Miesiąc zblogowAny (33/34): migawki z jesieni

Ile to już razy obiecywałam sobie takie zorganizowanie czasu, by Miesiąc zblogowAny nie był jedynym wpisem na plus minus trzydzieści dni, nie jestem w stanie zliczyć. A tym razem spotykamy się po plus minus sześćdziesięciu dniach (dokładnie: po pięćdziesięciu pięciu). Całe szczęście, w grudniu nadejdzie kilka kosmetycznych zmian. Wcześnie, mam nadzieję, też. Tymczasem zapraszam na podwójne migawki z dwóch ostatnich zblogowAnych miesięcy.

5 przesłuchAnych i obejrzAnych

Cóż, wrzesień to był u mnie czas urlopu, czyli miniremontu, więc jedyne, czego było u mnie dużo, to przesłuchAnych. Dlatego z całej playlisty nowości wybiorę dla Was 3 utwory i łączoną wrześniowo-październikową playlistę podrzucę na koniec tej części wpisu. Nadgodziny po urlopie (niestety, urok mojej pracy offline polega na tym, że 85% zadań czeka na mój powrót do firmowego biurka) w połączeniu z przygotowaniem materiałów na targi, w tym największe branżowe, sprawiły też, że poza kolejnymi sezonami serialu Arrow we wrześniu i październiku praktycznie niczego nie obejrzałam. Poza jednym filmem.

Dzieci Ireny Sendlerowej. Jakoś tak pierwszego września siadłam sobie przed telewizorem, włączyłam telewizję publiczną i… oglądałam. Właśnie zaczynałam urlop, więc nigdzie mi się nie śpieszyło. A że lubię historię, dzień był wyjątkowy historycznie, więc i film od pierwszych minut mnie zainteresował. Nazwisko Ireny Sendlerowej na pewno większość z Was zna lub przynajmniej kojarzy – podczas II wojny światowej Irena Sendlerowa uratowała wiele żydowskich dzieci. Źródła historyczne podają, że było ich ok. 2,5 tysiąca. Gdyby historia ukazana w filmie nie była w aż tak amerykańskim charakterze (czuć niestety ten pretensjonalny heroizm, padają puste hasła imitujące heroizm czasów) i była mniej płaska (opowiedziana została tak, jakby była niemal jednowymiarowa), cały obraz byłby zdecydowanie ciekawszy. Ważne jednak, że temat został podjęty, została pokazana osoba, jakich mimo czasów było jednak sporo w Polsce drugiej wojny światowej: którzy wiedząc, że narażają własne życie, chcieli pomagać innym. Słabszy. Bez szans na przeżycie. Że w tych czasach człowiek człowiekowi był nie tylko wilkiem. Za to daję 7/10. Minus jeden za wersję polską dubbingowaną – dubbing w filmie to coś, za czym nie przepadam równie mocno, jak za językiem francuskim w kinie.

Po tej jednak smutnej historii przejdźmy do czegoś mniej smętnego. Choć parę tzw. smętów też znajdziecie na wrześniowo-październikowej playliście. Choćby niezbyt udaną (moim zdaniem – Wasze może być inne!) kompozycję Piaska – a mimo to wpada w ucho. On to jednak wie, jak robić przeboje… Ale to znajdziecie na pełnej playliście – na początek polecę Wam coś polskiego, ale zdecydowanie bardziej energetycznego i pozytywnego. Mimo że – mam wrażenie – rytmicznie podobnego do innych kompozycji Sound’n’Grace. Co nie zmienia faktu,że i tak jest idealnie :)

We wrześniu pojawił się też teledysk do jednej z moich ulubionych piosenek – premier roku 2017. W końcu wszyscy kochamy superbohaterów, ja uwielbiam The Rasmus, więc jak mogłabym jej tu nie polecić? No jak?

No i moja ukochana P!nk i jej Beautiful Trama z pięknym tanecznym teledyskiem. Melodia sugeruje zupełnie inną treść, ale mimo to słucha się jej z przyjemnością. Cała P!nk…

Pełną jesienną playlistę tradycyjnie znajdziecie na końcu tej części wpisu. Będą polskie akcenty – choćby jedna z moich ulubienic, Patrycja Markowska, będzie jeszcze jedna piosenka P!nk, kolejne propozycje Maroon 5, nowiutkie Evanescence… zresztą, sprawdźcie sami, co jeszcze. Miłego odtwarzania.
PS: Ale w międzyczasie czytajcie dalej! :)

5 przeczytAnych, głównie w linkach zblogowAnych

No cóż… we wrześniu na czytanie nie było zbytnio warunków, w październiku kilka wieczorów spędziłam z gościem o ksywce „Kadziu”. I tak oczytana pojechałam – o zgrozo! – na Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. Zatem tradycyjnie trudny wybór pięciu pozycji przeczytAnych w linkach zblogowAnych będzie trudniejszy, bo z pięciu punkcików robi mi się cztery, ponieważ jedną krótką notatkę poświęcę nie linkowi, a książce właśnie. Moglibyście powiedzieć: „W końcu!”. No to w końcu macie:

  • Kadziu. Siatkówka i rock’n’roll. Dwóch Łukaszów: Olkowicz i główny bohater Kadziewicz pokazuje nam świat siatkówki, którą ja znam i pamiętam z historii opowiadanych w Olsztynie i wyczytanych w mediach, głównie już w internecie. Ze skądinąd najciekawszą dla wszystkich historią imprezy w olsztyńskich klubach z 2005 roku, po której Raul Lozano z hukiem wyrzucił z reprezentacji m.in. Kadziewicza. Najciekawszą, choć… wcale nie najciekawszą, przynajmniej jak twierdzi bohater książki. Jest to bowiem autobiografia jednego z najbarwniejszych (o ile nie najbarwniejszego w ostatnich latach) polskich siatkarzy Łukasza Kadziewicza, który idąc śladami kolegów (wcześniej pojawiły się już autobiografie Marcina Prusa i Pawła Zagumnego), zdecydował się opowiedzieć swoją historię. Szczerze? Liczyłam na pikantniejszy rock’n’roll. Mimo to książkę czyta się szybko, płynnie, trochę jak wywiad, choć nie ma formy wywiadu. Przede mną jeszcze lektura innych siatkarskich autobiografii, więc na tę chwilę mogę „Kadziowi” spokojnie wystawić 7+/10.
  • Kolejne punkty to już – stety bądź niestety – linki. Na początek: cały blog. Odkryty wczesnym wrześniem. Poznajcie (jeśli jeszcze nie znacie) Ulę, Okularnicę. Szczerze? Nie mam pojęcia, jak trafiłam na jej blog. Być może gdzieś dzięki akcji na Dzień Blogów 2017. Nieważne. Ważne, że Ula fajnie pisze. I od chemii w pomidorach umie przejść do chemii w związkach.
  • Jak już jesteśmy przy blogach, to może jakiś poradnik? Najbardziej w ostatnim czasie spodobał mi się ten skondensowany od Cytrynki. W sześciu sprawdzonych sposobach znajdziecie naprawdę dobre pomyły – nie wiem, jak Wy, ale ja od listopada zabieram się za jego wdrożenie w Świecie zblogowAnym!
  • To teraz link do tekstu, który przynajmniej po części obnaża dzisiejszych Polaków, zwłaszcza młodych. Zwłaszcza tych, którzy nie znają wagi pracy i odpowiedzialności. A takich, mam wrażenie, jak grzybów po deszczu w tym roku.
  • A na koniec wpis z serii #MeToo, tym razem z trochę innej perspektywy. No bo przecież nikogo nie dziwi, że spotyka to piękne kobiety,aktorki, piosenkarki, celebrytki. Tym mniej urodziwym niewielu uwierzy, że nie chciały, nie cieszą się, że „w końcu ktoś się zainteresował”. Stop! To nie zainteresowanie, to nie powód do radości – to ognisko do szybkiego ugaszenia! Zdecydowanie polecam więc lekturę tekstu Kreatywy.

Tyle piosenek, filmów, linków, recenzji ode mnie. Dorzucicie coś wrześniowo-październikowego od siebie?

  • Matko! Słyszałam juz tyle razy o ARROW i wiesz, że w sumie pierwszy raz „usłyszałam” o czym to jest? :D

    Ps a despacito – słyszałaś polską wersję? O matko :D FAJNE!

    • Ana

      Polską wersję czy Wieśka tico? ;)

  • No halo halo a gdzie jakieś nowe pościki? Kto tu się tak brzydko obija? ;)
    Ja od miesięcy nie odrywam się od Eda Sheerana, został moją nową miłością na wieki <3

  • Też lubię „Pink”, a to co zrobiła Irena Sendlerowa zasługuje na to, by ciągle o tym mówić :)