Projekt Singielka #7: Świąteczno-noworoczny dziennik Gosi (3)

Cześć, tu Gosia… (kurczę, mam wrażenie, że zabrzmiałam jak Sławomir – chyba za dużo go ostatnio w mediach). Wasza (ulubiona;) Singielka. Pewnie już o mnie zapomnieliście, co? Wam to zapomnienie wybaczę, bo nie mogliście poczytać, co u mnie, ale Anie niekoniecznie… bo to przez nią! Bez niej niczego tu przecież nie opublikuję, prawda? A mimo zaledwie dopiero dwóch części mojego dziennika, polubiłam to wygadywanie się przed Wami. Tymczasem nie gadałam ponad pół roku. Ba! Prawie rok – ponad dziesięć miesięcy. Mogło się tyle wydarzyć! Ana mogła się nawet zakochać ;) A ja? A ja jakoś nie mogę…

I właśnie w takim świąteczno-noworocznym refleksyjnym tonie dziś pomarudzę. Bo Boże Narodzenie i Nowy Rok działają jakoś tak nieco przygnębiająco na moje postrzeganie swego permanentnego stanu pt. „Singielka”. Mimo że nie jest mi źle samej ze sobą, a znalezienie drugiej połówki nie jest dla mnie celem samym w sobie, to ten szczególny czas w roku sprawia, że brak pary odczuwa się dość boleśnie. No bo przecież ciotce (a co dopiero matce chrzestnej!) na tekst przy świątecznym stole:

– Słyszałam, że Kasia wyszła za mąż. Ta twoja koleżanka ze szkoły. To co, teraz twoja kolej?

nie odpowiem:

– Słyszałam, że ta twoja koleżanka, Bożenka, zmarła w tym roku. Świeć Panie nad jej duszą! To co, teraz twoja kolej?

Z jednej strony, takie pytania są męczące – same pewnie wiecie. Nawet jak nie jesteście bez pary, wystarczy, że jesteście bez ślubu. To kiedy bawimy się na weselu?

Albo bez dziecka. Tyle już jesteście po ślubie, pora na dzidziusia! czy: W tym roku bawiliśmy się na waszym weselu, pewnie w nowym roku chrzciny, co? 

Z drugiej jednak strony, to przecież naturalne. Wciąż jednak więcej niż mniej ludzi myśli o życiu co najmniej we dwójkę, nie sama / sam. I ja wcale nie jestem inna. Nie należę do tych zatwardziałych singielek, które planują życie wyłącznie z kotami, pracą, rozwojem, rozrywkami. Bez partnera, przynajmniej stałego. Co nie zmienia faktu, że wkurza mnie ta presja bycia w związku. Bo wszyscy już mają chłopaków / narzeczonych / mężów / drugich mężów… albo przynajmniej chociaż latami żyją na kocią łapę. Nie dla mnie szukanie kogoś, bo wypada. Bo inni planują śluby albo kolejne dziecko. A ty… singielka. No i? Czy to coś złego? Czy w czasach, gdy coraz więcej ludzi się rozwodzi, naprawdę to takie ważne, by jak najszybciej wyjść za mąż? No właśnie, słowo klucz: jak najszybciej. Bo już ten wiek. I tak dalej… Koło się zamyka.

OK, ale jeśli nie jak najszybciej, to jak? Czekanie na księcia z bajki też nie dla mnie. Bo książęta wymarli :) Jak rycerze. I nawet książę Harry się żeni, więc nawet jeśli któraś z dziewcząt marzyła o książęcych zaręczynach, to już za późno ;) Nie żeby ja, ale… ale są cechy i wartości, z których nie zrezygnuję, więc nawet w tym skromnym nieksiążęcym asortymencie kolejnych kilka partii odpada. No i do tego dochodzi kwestia wieku. Jeszcze do 25. roku życia nie jest źle, ale potem liczba kandydatów w małych miejscowościach drastycznie spada. Zostają nieliczni, konkurencja wciąż spora, a i nie zawsze jest tam ta twoja druga połówka. Do tego młodsi wolą młodsze, starsi… też wolą młodsze. Spójrzcie choćby na program „Rolnik szuka żony” i taką Małgosię. Założę się, że w jej okolicy też znaleźliby się jacyś kandydaci na męża rolniczki, ale poszła aż do telewizji. Dlaczego? Pewnie z tego samego powodu, z jakiego ja nie zacznę się umawiać z ostatnim kawalerem do wzięcia w okolicy – tylko dlatego, że on jest sam i ja sama. A mam wrażenie, że niektórzy o tym marzą… a chemia?

Ale nie da się też przyzwyczaić do tego, że zostajesz niemal jedyną singielką w towarzystwie. Albo w ogóle jedyną. A jednocześnie nie chcesz na silę szukać partnera. Ale wiesz… w twoim wieku to już nie ma co przebierać. Wiem, tylko żeby jeszcze było w czym! Zostaje internet, ale ja do niego jakoś nie mam zaufania (próbowałam!). No i nie mieszkam w wielkim mieście, by łatwo było się spotkać, a w razie „w” szybko uciec do domu. Tu właściwie zawsze będzie to dłuższa wycieczka. Więc kolejne święta tylko dziękuję za życzenia, żeby w nowym roku ktoś się pojawił…

I tak oto w kolejne Boże Narodzenie znów łapię się na tym, że kolejny rok minął bez większych zmian w moim życiu. Że wyglądał jak poprzedni: praca – dom – praca – dom – zakupy – weekend z przyjaciółką – wyjazd na urlop – odwiedzenie znajomych ze studiów – jakieś drobne wakacyjne flirty. Ale z roku na rok coraz więcej jest wieczorów z mamą przed telewizorem albo z książką w łóżku, bo coraz mniej już niezamężnych koleżanek, coraz mniej znajomych, których wyjść nie ograniczają dzieci. To normalne i zrozumiałe, ale… no właśnie. Z czasem człowiek sam nie chce przeszkadzać i tych wieczorów z filmem i/lub książką robi się coraz więcej. Bo dzień przyjaciółki nie jest z gumy, też ma pracę, nowe obowiązki (prawa i przyjemności) jako żona. A jeśli jeszcze młode małżeństwo zaczyna starania o powiększenie rodziny… nie da się nie czuć trzecim, piątym, siódmym itd. kołem u wozu. Nawet wyrywając się z codzienności na babskie spotkanie z koleżankami ze studiów człowiek zaczyna się czuć mniej komfortowo. Bo co z tego, że na imprezie w klubie w większym mieście podrywają cię całkiem fajne ciacha, gdy zaraz wracasz do codzienności na innym końcu kraju i niekoniecznie interesują cię fast foody? A przy drinkach i tak słuchasz, jakiego fajnego faceta ma Kasia, kiedy Jola planuje ślub, ile ząbków ma dziecko Ani albo jak zupełnie inaczej wyglądają realia związków  (i innych bardziej lub mniej ulotnych relacji) Ewy w takiej Warszawie czy Hani, która po Erasmusie została w zachodniej Europie. Jedne cię pocieszają, inne dobijają, ale i tak masz wrażenie, że świat kręci się tylko wokół związków.

No dobra, pożaliłam się. Rozpisałam – nie chciałam. Ale takie myśli zwykle nachodzą mnie pod koniec roku, gdy kolejny rok kończę bez pary. Jak się to ma do mojego pierwszego dziennika? Czy moje życie singielki aż tak zaczęło mi doskwierać? Nie, zdecydowanie nie! Ale czasami każdy ma kryzys. Zwłaszcza gdy jest zimniej, ciemniej, smutniej. Bo co z tego, że staram się rozwijać, pracować, a po pracy czerpać z życia pełnymi garściami. Próbować. Nie robić niczego na siłę. Bo wypada. Bo już czas. Nie zamykać się na nowe. Co z tego, że nikt i nic mnie nie ogranicza, że po babskim weekendzie z koleżankami ze studiów nie muszę się tłumaczyć, czemu świetnie się bawiłam, podczas gdy ta druga osoba spędzała weekend z telewizorem. Masz komfort, że nikt na ciebie nie czeka, nie zmienia planów, gdy musisz zostać po godzinach lub z dnia na dzień wyjechać w delegację. Albo chcesz dzień dłużej zostać u koleżanki na drugim końcu Polski. Ale właśnie: nikt nie czeka, nie zmienia planów. A fajnie byłoby, gdyby jednak ktoś musiał…

Dlatego Wam (i sobie) na nowy rok życzę, byśmy za rok spotkali się w kolejnym (mam nadzieję, że nie czwartym!;) odcinku mojego dziennika w dużo bardziej świątecznych nastrojach. Szczęścia i / w* miłości :)

Wasza Gosia

* niepotrzebne skreślić


No, nieco melancholijnie nam się tu zrobiło… ale tak czasami działają święta, koniec roku – nie zawsze te refleksje i podsumowania składają się z samych sympatycznych myśli. Ale tylko takich Wam, Gosi i sobie życzę w kolejnym roku (gdybyśmy mieli się już na blogu nie spotkać przed 2018;)!
I na koniec tradycyjne słowo od Any, takie PS do każdego tekstu pt. #ProjektSingielka. Gosia jakoś mi wybaczyła ten przestój, choć wypomina mi już dwa odcinki pamiętnika Dominiki ;)  Ale chyba wybaczy mi i to, że zaproszę kolejne Singielki do cyklu – bo nie tylko Gosia, Asia i Dominika (czy nawet ja!) mają tu prawo głosu. #ProjektSingielka jest wciąż otwarty, a więcej informacji znajdziecie TUTAJ. Czekam(y) na Was! To miejsce jest dla Was, Waszych historii, Waszych myśli, teorii i porad.