Miesiąc zblogowAny (25): styczeń na piątkę

Początek roku wcale nie jest lepszy niż koniec roku – przynajmniej pod względem znalezienia czasu na na słuchAnie, czytAnie, linkowAnie czy oglądanie. Plusem nowego roku jest jednak to, że można bezkarnie zaczynać od nowa. I my odświeżymy sobie formułę naszych comiesięcznych podsumowań. W 2017 roku każdy miesiąc będzie na piątkę. Bo w tym roku innych miesięcy być nie może! 

Dlaczego? Bo to 365 dni na świętowanie piątych urodzin Świata zblogowAnego. No i w ogóle ta liczba naznaczyła całe moje życie: urodziłam się w maju, od podstawówki po ogólniak miałam piąty numer w dzienniku, na studiach robiłam wszystko, by skończyć je z 5 na dyplomie… chyba tylko 7 prześladuje mnie bardziej ;) Ale dość przynudzania, zróbmy porządek z zaległościami. Pierwsza piątka przed nami!

5 przesłuchAnych

Na pięciu się, oczywiście, nie skończy, ale abyście chcieli przesłuchać całą playlistę, muszę Was jakoś zachęcić. Dlatego wybiorę 5 najbardziej wpadających mi w ucho kawałków z listy – może i Wam przypadną do gustu? Albo zrobię Wam coś tak złego, jak kiedyś zrobił mi Pitbull ze swoim „I Know You Want Me”. Nie chciałam, a ciągle w głowie słyszałam i od niechcenia nuciłam. Brrr! Właściwie, to ostatnio to samo zrobiła mi ta piosenka:

(co prawda, bardziej w lutym po seansie Greya, ale już wcześniej obijała mi czaszkę od wewnątrz).

Jeśli już jesteśmy przy filmach, to baaardzo przypadła mi do gustu ścieżka do filmu „La La Land” („Kra Kra Kraj” jak tłumaczą niektórzy), który w całości podobał mi się już mniej. „City of Stars” chodziło za mną do 10 lutego.

Oczywiście, niekwestionowanym hitem stycznia była zakopiańska piosenka Kamila Stocha. Jak ja w tym Zakopanem żałowałam, że na Aerosmith nie ma już biletów… chyba dlatego po oryginalnym „Dream on” przerzuciłam się na tę wersję:

Wciąż nie znudził mi się nowy Bon Jovi…

… zaś z takich nie wiedzieć czemu wkręcających się piosenek łazi mi po głowie nowy singiel Rudego.


A pełną styczniową playlistę znajdziecie tutaj:

5 przeczytAny i objerzAnych

Być może w kolejnych miesiącach tę piątkę rozdzielę, ale styczeń był ubogi pod tym względem. Niestety, do filmów kinowych i książek będę musiała dorzucić dwa seriale, by uzbierać 5 punktów – ale kto mówił, że będzie łatwo nawet z piątką?

Wielki Gatsby. Lata 20., lata 30…. Lubię historie z tego okresu i nie jest ważne, czy są one polskie, czy zagraniczne. Tu otrzymujemy opowieść o Nowym Jorku lat 20. – o czasach królującego jazzu, prohibicji, gangsterskich porachunków i szybkich karier od pucybuta do milionera. Czyli mamy tu wszystkie elementy dobrze skrojonej historii, którą przyjemnie się czyta, mimo że generalnie – jak to mówią – szału nie ma. Ale tak jak w tamtych czasach, tak i w tych od marzeń o pieniądzach, władzy i kobiecie krótka droga do zatracenia się w blichtrze wielkiego świata i utracenia tego, co najważniejsze: miłości, przyjaźni, a nawet szacunku do samego siebie. Cóż, historia jakich wiele, pełna banałów, ale ma w sobie to coś – może to styl autora, może kreacja głównego bohatera. Dla mnie: 7/10.

Światło między oceanami.  Tym razem filmowa historia z niekoniecznie happy endem. O latarniku Tomie i jego żonie Isabel, żyjących w samotni u wybrzeży Australii, mocno (zwłaszcza ona) pragnących dziecka. Gdy daleko od pomocy lekarskiej Isabel po raz kolejny traci dziecko, do wybrzeży ich wyspy przypływa łódź z martwym mężczyzną i żywym niemowlęciem. Kobieta przekonuje męża, że powinni wychować dziecko jak swoje. Przez kilka lat udaje im się utrzymać tajemnicę, ale w końcu ich drogi splatają z biologiczną zrozpaczoną matką dziecka. Mimo iż niektórym film może się dłużyć, zwłaszcza w początkowej fazie, to niewątpliwie jest to ciekawa pozycja pod względem emocji: widzem – jak bohaterami – targają skrajne emocje: raz nie rozumie bohaterów i ich decyzji, raz im współczuje, raz chce dla nich jak najlepiej, innym razem chce, by postąpili właściwie wobec biologicznej matki dziecka. Plusem całej tej historii jest to, że w tych wszystkich emocjach trudno jest przewidzieć jej finał. Za to mocne 7/10.

La La Land. Długo czekałam na kolejną Mamma mię. I według oskarowych nominacji niby się doczekałam. Niby, bo poza warstwą muzyczną ten filmowy musical trochę nudzi. Jest przesympatyczny, urokliwy i kolorowy, ale historia jest poprzedłużana i po prostu nudna. Między bohaterami nic się nie dzieje. Mimo to dałam takie 7- (na 10) za warstwę muzyczną, bo ta jest tu jednak kluczowa – to w końcu musical. Motyw przewodni bardzo długo siedział mi w głowie. No i morał historii też ratuje całość, bo mimo wszystko otrzymujemy prawdę o życiu: że historie o miłości, karierze i – przede wszystkim – spełnianiu marzeń to nie film: możemy sobie wymarzyć, jak ma lub może wyglądać nasze życie, ale tak naprawdę chyba niewielu z nas może żyć jak w marzeniach. Nawet życie gwiazd ma swoją cenę,, zwykle bardzo wysoką – bo często trzeba wybrać: albo szczęście w życiu prywatnym, albo wielki sukces publiczny. To pokazanie, że jedne marzenia spełniają się zwykle kosztem innych. Szczęściem w tym nieszczęściu jest podjęcie takiej decyzji, która da nam większe, choć niepełne spełnienie marzeń.

Upadek. Zdecydowanie lepsza wersja Greya. W sensie: Jamiego Dornana. Jakoś tak bardziej mi odpowiada jako psychopatyczny morderca niż „treser” kobiet. Polecam jednak dwa pierwsze sezony, choć całość historii też jest ważna – w końcu to miniserial (3 sezony po 5-6 odcinków) psychologiczny. Niemniej trzeci jest już – nawet jak na tylko 6 odcinków – poprzeciągany. Niemniej całość to dość intrygująca historia o seryjnym mordercy Paulu Spectorze, który najpierw starannie (przynajmniej na początku) wybiera swoje ofiary i śledzi je, by potem zabić w dość specyficzny sposób. Inspektor Stella Gibson chcąc go schwytać, musi poznać nie tylko motywy jego działania, ale wręcz wniknąć w jego psychikę, pokonując przy tym własne demony. Daję 7/10 – gdyby nie ten trzeci sezon, byłoby pewnie więcej.

11.22.63. Świetny serial, chyba pierwszy, któremu mogłabym dać 10/10. Uwielbiam wszystko, co w jakiś sposób odwołuje się do historii, do faktów, gra na nich, a ten jednosezonowy serial wraca do ważnej daty w historii USA i próbuje pokazać, jak to dobrze, że nie możemy cofać się w czasie, bo coś, co wydaje nam się dobrym rozwiązaniem, finalnie może takim nie być. Bardzo podoba mi się gra aktorska, podobają mi się bohaterowie, gra na emocjach, poskładanie poszczególnych elementów układanki… Nawet rozczulający finał jest taki, jaki być powinien. Do lektur obowiązkowych dopisuję książkę Kinga, który był kanwą tej powieści (to już kolejny serial, który oglądałam na bazie jego twórczości – wcześniej pisałam Wam o Haven. A może znacie coś jeszcze?)! Co prawda, jeśli czytaliście książkę, serial nie zrobi na Was takiego wrażenia, ale dla tych, którzy nie czytali – polecam. Ja do końca nie wiedziałam, jak się skończy ta cała historia, a czy gdy się skończy, nie będzie kolejnych powrotów do przeszłości, by modyfikować małe punkty, bo może to te małe punkty zmienią więcej i na lepsze. A może spróbować zmienić zupełnie inne elementy niż zakłądano przy pierwszym powrocie do przeszłości? Tak naprawdę ten serial daje możliwości kontynuowania – ale by nie spartolić tego, co jest, może lepiej poztsać przy jednym sezonie.

5 linków zblogowAnych

To będzie wyzwanie! Bo – jak wiecie – czytAnie nadrabiam online i linków zawsze mam dla Was sporo. Ale słowo się rzekło, spróbuję wybrać najlepsze, najciekawsze, najbardziej zaskakujące adresy znalezione w styczniu w internetach. Poza artykułami muszę tu też uwzględnić odkrycia.

  • Na początek edukacja. Z pewnością wiele z Was korzysta z reklamy na Facebooku, więc sądzę, że chcecie wiedzieć, czy trzeba płacić podatek od reklamy w tym serwisie. Z pomocą przyjdzie Wam Wojtek z PraKreacja – naprawdę, kawał dobrej roboty z jego strony!
  • No to jak już jesteśmy przy edukacji, to dowiedzmy się, jakich błędów unikać podczas blogowania. O, skądś znam ten pierwszy punkt! 2, 5… nie wiem, jak Wy, ale ja idę się uczyć od Dominiki!
  • A jak już się uczyć, to od tych, którzy przecierają szlaki – przeczytajcie, co chciałyby wiedzieć mniej lub bardziej znane blogerki, zanim zaczęły blogowanie. Może komuś te przemyślenia pomogą?
  • Idą walentynki. Nie wszyscy będą w nie sparowani – mam wrażenie, że mimo wszystko to dla kobiet będzie gorszy dzień. Mam więc dla Was lekturę, która dokładnie odzwierciedla mój stosunek do świata. A raczej moją (coraz bardziej płonną) nadzieję, że świat jest pełen facetów czekających na kobietę, która nie ogranicza innych, nie żąda dopasowywania się do jej wizji związku, a zamiast tego wie, czego chce (i czego nie chce) oraz daje lojalność, szczerość i akceptację (heloł, jestem!;). Jak zwykle, to tekst faceta. Volanta.
  • A jako że dziś publikujemy późno w nocy, może nie tylko mi przyda się 10 sprawdzonych sposobów na dobry sen. Niby proste, ale czasem ktoś nam musi o tym przypomnieć.

Styczniowi ulubieńcy Any

W tym roku postanowiłam dorzucić nowy punkt do podsumowania. Lubię kosmetyki, ubrania, buty, gadżety, bibeloty i takie tam. Typowa baba ze mnie, więc pomyślałam, że podzielę się z Wami także tego typu ulubieńcami. Nie wiem, czy pojawią się w każdym miesiącu, ale w styczniu wpadło mi co nieco w oko. I nie tylko. Ale nie wiem, czy chcecie poznawać moich ulubieńców spoza CSO, więc… w styczniu ich nie będzie. Jeśli jednak wyrazicie odpowiednio pozytywne zainteresowanie, po lutym nie omieszkam się ich Wam przedstawić. Chcecie?