Projekt Singielka #6: Pamiętnik Dominiki (2). Miłość? Przyjaźń?

Czytałam ostatnio artykuł o minglach. Są to single, którzy łączą się w pary, ale nie nazywają tego związkiem. Mam wrażenie, że tak właśnie było ze mną i Kamilem. Kiedy byłam z nim już około roku, a on nagle podczas luźnej rozmowy rzucił, że sama muszę podjąć decyzję, bo jestem wolna, byłam trochę zdezorientowana. Usłyszałam, że nie jest gotowy na zobowiązania i jest dobrze tak, jak jest. Niedługo potem oboje stwierdziliśmy, że nie ma sensu tego dłużej ciągnąć.

Poznaliśmy się przez moją kuzynkę i od razu dobrze się dogadywaliśmy. Był zabawny, czarujący, spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu i potrafiliśmy przegadać parę godzin. Jednak było coś, czego mi brakowało: wsparcia i takiej pewności, że mogę na niego liczyć. Kiedy coś nie szło po jego myśli albo pojawiał się problem, miał dwa sposoby na radzenie sobie z tym. Pierwszy – to obracanie wszystkiego  w żart, drugi – czekanie, aż problem sam się rozwiąże. Z jednej strony, może to dobre podejście, ale nie na dłuższą metę – nie w związku (a nawet nie w relacji mingli). Z perspektywy czasu widzę, że to bardzo dobrze, że to wszystko tak się potoczyło. To doświadczenie uświadomiło mi, czego szukam w związku. Na pewno nie tego, nie tej niepewności. Chociaż na początku, zaraz po rozstaniu, bardzo mi Kamila brakowało.

Jakiś czas później poznałam Norberta – przyjaciela, o którym już wspominałam. Po jakimś czasie naszej znajomości umówiliśmy się na przyjaźń. I chociaż na początku byłam trochę zaskoczona i może odrobinę zawiedziona takim rozwojem sytuacji, to doszłam do wniosku, że przyjaciel to pewniejsza pozycja niż chłopak. Chłopak dzisiaj jest, jutro może go nie być. A przyjaciel będzie zawsze. I co najważniejsze, na Niego mogę liczyć. Udowodnił to choćby, gdy miałam chwilowe problemy mieszkaniowe – bardzo mi wtedy pomógł. Nigdy nie patrzyłam na niego jak na faceta, tylko jak na przyjaciela. Zapytacie, czy to możliwe. Możliwe: pomiędzy przyjaciółmi jest pewna granica, której nie powinno się przekraczać i od samego początku się tego trzymałam.

Jednak muszę przyznać, że miałam pewien moment słabości. Chciałam przekroczyć tę granicę. Ale coś mnie przed tym powstrzymało. Taka obawa, że zrobię coś, co sprawi, że nasze relacje się popsują. Szybko poukładałam sobie wszystko w głowie. Bo do przyjaciela nie powinno mnie tak ciągnąć, nie tylko fizycznie, ale tak w ogóle. I to była tylko chwila słabości, nie żadne przyciąganie. Może po prostu zbyt długa samotność, brak bliskości takiej, jaka zdarza się tylko w związkach.

Ruszyłam więc dalej w poszukiwaniu drugiej połówki. Ostatnio pojawił się ktoś, ale i zaraz zniknął. Byłam też na randce i choć zarzekałam się, że nie będzie drugiego spotkania, postanowiłam spróbować. Było drugie i trzecie, ale na tym koniec. Nie było tego czegoś. Może głupio to brzmi, wiem,  ale jest czasami tak, że spotykasz kogoś i praktycznie od razu znajdujecie wspólny język. Chcesz spędzać z tym kimś jak najwięcej czasu, a na samą myśl o Nim się uśmiechasz. Z Krzyśkiem tego po prostu nie było, chociaż faaajny z niego facet. Może jestem wybredna albo po prostu trafiam nie na tych, których trzeba. A jak już trafi się jeden fajny facet na paru, to jest poza zasięgiem… Co wtedy robić? Trzeba przestać o tym myśleć i szukać. Szukać, a kiedyś ktoś się znajdzie. Może nawet szybciej niż nam się to wydaje.

A może po prostu patrzy się nie tam, gdzie trzeba? Albo nie tak jak trzeba?

Pozdrawiam

Dominika


Śledzimy dalej perypetie Dominiki, a czekając na kolejne, przy okazji zapraszam do dołączenia do grona zblogowAnych bohaterek cyklu #ProjektSingielka – jak to zrobić, znajdziecie we wpisie otwierającym cały cykl, czyli TUTAJ.