(Nie)Codziennik #3: Pół roku minęło, jak jeden dzień… (cz. 1)

Wiecie co? Mam wrażenie, że (nie)Codziennik powstał po to, bym miała gdzie się przed Wami wyspowiadać. Ten raz na kilka miesięcy, po dłuższej nieobecności. Wytłumaczyć, opowiedzieć, wrzucić jakieś fotki, postanowić poprawę po raz kolejny. Niby tym razem jest inaczej, pół roku minęło nie wiadomo kiedy, ale z Waszej perspektywy jest tak samo. Szczerze – zaglądacie tu jeszcze czasami, gdy mnie nie ma?

Trudny rok

Rok, nie tylko ostatnie pół roku. Mówi się, że w związkach siódmy rok bywa kryzysowy – mam wrażenie, że jego odpowiednikiem w życiu zawodowym jest rok szósty. W czerwcu stuknęło mi dokładnie 6 lat pracy w mojej korpo-niekorpo na Prowincji i był to dla mnie naprawdę niełatwy rok. Działo się wiele fajnego, ale działo się też i wiele złego: męczącego, przytłaczającego, niszczącego relacje w zgranym zespole. Apogeum nastąpiło w ostatnim półroczu, gdzieś na wiosnę. Oj, nie byłam święta, ale i koledzy i koleżanki – przynajmniej niektórzy – również. Zmęczenie materiału w pracy przełożyło się na fizyczne zmęczenie po powrocie z pracy. Wiem, że to żadne usprawiedliwienie mojej nieobecności tutaj, ale często popołudniami miałam ochotę tylko włączyć któryś z seriali i iść spać. Na pewno nie siadać znowu do komputera i próbować tworzyć kolorowy świat online.

Na szczęście, zdarzyło się tak, że oczyściliśmy atmosferę między nami – pracownikami. Od tamtej pory jest dużo lepiej. Bo czego by nie mówić, atmosfera w pracy jest bardzo ważna. Zupełnie inaczej się pracuje – nawet w największym stresie, nawet gdy szef to najgorszy pracodawca świata – gdy masz dobre relacje w zespole. Tarcia były, są i będą – z tymi samymi ludźmi przebywa się co najmniej 8 godzin dziennie, każdy ma inny charakter i inny tryb pracy, życia, inne pasje i zainteresowania. Ale można się dogadywać, nawet jeśli zdarzy się „pożreć”. No i pod warunkiem, że nikt nie uważa się za lepszego od innych – mieliśmy przez rok taką osobę i działało to bardzo toksycznie na wszystkich.

 

Ale było, minęło, nieco nam się kadra i sytuacja zmieniła. Koleżanka wróciła z macierzyńskiego, inne poszły na zwolnienie przed macierzyńskim – naturalna kolej rzeczy. W okrojonym składzie – i niestety nie bez zbędnych zgrzytów – zorganizowaliśmy naszą coroczną firmową imprezę. Miałam mieć mniej na głowie, finalnie dostałam więcej stresów i nerwów. Taki mały paradoks. Ale to był (na szczęście!) ostatni stresujący czas w pracy. Może nie licząc konieczności odbierania nagród dla firmy. Pierwszy raz w kwietniu – ten był najgorszy, drugi – w maju – przyjemniejszy, za to kolejny… cóż, ktoś się z kimś nie dogadał, pojechałam na wycieczkę, bo nagroda nie była dla nas :) Może to i niekiepskie doświadczenia, może to i świadczy o jakimś wyróżnieniu (taaa… chyba nie w mojej firmie:),  bo nie każdy może odbierać nagrodę w imieniu firmy i potem wylądować ze zdjęciem w prasie branżowej (swoją drogą, strasznym – jak dobrze, że jakieś dwa tygodnie poźniej odwiedziłam fryzjera!), może i niektóre gale są całkiem sympatyczne, ale ja się na tych bankietach nie odnajduję (jeszcze). No i zabiera to sporo czasu, bo dopóki S8 w remoncie, wycieczki do stolicy się dłużą. A Suwałki też nie za blisko.

Kolejne świadkowanie

Pamiętacie pierwszy odcinek (nie)Codziennika? Nie pilotażowy, ale ten kolejny. Już wtedy miałam za sobą 3 panny młode, którym towarzyszylam pod ołtarzem. Dopiero w tym roku, jako czwartą, odprowadziłam tam moją najlepszą przyjaciółkę. I powiedziałam: Pas! To był mój ostatni raz w tej roli. Piąty bukiet będzie mój. Ślubny. Albo żaden. (Swoją drogą, mam już pięć – ładnie zasuszuł mi się bukiet od koleżanek i kolegów z pracy, który dostalam na urodziny). Planowanie wieczoru panieńskiego zbiegło mi się z ostatnim najgorszym okresem w pracy, sama finalna organizacja wypadła już w lepszym terminie. Było to o tyle trudne dla mnie, że pierwszy raz miałam organizować imprezę dla dziewczyn „ze świata” (i to dosłownie, bo jedna uczestniczka miała przybyć z Francji!), a do tego poza domem i najbliższym lokalem. Jednak pewne sprawy osobiste nieco pokrzyżowały te plany – na tyle, że Panna Młoda (K.) odwołała wieczór panieński. W zaistniałej sytuacji nie chciała imprezy. Szczerze? Dla mnie była to sytuacja lepsza organizacyjnie, bo przyjaciółce nie mogłam nie zrobić choćby skromnego wieczoru panieńskiego, a że odpadły dziewczyny spoza najbliższej okolicy, mogłam łatwiej pokombinować z wieczorem tajnym i poufnym. Nie musiałam szukać lokalu czy jakiegoś hotelu, SPA itp. Bo miało być nas trzy i K. Finalnie było dwa razy po 3 + K. Niespodzienak udała się tak, że… K. nie chciała wejść do własnego domu na tę imprezę :) Coś więcej? Cóż… co się wydarzyło na panieńskim, zostaje na panieńskim! Powiem Wam tylko, że kolorem przewodnim był piękny niebieski – jak i na weselu (za co omal nie obraziłam się na K.!).

A co zdarzyło się tydzień później? Tydzień poźniej od rana lało! A miało być tak ładnie… na szczęście, na wyjście z domu do kościoła przepięknie się rozpogodziło. Słońce ładnie świeciło już wczesniej, zaglądając do kuchni w domu K., gdzie ja publicznie zszywałam zbyt głęboki dekolt sukienki, modląc się jednocześnie, by moje beżowe szpilki, kupione w piątek wieczorem w Deichmannie (moje pierwsze buty z tej sieci!!!), nie wymagały ściągnięcia już podczas ceremonii w kosciele, a makijaż i fryzura się trzymały, wesele minęło szybko i bezbolesnie dla mnie. Dlaczego bezboleśnie? Bo ja jak zwykle bez pary, K. uparła się na mnie jako świadkową i cóż… tym razem problemem stało się towarzystwo obok Pana Młodego. Po raz pierwszy od kiedy świadkuję. Ale wiecie co? Buty były bardzo wygodne, towarzystwo przy głównym stole dopisało i nie do końca, bo bawiło się jak i z kim chciało, makijaż się trzymał (mimo że nawet nie miałabym go jak poprawić – torebka z całym ekwipunkiem odjechała wraz z autem ślubnym do garażu zaraz po ślubie :D ), fryzura przertwała do poniedziałku (z drobnymi korektami, ale musiałam przecież spać, a na parkiecie się nie oszczędzałam – no heloł, to było wesele przyjaciółki! Przyjaciółki przez duże P!), a wesele… takiego weseliska było mało!


PS: No i po ptokach. Bo kto trzy raz świadkuje… a co dopiero cztery! ;)

Wróć… majówka w Ełku! I inne podróże, również muzyczne

Do Giżycka, Goldapi, Giżycka i Mikołajek. Ale wiecie co? O tym w kolejnym odcinku. Muszę Wam dozować relacje. Bo trochę pozwiedzałam. Plus – wyjątkowo koncertowo zaczęłam to lato. Gdy kończę poprawiać tę pierwszą część, z moich głośników płynie Mrozu. Rozumiecie to? MROZU = MILIONY MONET. OK, do soboty, 14 lipca, nie kojarzył mi się z niczym poza tą jednak mało ambitną kompozycją, choć i paroma całkiem niezłymi – choćby tymi z Sound’n’Grace czy Tomsonem. Ale – no proszę! – no „Miliony monet”… A tu taka niespodzianka! Koncert energetyczny, „Zew” świetny, a ten utwór – bezkonkurencyjny.

Więcej – za kilka dni, wpadajcie!

Cdn.