(Nie)Codziennik #2: Olsztyn, grzybobranie, mecz i targi książki

Przepr… Cóż, znów nie było mnie jakiś czas. Ale zamiast się po raz kolejny tłumaczyć z nieobecności, zrobię z tego jakiś pożytek. W końcu po to mam (nie)Codziennik, bym mogła tu zostawiać dla Was teksty o charakterze  à la pamiętnikowym. Czyli takie luźne myśli, nie te poniekąd publicystyczne czy opiniotwórcze jak w Krótkiej piłce. Dziś zatem pokażę Wam, jak spędziłam październik, kilka dni go poprzedzających i/lub następujących po nim.

Olsztyn z refleksją

Wiecie, że studiowałam w tym mieście, kocham Kortowo i staruszkę Uranię. W tym roku zakochałam się w Plaży Miejskiej. Ostatni raz byłam w Olsztynie zimą, na sylwestra, gdy tramwaje zaczynały pierwsze kursy po Olsztynie, a mróz trzaskał tak, że szyny się wygły. To znaczy coś się tam z nimi działo i tramwaje zatrzymywały się w połowie właściwej drogi. Cóż, początki bywają trudne. Tak że wtedy na plażę nie dotarłam, a ostatni raz byłam tam na ostatnim roku studiów. W czerwcu 2011. Ileż się zmieniło! Nic dziwnego, że w tych okolicach kręci się rodzina Lewandowskich. Tak, tych Lewandowskich.

A co robiłam w ogóle w Olsztynie, jakieś 200 km od domu rodzinnego i pracy? Zafundowałam sobie długi weekend w zwykły weekend i pojechałam odwiedzić O., koleżankę ze studiów (i jej cudowną rodzinkę). A okazało się, że na miejscu spotkałam jeszcze jedną koleżankę ze studiów (ja się kiedyś zemszczę za te tajemnice!), która do Olsztyna przybyła z dalekiej północy (Suwałki, białe misie – kojarzycie teren?). Powspominałyśmy studia, poświętowałyśmy 30. urodziny gospodyni, zwiedzając przy tym w sobotni wieczór olsztyńską Starówkę, a w niedzielę spacerując po plaży. Pogadałyśmy też trochę o naszym obecnym życiu, obgadałam (niedobra ja!) denerwującą koleżankę z pracy (ale wszyscy chyba mamy takich znajomych z pracy, z którymi nic się nie da zrobić, są tępi i niereformowalni, i są… bo są, więc od czasu do czasu trzeba wszystko z siebie wyrzucić. I od razu lżej!), opowiedziałam o tym, za co lubię swoją pracę i miejsce, w którym jestem. I wiecie co? O. stwierdziła, coś, z czego ja sama nie zdawałam sobie sprawy. Że tak naprawdę lubię to, co robię. Bo lubię – praca jest z jednej strony powtarzalna: codziennie 8 h za biurkiem, ale i codziennie inna: czasami są eventy (nie lubię tego słowa, ale jest pojemne – ewidentnym minusem mojej pracy jest to, że przestaję być purystką językową), czasami konferencje, czasami na miejscu, czasami w Warszawie albo na drugim końcu Polski. A najbardziej uwielbiam ten nasz coroczny „festyn” – branżowo-firmową imprezę VIP-owsko-plenerową, podczas której tegorocznej edycji poczułam się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Wygląda na to, że lubię działać „od kuchni” i w końcu wyrobiłam sobie odpowiednią pozycję w kontaktach z mediami (pracuję z nimi na co dzień, a ta impreza jest okazją do jednego – z nielicznych w roku – spotkania na żywo). No i trafiłam na fajną ekipę w dziale (poza wyjątkami… wyjątkiem). A poza tym, że lubię to, co robię, to właściwie mam wszystko: pracę, która nie pozwala się nudzić (mimo że czasem wkurza), fajnych znajomych i w pracy, i poza nią, wspaniałych przyjaciół, a do tego czas na relaks, pasje i rozwój. I Jadźkę. Bez wielkomiejskiego biegu. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko jednego małego (no, tak z metr osiemdziesiąt pięć co najmniej;) szczególiku…

Grzybobranie… bez grzybów

Wiecie, jak to jest z wyjazdami integracyjnymi, na które trzeba jechać, choć się nie chce? Dlatego właśnie pojechałam z koleżankami z pracy na grzybobranie, którego wróciłyśmy bez grzybów. Co prawda, znalazłyśmy jednego po drodze, gdy zatrzymałyśmy się integracyjny postój (wybrałyśmy się autem, bo nie umiemy śpiewać, a przez około 100 km w autokarze śpiewać jednak trzeba) i nawet leśniczy nam pogratulował (niekoniecznie tego podgrzybka;), ale i tego jednego (na 5!) ktoś nam zakosił. Szczegółów grzybobrania po grzybobraniu reszty wycieczki (autokarowej części) Wam oszczędzę, ale polecę Wam dość sympatyczne miejsce na takie wypady. Można posiedzieć przy ognisku, można zrobić imprezę w lokalu, a przy okazji pozwiedzać. Gospodarstwo Agroturystyczne „Bora-Zdrój” w Lewkowie Nowym (ok. 25 km na północny-wschód od Hajnówki) ma do zaoferowania m.in. Galerię Cerkiewne Podlasie, w której dowiecie się nieco o cerkwiach w regionie (na Podlasiu wraz z różnymi kapliczkami itp. jest ich mniej więcej tyle, ile kościołów katolickich!), czy Muzeum Chleba i Skansen Ojcowizna, dzięki którym możecie cofnąć się do czasów Waszych babć i dziadków.

Ale jako że nie o zwiedzanie głównie chodziło, nawet nie o grzybobranie, przejdźmy dalej… ;)

Pierwszy lokalny ligowy mecz piłkarski!

Co tu dużo mówić – z siatkówki ostatnio przerzuciłam się na piłkę nożną. Co prawda, w sierpniu byłam na wspaniałym widowisku siatkarskim z nieco (nawet bardziej niż nieco. Dużo bardziej!) gorszym wynikiem polskiej reprezentacji: na meczu Polska – Serbia podczas otwarcia mistrzostw Europy siatkarzy na Stadionie Narodowym (tak łatwo przegranym przez biało-czerwonych!), ale mam wrażenie, że ostatnio widuję więcej meczów piłkarskich niż siatkarskich. O, choćby mój ukochany olsztyński AZS. Na ostatnim meczu byłam chyba rok po studiach. Półtora roku może. Od tamtej pory coraz mniej wiem o tej drużynie, choć ciągle śledzę jej wyniki. A kiedyś niemal z pamięci wyrecytowałabym nazwisko, imię, wiek, datę urodzenia, wagę , pozycję na boisku – i to nie tylko AZS-u. Tymczasem w październiku w końcu poszłam na mecz najbliższego mi klubu piłkarskiego – żółto-czerwonego z Białegostoku, czyli Jagiellonii. I zaczynam się przekonywać do tej dyscypliny, mimo padającego deszczu i konieczności uważania, by przez pomyłkę nie krzyknąć Legia ;)

Słowem: ja nie mogę żyć bez oglądania sportu. Nawet wiem, kiedy jest spalony. No jak to: kiedy? Kiedy sędzia go odgwiżdże ;)

Deszczowe targi w Krakowie… z Grzegorzem i pod ziemią!

I na zakończenie października (oraz początek jesiennego urlopu) wybrałam się ze znajomymi do Krakowa na Międzynarodowe Targi Książki. Co mnie podkusiło, by na jakieś 24 godziny tłuc się przez pół Polski? Zwłaszcza gdy nadciągał Grzegorz (huragan – oj, pobujał nas w drodze powrotnej, pobujał… niby autem, a jak łódką!)? Towarzystwo (♥) i chęć zobaczenia z bliska, jak wygląda tego typu impreza targowa. Te z mojej branży miałam okazję poznawać od strony wystawcy (i już w środę czka mnie to znowu…), takie, jako zwiedzający, zobaczyłam po raz pierwszy. Pocieszające jest to, że byli tam ludzie w każdym wieku – czyli jednak czytamy. A przy okazji, oczywiście, mogłam moje książki uatrakcyjnić podpisem autora. Te, które miałam w Krakowie, były – niestety! – w większości jeszcze nieprzeczytane, ale o ile przyjemniej sięga się po nie, gdy wiesz, z kim obcujesz. Dla mnie najlepsze ze spotkań odbyło się przy podpisywaniu książki „Idź własną drogą” – Marka Kamińskiego w rozmowie z Joanną Podsadecką. Właśnie z dziennikarką ucięłam sobie najmilszą pogawędkę (wiecie, po fachu – ona wciąż czynna dziennikarsko, ja z wykształcenia i pasji).

 

A drugie najsympatyczniejsze spotkanie tego dnia – z autorkami „Przyjaciółek”: Agatą Przybyłek i Natalią Sońską (wiecie, jak to widać, że są młodziutkie?! A skoro widzę takie rzeczy… czyżby mnie już starość mnie dopadała?! Czy wszyscy tak mają po trzydziestce?). No i moja imienniczka, Anna Ficner-Ogonowska.

Co po targach? Deszcz pokrzyżował nam plany na niedzielę, więc zaprowadziłam moją ekipę pod Rynek. Dosłownie – nie pod mury, tylko pod ziemię. Jeśli lubicie historię, zwiedzanie, spacery śladami przodków, artefakty sprzed wieków, do tego bardzo współczesne dodatki multimedialne – zajrzyjcie tam koniecznie! Dziś pokażę Wam tylko kilka ujęć, ale mam w planach szerszy wpis o Krakowie na weekend, na pewno wtedy pokażę Wam więcej!