecuję poprawę;). Nie wiem, czy ciąg dalszy będzie miał pamiętnik Dominiki, nie wiem, czy pojawi się kolejna Asia, ale na pewno niedługo sama coś napiszę (i Gosia, i moi znajomi dali mi temat, który nie jest dla mnie obojętny. Oj, nie jest). I #ProjektSingielka jest wciąż otwarty (więcej informacji znajdziecie TUTAJ) – czekam(y) na kolejne historie, myśli, teorie i porady. Zarówno zatwardziałych Singielek, jak i tych zdesperowanych. Poszukujących i nieposzukujących drugiej połówki. Tych szczęśliwych i tych mniej zadowolonych ze swojego stanu. Pamiętajcie – nikt lepiej od Was nie wie, czego potrzebujecie i czy to już czas!