(Nie)Codziennik #1: 3 sukienki, czyli jak zostałam etatową świadkową

W komentarzach pod pilotem (Nie)Codziennika wspominaliście, że chętnie poczytacie o perypetiach świadkowej, temat jest na czasie nie tylko ze względu na mój trzeci raz w tej roli, ale i trwający wciąż sezon weselny, więc oto i rozwinięcie tematu 27 sukienek. Może trzy to nie prawie trzydzieści, ale jakieś doświadczenia mam i mogę się nimi z Wami podzielić. A nuż, widelec komuś, kogo czeka podobna funkcja w przyszłości, w czymś pomogę?

Świadkowa. Trochę dumnie to brzmi, nie? Ale bycie czyjąś świadkową to nie tylko honorowa funkcja. Nawet w tych czasach, gdy tak naprawdę coraz mniej należy do obowiązków świadkowej, bo przyszli nowożeńcy coraz mniej rzeczy zostawiają innym – chcąc, aby ślub wyglądał idealnie, praktycznie wszystko załatwiają sami. Panny Młode same wybierają sukienki, buty, bukiety. Znikają też pewne tradycje – np. w moim regionie bardzo popularne było przypinanie mężczyznom kokardek. Świadkując trzy razy, robiłam to pierwszy i ostatni raz podczas podczas pierwszego razu w tej roli. Ale mimo to ze świadkowaniem wiąże się trochę zamieszania…

Wieczór panieński. Z trzech Panien Młodych wieczory panieńskie organizowałam dla dwóch. Nie były to wieczory jak z amerykańskich filmów: dziesiątki osób, pełno gadżetów, szaleństw, striptizerzy, morze alkoholu i kac Vegas. Pierwszy był połączeniem domówki z wyjściem do dyskoteki, drugi – (bardzo) kameralną domówką. Druga w kolejności Panna Młoda organizowała wieczór panieński łączony z kawalerskim – coś jak wieczór ze znajomymi przy winie, więc tu zaszaleć nie mogłam. Ale w przypadku pozostałych dwóch zadbałam o drobne atrybuty wieczoru panieńskiego na domówkach: baloniki, girlandy, słomki do napojów, zabawne gadżety (np. na ostatnim panieńskim każda dostała królicze uszka), okolicznościowe przypinki i adekwatne do okazji torty. Były też prezenty i dyplomy, tudzież certyfikaty zezwalające na porzucenie stanu panieńskiego. I może będziecie zawiedzeni, ale żadnych nie trzeba było cenzurować :) Ponoć koszty powinna pokryć świadkowa, ale z moimi dziewczynami szło się dogadać i podzieliłyśmy koszty organizacyjne między siebie – oczywiście, w każdym przypadku i tak wzięłam na siebie większość tychże kosztów jako główna organizatorka imprezy, część rzeczy w ogóle nie podlegała rozliczeniu. Tak czy inaczej, mam nadzieję, że obie Panny Młode były zadowolone z tych wieczorów, które mogły spędzić w gronie najbliższych koleżanek, odstresowując się trochę od ślubnych przygotowań. Moja rada: jeśli kiedyś zostaniecie świadkami, organizujcie wieczór panieński/kawalerski min. 2 tygodnie przed weselem. Dzień przed jest wystarczająco dużo zamieszania, ostatni tydzień przed ślubem też jest dla nowożeńców mało komfortowy na dodatkowe atrakcje, a na dwa tygodnie przed jest jeszcze wystarczająco spokojnie i wciąż blisko do ślubu i wesela.

Suknia Panny Młodej. Jak już wspomniałam wyżej, Panny Młode coraz rzadziej wybierają swoje suknie z pomocą z zewnątrz, tj. koleżanek lub przyjaciółek, a tym bardziej świadkowych. Coraz częściej świadkowymi są bowiem przypadkowe dla nich osoby, np. dziewczyny czy narzeczone świadków, jeśli Młodzi na świadków wybierają parę. Wtedy świadkowa nie jest dla przyszłej Panny Młodej osobą bliską, godną zaufania. Często też Panny Młode wcześniej wybierają sukienki niż swoje świadkowe. I wtedy najczęściej swoje suknie ślubne wybierają same, z mami i/lub siostrami. Ja jako świadkowa wybierałam sukienkę tylko z pierwszą Panną Młodą – i to była moja pierwsza i ostatnia pomoc w tej kwestii, przymiarki Panna Młoda robiła już sama. Doskonale rozumiem taki jej wybór, bo przymiarek bywa sporo, a zgranie terminów dwóch pracujących w różnych miejscach i w różnych trybach pracy osób bywa trudne. Drugiej Pannie Młodej… obcinałam sukienkę dwa dni przed ślubem, bo polecona krawcowa nie spisała się, a sukienka, po pierwsze, została zbyt długa, a po drugie – dół sukni wyglądał kiepsko, tak nierówno był obcięty. Na szczęście przyszła teściowa Młodej posiadała nożyczki z ząbkami, dzięki czemu nawet jeśli ja obcięłam gdzieś nierówno, w ogóle tego nie było widać. Trzecią suknię zobaczyłam tydzień przed weselem, a w dniu ślubu organizowałam z własnego domu mniejsze igły, bo zbyt lekko przyczepione perełki przy poprawianiu sukni zaczęły odrywać się z nitką od reszty zdobień. No i tę suknię było najtrudniej zapiąć podczas filmowania :)

3 sukienki świadkowej. A właściwie – jak już wiecie – tylko dwie. Pierwszą miałam w ręku 2,5 miesiąca przed weselem. Wpadła mi w oko na Allegro, kupiłam, sprzedawca doradził mi lepszy rozmiar – za 180 zł miałam suknię i szal w idealnym rozmiarze, idealnej długości, w idealnym chabrowym kolorze (moim ulubionym odcieniu mojego ulubionego niebieskiego!). Spokojnie mogłam czekać do wesela. No, prawie – wspomnę tylko, że buty kupiłam trzy dni przed weselem :) Z drugim weselem było już trudniej: szukałam, szukałam, szukałam… niczego nie znalazłam! Kupiłam przez internet płaskie sandałki, nadały się później na wesele, ale sukienki dalej brak… Bo wiecie, ja jestem wybredna. Nie lubię cyrkonii, kamyczków, świecidełek, zakładek, marszczeń, falbanek… najprostsze sukienki podobają mi się najbardziej. Do tego wybór w tym długich sukienek – a taka była mi potrzebna przy konieczności założenia płaskich butów, bo gdybym była wyższa od świadka i Panny Młodej, jeszcze ktoś by pomyślał, że się pary pomieszały przed ołtarzem ;) – był dość ograniczony. W ostatnim tygodniu przed weselem kupiłam kawałek koronki, zabrałam tablet ze zdjęciem, pojechałam do najbliższej (ale sprawdzonej!) krawcowej i z cienkich ramiączek zrobiłam piękne koronkowe, układające się w trójkątny dekolt na plecach – lepszy niż na oryginalnej fotce! A trzecia sukienka… problem był ten sam, co rok wcześniej. Młodzi niżsi ode mnie, świadek mniej więcej mojego wzrostu (ze wskazaniem na niższego) – tylko założyć obcasy i górować nad towarzystwem przed ołtarzem :) A więc znów poszukiwania krótkiej sukienki i płaskich butów, bo przynajmniej dla mnie na takiej uroczystości krótka sukienka i baleriny/płaskie sandałki wyglądają jednak mało elegancko. W sklepach pełno cekinów, rozkloszowanych dołów, brzydkich dekoltów, obroży z kamieni… Brr! Albo brak rozmiaru. W ostatniej chwili wylicytowałam na Allegro sukienkę na jedno ramię jedynie z pasem z jakichś drobnych koralików w kolorze bladym fiołkowym marki TFNC za nieco ponad 70 zł i zastanawiając się, jaką ma wadę oprócz braku metki, odliczałam dni do ślubu koleżanki, zdając sobie sprawę, że nie mam ani sukienki, ani butów do niej, a został nieco ponad tydzień. Sukienka przyszła w poniedziałek, po pracy ją zmierzyłam i… popędziłam do krawcowej! Była piękna, brakowało w pasie jednej zewnętrznej cyrkonii (to plus wycięta metka obniżyły wartość sukienki o jakieś 250 zł) i jedyne, czego potrzebowała, to dopasowania pod pachami. W czwartek miałam sukienkę z powrotem, w piątek kupiłam sandałki na wyprzedaży w CCC (chyba ostatni dzień letniej kolekcji, bo część pólek była już pusta!), a w sobotę stanęłam przy Pannie Młodej, w międzyczasie naprawiając jeszcze dwa zaciągnięcia z przodu sukienki i modląc się, bym nie musiała rozpinać zamka w sukience, bo sama go nie zapnę. Uff!

Obowiązki świadkowej. Pierwsze świadkowanie to było dla mnie coś nowego. Stresowego. Bo nie wiem co, nie wiem jak, nie wiem kiedy. Młoda niby też nie wie, razem się dowiadujemy, zastanawiamy, planujemy. Na początek – ubieranie do filmu i zdjęć. Dość proste, bo ekipa foto-wideo mówi, co po kolei nakładamy. Dla nich to nie pierwszy raz. My w stresie, całe szczęście, szybko poszło i zaraz przyjechał Pan Młody. W kościele składamy podpisy i teraz to już właściwie tylko Młodzi się stresują. Bo przysięga, bo obrączki. Ja jedynie muszę przytrzymać przez chwilę bukiet Młodej. Wyjście z kościoła, życzenia i jedziemy na salę. Tam toast, chwila oddechu przed pierwszym tańcem Młodych. Potem wspomniane już na samym początku kokardki – ilu kawalerów zostało oznaczonych jako żonaci, a ilu żonatych jako kawalerowie – nie wiem. To wszystko wina starszych panów i ich żon, bo mieszali mi lewą z prawą! Bo, oczywiście, większość byłą „kawalerami od urodzenia”, a żony się śmiały, że niech już będą tymi kawalerami jeden wieczór. I co dalej? Trochę zabawy z gośćmi, oczepiny – odpięcie welonu, wspieranie Młodej w potrzebie, – ot, choćby tak przyziemnej jak wędrowanie z nią do toalety, bo suknia ślubna jest dość kłopotliwa w małych pomieszczeniach. Przyznaję bez bicia, że nie pamiętam, czy i ile tak naprawdę miałam tam obowiązków, ale mam wrażenie, że drugie świadkowanie wymagało ode mnie więcej zaangażowania. Albo po protu je lepiej pamiętam, bo odbyło się niemal równo rok temu. Poza wyrównaniem Młodej sukienki, w dniu ślubu jeszcze pomogłam ubrać samochód, przygotowałam karton na koperty, a kilka dni wcześniej organizowałam baloniki do przystrojenia bramy (wiem, że chyba nie wszędzie się to robi, ale na Podlasiu dekorowanie płotów, bram i drzwi wejściowych jest bardzo żywe) oraz tuby strzelające płatkami róż. Miałam też więcej obowiązków na samym weselu, chociażby podczas podziękowań dla rodziców czy wyszukiwania gości do złożenia życzeń nowożeńcom do filmu z wesela. Za trzecim razem byłam już na tyle doświadczona, że chyba się niemal nie stresowałam. Pomijając, że zakładając sukienkę, okazało się, że jest jednak zbyt długa (zobaczcie, co robi kilkanaście mm różnicy w wysokości podeszwy!), a chwilę przed wyjściem z domu Młodej oblałam się wodą z bukietu (na szczęście, zerwał się lekki ciepły letni wiatr i zanim wsiadłam do auta, sukienka była już sucha!). Podpisy już przećwiczone dwa razy, zabranie Młodej bukietu w odpowiednim momencie (bo sama chyba planowała wkładać mężowi obrączkę z bukietem w ręce:), zbieranie kopert, poprawianie sukienki Młodej (zanim została doszczętnie – no, prawie – porwana), trochę więcej zadań dla świadków niż na poprzednich weselach (w kwestii zabaw i w ogóle sukcesu wesela pod kątem zabawowo-tanecznym naprawdę wieeele zależy od zespołu czy DJ-a). No i pozamiatanie przydługą kiecką parkietu – chyba to ostatnie wesele było najlepsze. Bo może najspokojniejsze dla mnie.

Mówią, że do trzech razy sztuka. Cóż, mnie koleżanka straszy, że w czerwcu przyszłego roku będzie czwarty. Z racji aktualnego braku pary chyba nie będę jej mogła odmówić, bo wcześniej sama nie wyjdę za mąż. A chyba tylko to mogłoby mnie uchronić od świadkowania po raz czwarty :) Bo mimo że i to się zmienia, to przynajmniej w moim regionie przyszłe Pary Młode niechętnie wybierają małżonków za świadków i wciąż preferują, by przy stole Młodych siedziało cztery, a nie więcej osób. Bez względu jednak na wszystko najważniejsze, by Młodzi byli zadowoleni ze świadków, których sobie wybrali. Mam nadzieję, że moje Młode nie żałowały.