Projekt Singielka #4: Powalentynkowy dziennik Gosi (2)

Cześć! Tęskniliście? Ja bardzo! Ale Ana wiecznie zabiegana (a przynajmniej tak twierdzi) wiecznie wszystko odkłada. Musiałam ją w końcu namówić na ciąg dalszy naszej współpracy – to w końcu nieco dziwne, gdy dziennik pojawia się raz na pół roku :) Walentynki były ku temu świetną okazją, ale – oczywiście – przespałyśmy ten termin. Nie ma jednak tego złego – wracam! I będę znów przynudzać…

Gdy widzieliśmy się po raz pierwszy, opowiedziałam Wam nieco o sobie i swoim spojrzeniu na bycie singielką. Stety bądź niestety, od tamtego czasu niewiele się u mnie zmieniło. Oczywiście, jeśli chodzi o stan posiadania bądź nie chłopaka / narzeczonego / męża (niepotrzebne skreślić) – w innych kwestiach też niewiele się zmienia (zasiedziałam się!), ale nie stoję bezczynnie w miejscu. Druga oczywistość to koleżanki, które nie byłyby sobą, gdyby nie próbowały mnie swatać, ale… no właśnie: ALE. Nie wiem, czy to kwestia zbyt bezstresowego wychowania, słabnących męskich wzorców czy powszechnego metroseksualizmu, ale mam wrażenie, że dookoła zostali chyba tylko panowie jacyś tacy nieśmiali i zniewieściali. Niby chcą czegoś, ale czekają na twoje działanie. Niby duży, dorosły facet, ale męskiej decyzji podjąć nie umie – to ty musisz o wszystkim decydować: gdzie macie pójść, ile wydać, co zamówić, o której wrócić, z kim wyjść, jak daleko wyjechać… Na każde pytanie słyszysz jedną odpowiedź: „Nie wiem”. Albo rozmawiając z tobą, nie potrafi odłożyć komórki. Albo wręcz przeciwnie – boi się ją wziąć do ręki, gdy się nie widzicie. Ot, taki przykład z życia wzięty: dajesz mu swój numer, bo wydaje ci się, że mu (też) zależy. Zdzwaniacie się raz, fajnie, na krótko, bo nie masz w tym momencie czasu, ale umawiacie się na inny termin. Rzucasz: „Dam ci znać, kiedy będę wolniejsza!”, ale gdzieś tam w codzienności zapominasz – tzn. pamiętasz, ale wiecznie mówisz sobie: „Napiszę/zadzwonię po pracy/po powrocie do domu/po wyjeździe/po czymś tam!” i po prostu łapiesz się na tym, że jest już późno i przy tak mało zaawansowanej znajomości może nie wypada dzwonić po 22.00 albo esemesować po północy. „Zrobię to jutro. Już na pewno!”. A jutro jest to samo… Pewnie to znacie – Ana wspominała, że kiedyś przez miesiąc składała tak życzenia urodzinowe koleżance* :) Ale mija kilka dni/tygodni i łapiesz się na tym: „heeej, ale dlaczego on nie próbuje dzwonić, pisać? Przypomnieć się?”. Może za bardzo chcę być tą zdobywaną, ale w takich sytuacjach gasnę. Tracę chęć poznania bliżej takiego faceta. Zwłaszcza jeśli to nawet nie on, a jego znajomi byli inicjatorami naszej znajomości. Bo, kurczę, nie potrzebuję u swojego boku kogoś, kogo będę prowadzić za rączkę przez całe życie. Kogo będę trzymać pod pantoflem i kto nie będzie umiał przejawić jakiejkolwiek inicjatywy. Może to fajne, ale do czasu. A może powinnam poszukać młodszego, którego sobie odpowiednio wychowam? Wtedy chyba mogę przeżyć fakt, że muszę go poprowadzić za rączkę.

Czasami łapię się na myśleniu, że może po prostu należę do osób, którym nie jest pisane znalezienie drugiej połówki. Ale zaraz przywracam się do pionu, bo to chyba nie jest do końca tak. Dopóki nie skończyłam studiów i nie wróciłam z większego miasta do mniejszego, nawet jeśli byłam sama, nigdy nie byłam samotna. Teraz też nie jestem, mam całkiem spore grono znajomych i trochę pasji poza pracą. ALE. Wtedy nie odczuwałam tego stanu bez pary jako czegoś nienaturalnego. Sporo osób wokół mnie nie miało pary, sporo osób zmieniało pary jak rękawiczki, sporo było trwałych związków. Ze mną też różnie bywało, ale cieszyłam się życiem, korzystałam z uroków każdego stanu, choć chyba najbardziej z wygody oraz niczym niezmąconej swobody i wolności singielki. Chyba dlatego ze studiów nie przywiozłam sobie chłopaka / narzeczonego / męża (i może to był błąd?). Teraz też żyję tak, by jak najpełniej wykorzystywać życie, ale ta mniej zróżnicowana społeczność generuje presję. Bo niemal wszyscy w wieku moim i wyżej są sparowani i chcąc nie chcąc tego samego oczekują ode mnie. Nie mówiąc już o mamie. Jeśli jednak moi obecni najbliżsi znajomi nie są w związku, to usilnie dążą do osiągnięcia stanu mąż i żona, co też w jakimś stopniu przekłada się na mnie. A i tak większość to małżeństwa z dziećmi. To sprawia, że człowiek czuje się dziwnie, gdy stara się zrozumieć niezrozumiałe, czyli konieczność chodzenia na przymusowy kompromis. Bo partner / mąż i dzieci to obowiązki i ograniczenia, a dopóki jest się singlem, to tak naprawdę nawet mając określone obowiązki, nie ma się żadnych ograniczeń. I to z jednej strony jest fajne. Ma się swoje przyzwyczajenia, rytuały, których nikt nie burzy. Rozwija się swoje pasje, doszkala się, poświęca się hobby lub karierze zawodowej. Nikt nie musi zmieniać planów, gdy najdzie cię ochota, by rzucić wszystko i wyjechać z dnia na dzień na weekend na drugi koniec Polski. Z nikim nie musisz konsultować kupna nowego auta, dopasowywać wymiarów nowego łóżka, zakupu kolejnej kiecki… Z drugiej strony, chciałoby się jednak to wszystko z kimś dzielić, ale lepiej by było, gdyby spotkać kogoś z podobnym podejściem do życia. Wtedy łatwiej o ten kompromis. Tymczasem mam wrażenie, że mimo uroków mojego obecnego stylu życia, utknęłam w innym świecie. A może ja po prostu jestem zbyt wygodna na ten świat, a nie skazana na bycie wieczną singielką?

Wasza Gosia


Na koniec słowo od Any, czyli gwiazdki i inne takie :)
* Znam to, znam! I wspominam bardzo często, gdy tylko jest mowa o spóźnionych życzeniach. Bo było tak na przełomie sierpnia i września, że przed urodzinami koleżanki pamiętałam, że i kiedy je ma. Ale w dniu tych urodzin… zapomniałam! Co chwilę sobie przypominałam i albo było tak, jak wyżej pisze Gosia: „Zadzwonię z domu/po pracy”, albo po prostu koleżanka nie odbierała, oddzwaniała, ja nie odbierałam – i tak w kółko. Gdy się dodzwoniłam i złożyłam jej życzenia, zaczęła się śmiać: „Mogłaś poczekać 2 dni, byłaby miesięcznica!”. Tak, znam to :)
PS: Mam nadzieję, że wybaczycie mi te luki w Projekcie Singielka! Gosia wybaczyła, będziemy widywać się częściej (chyba). Tymczasem przypominam, że nie tylko Gosia i Asia mają tu prawo głosu. #ProjektSingielka jest wciąż otwarty, a więcej informacji znajdziecie TUTAJ. Czekam(y) na Was! To miejsce jest dla Was, Waszych historii, Waszych myśli i teorii.