Spełnione Marzenie: Puchar Świata w skokach narciarskich w Zakopanem

Wydawać by się mogło, że tydzień to całkiem sporo czasu na ochłonięcie, ale ostatnie 7 dni minęło tak szybko, że mam wrażenie, że dłużej byłam w Zakopanem niż minęło czasu od powrotu do domu. A byłam w Zakopanem jakieś 48 godzin… by spełnić jedno z Marzeń do Spełnienia!

Zastanawiam się, jak Wam napisać o czymś, co pewnie większości z Was nie interesuje. Bo że nazwiska „Stoch” i „Żyła” słyszeliście, raczej nie wątpię, ale czy mówi Wam coś „Wellinger” (skoro nawet moja mama myślała, że tam się odbyły ostatnie zawody, to pewnie i sporo z Was sądzi, że wygrał je Willingen;), „Tande”, „Leyhe” czy „Descombes Sevoie” mogę już mieć wątpliwości. Bo – przyznajmy szczerze – skoki narciarskie są sportem niszowym. Wam też kontuzje i ich znaczenie dla zbliżających się mistrzostw świata w Lahti trzeba byłoby tłumaczyć jak znaczenie kontuzji i emerytur piłkarzy ręcznych przed ich mistrzostwami świata we Francji. Na przykładach z piłki nożnej. Trudno. Postaram się Wam zrobić taką relację, byście się nie nudzili. Tak, będą też obrazki. A nawet superprodukcja filmowa – oskarowa jak nic ;)

Historia jednego marzenia

Jak wiecie, mam całą listę Marzeń do Spełnienia. Poszczególny jej punkty mają różną wagę – jedne to konkretne plany i cele życiowe, inne to mniejsze lub większe pasje i przyjemności. Puchar Świata w skokach narciarskich w Zakopanem należy do tych drugich, a jak długa jest historia tego marzenia, nie będę Wam już przypominać – dość, że cała moja przygoda ze skokami niedługo będzie pewnie obchodzić osiemnastkę i ta miłość wcale nie gaśnie. Nic więc dziwnego, że z roku na rok coraz bardziej chciałam pojechać do Zakopanego, bo takiej atmosfery, jak tam, nie ma chyba nigdzie. W tym roku nasi skoczkowie jeszcze bardziej narobili mi ochoty na wycieczkę na drugi koniec Polski. Do tego nawet miałabym towarzystwo – tuż po Nowym Roku zgadałyśmy się z koleżanką z pracy (dla ułatwienia w tej relacji będzie się pojawiać jako Em), że fajnie byłoby się wybrać na skoki (chyba ją zarażam sportowo-imprezową chorobą, bo już już wyciągnęłam na mecz piłki nożnej. Przykro mi, Lewandowski, Miliku i Krychowiaku – nie kocham aż tak waszej dyscypliny, by robić z niej relację na blogu). Dwa razy nie trzeba mi powtarzać – od razu rzuciłam się w internet w poszukiwaniu biletów. I zonk. Bileciki rozeszły się jak gorące bułeczki, już 30 grudnia 2016 ich nie było. No, trudno. Może innym razem… no, ale kiedy jak nie teraz? Nasi świetnie się spisują, właśnie Kamil z Piotrkiem zajęli 2/3 podium w Turnieju Czterech Skoczni! A i cała drużyna spisuje się na medal!

Ale zaraz, zaraz… przecież pracuję w firmie, która ma nieco różnych kontaktów, zwłaszcza marketingowych. Dobry kontakt z szefową (choć nie zawsze…), dobre kontakty szefowej i może coś się uda… Ale przez dwa tygodnie nadzieja powoli umierała – nawet te kontakty zdawały się w tym roku nie sprzyjać spełnieniu mojego kolejnego marzenia. Ech…

Historia jednej wycieczki

Gdy tylko sieć na bilety została zarzucona, od razu zarezerwowałam nocleg na Booking.com. Niestety, był tam też graniczny termin, po którym za rezerwację trzeba było wnieść zaliczkę (lub karę, jeśli decydujesz się zrezygnować). Tym terminem był – byłam pewna – wtorek. Już miałam odwoływać rezerwację, ale doczytałam, że mogę to zrobić w środę. Co mi szkodzi, odwołam w środę. I oto przyszła środa, 18 stycznia 2017. Szef szefów wysłał mnie do Warszawy na nudnawą próby imprezy, w której w sobotę sam miał wziąć udział. Próba skończyła się szybciej niż sądziłam, wróciłam do domu jeszcze za dnia, weszłam do pokoju i już planuję, że w weekend zrobię w nim drobne przemeblowanie… gdy dostaję telefon, że jeśli jestem jeszcze w Warszawie, to mogę odebrać bilety na skoki. „Na co?!”. Szok, niedowierzanie, bo oto cuda się zdarzają! Szybka reorganizacja, zbieranie ekipy, rezerwowanie noclegu (nie wiem, czy to głupi mają szczęście, czy to kolejne cuda, ale ostatecznie zrezygnowałam z Bookingu, bo z naszego oddziału w Zakopanem Em dostała namiary na panią Marysię – i u niej nocleg trafił nam się znakomity! Sobiczkowa Bór 31a – polecam!), przegląd odzieży i obuwia pod kątem wyjazdu w góry… oczywiście, ja i Em nie mamy butów. Czwartek po pracy popędziłyśmy więc do białostockich galerii i z rzednącymi minami udawałyśmy się do ostatniej deski ratunku – i znów nie wiem, czy to głupi mają szczęście, czy to cud, ale Decathlon uratował nam ten wyjazd. Nasze stopy w poniedziałek były nam za to baaardzo wdzięczne :)

Mamy więc buty, walizki spakowane, papryka też (chyba podświadomie 3/4 naszej ekipy dołączyło do #paprykateam – oczywiście, że to ja uświadamiałam o papryce;), bilety odebrane z Warszawy, pół nocy w drodze, chwila błądzenia w wąskich górskich uliczkach i cel osiągnięty niemal od razu – przez okno mojego pokoju powitało mnie rozgwieżdżone niebo i piękny nocny widok na Giewont. Marzenie zaczęło się zbyt pięknie spełniać, dlatego rano zastaliśmy nieco mniej piękny widok niż kilka godzin wcześniej:

A w nocy taki ładny widok był, gwiazdy, #góry… #Zakopane #Tatry #zima #śnieg #winter #snow #mountains

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Ana (@zblogowana)

Ale najważniejsze, że byliśmy już blisko – jakieś 4,5 km od Wielkiej Krokwi! W miarę zbliżania się do niej niebo zaczynało mówić: „Masz ten swój Puchar Świata w Zakopanem, ciesz się!”, bo nabierało cudownie błękitnej barwy, a słoneczko z nieśmiałego zaczęło sobie poczynać co najmniej tak śmiało, jak Niemcy w konkursie drużynowym. Zapowiadał się świetny wieczór, a ja wciąż nie wierzyłam, że jestem w Zakopanem. Że jestem tak blisko, że przez szybę auta widzę wjeżdżającego na teren skoczni Adama Małysza, że mijam o krok rozgrzewającego się Michaela Hayboecka (jakie człowiek ma czasami zaćmienia i nie potrafi połączyć twarzy w kasku z twarzą w czapce…), że obok kibice robią sobie fotki z Apoloniuszem Tajnerem, a na trybunach już w serii próbnej dzieje się magia… I ani niezbyt miła ochrona na obiekcie, ani ta gościnność Polaków, którzy zajęli drugie miejsce, ustępując pierwsze sąsiadom zza zachodniej granicy, nie mogły odebrać mi wrażenia, że chyba jednak śnię… a jednak nie śnilam, bo mam fotki!

Uroku sobotniemu wieczorowi dodawał nawet pan o nieco chwiejnym kroku, który porwał mnie do walczyka w trakcie drugiej serii :) Oczywiście, poza cudowną atmosferą zawodów, nie polecę Wam wiele więcej, zwłaszcza żadnej knajpy, bo jedliśmy na świeżym powietrzu – zarówno w drodze na Wielką Krokiew, jak i z powrotem nie znaleźliśmy niczego na tyle mało oblężonego, by opłacało się nam czekać na wolne miejsca. W niedzielę było łatwiej, ale nie powiem Wam, gdzie jedliśmy, niestety. Ani fotki, ani adresu, ani nazwy – tylko tyle, że niezłe jedzenie i duże okna z widokiem na zewnątrz :)

Niedziela od rana upewniała mnie, że jestem tam, gdzie zawsze chciałam być w ten jeden ze styczniowych weekendów. Czyste błękitne niebo zachęcało do wyjścia na świeże powietrze – połowa naszej wycieczki zamierzała pójść na na narty, przeżyłaby nawet to, że nie wybierze się dalej i wyskoczy na lansiarską Polanę Szymoszkową (piękny mieliśmy na nią widok z drugiego pokoju!), ale żona najbardziej zapalonego narciarza ostudziła jego zapał, dzwoniąc z informacją, że podobno na Szymoszkowej szusuje pan prezydent Duda. Faktycznie, musiało się tam nieco przerzedzić dzięki BOR-owikom, bo w sobotę rano przy śniadaniu obserwowaliśmy większy tłum niż o tej samej porze w niedzielę. Szybka kalkulacja czasu na zjazd w takich warunkach sprawiła, że z koleżanką wybrałyśmy się do Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach, zachwycając się po drodze cudowną aurą tej niedzieli, nieco mroźniejszej niż dzień poprzedni. I nawet widoczny smog nie mógł jej nam zepsuć. A reszta wycieczki? Cóż, byłam najmłodsza (o dziwo!) w towarzystwie, więc starszyzna postawiła na lenistwo – ich strata!

Po porannym spacerze i konsumpcji zakupionych podczas niego kremówek, popitych rozgrzewającą… kawą, oczywiście!, przyszła pora wyruszyć w drogę na drugi i ostatni tego weekendu konkurs. Pogoda dopisywała, chodniki nie bardzo (burmistrz Zakopanego ma wielkiego minusa za stan chodników – co dziwne, najgorsze były pod samą Wielką Krokwią!), mrozek lekko szczypał w policzki, ale blisko 5-kilometrowy spacer był nieodczuwalny. Większy mróz też nie dokuczał bardziej niż w sobotę – nie wiem, może to ta atmosfera zawodów Pucharu Świata w skokach narciarskich w Zakopanem, może moje emocje związane z wielką sympatią to tej dyscypliny, a może magia spełnionego marzenia przyćmiły wszystko. Ja po prostu chłonęłam pogodę, Zakopane i atmosferę rozkibicowanego miasta.

Same zawody mijały w ekspresowym tempie, dla Was to nuda: skok za skokiem i już po treningu, skok za skokiem i już po pierwszej serii, i już kibice świetnie bawią się w przerwie. Al dla mnie to było jak święto. Widziałam skoki z innej perspektywy, brakowało mi dokładnych informacji o punktach i notach, ale rekompensowały mi je rozfalowane i rozśpiewane trybuny. Uwaga, ciekawostka. Crowd Supporters – ekipa odpowiedzialna za oprawę zawodów – puszczali wiele mniej lub bardziej znanych przebojów. Czechom zagrali Jožina z bažin, wszystkim przypomnieli Białą armię – hymn Pucharu Świata w Zakopanem z czasów Małysza. Stoch zamówił Dream on (i z każdym jego odegraniem coraz bardziej żałowałam, że za późno odwołali mi koncert Robbiego, bo w tym czasie wykupiono bilety na Aerosmith!). Ale wiecie, co najchętniej i najgłośniej śpiewały trybuny (i ponoć skoczkowie)? „Para papara papa ooo ooo aaa”. Tak, wszyscy śpiewali z Zenkiem z Akcentu. A ponoć nikt nie słucha, nikt nie zna.

Ale wróćmy do meritum. Kulminacyjny punkt programu: druga seria konkursu indywidualnego. Nie zrobiłam ani jednej fotki, nie nagrałam żadnego filmu (chyba). Trzymałam kciuki za ulubieńców i Polaków. Kofler, Hula, dziadek Kasai, skuś baba na dziada, bo Prevców dwóch, Kot, znowu Prevc (więcej was matka nie miała?), Leyhe (Lejkiem zwany przez moją mamę), o! czterech Polaków (urok niewiedzy podczas zawodów, gdy nie doczytasz na telebimie po pierwszej serii i niedowidzisz mrówek w czasie drugiej) i kolejne wybuchy radości gdy Tande, Eisenbichler, Hayboeck i kolejni Niemcy przegrywają z Kamilem. Cała magia w tych trybunach niosących polskich skoczków i cudownych (nawet jeśli ewidentnie nieszczerze smutne:) reakcje na zawodników z innych drużyn i ich wyniki. Chyba po raz pierwszy tak żyłam jakimś wydarzeniem, że niewiele potrafię Wam powiedzieć. Dość, że przy fotce z maskotką zawodów byłam tak zakręcona, że nie zauważyłam, jak cierpliwie czeka w ręką w górze, aż ją jeszcze po raz ostatni zauważę i przybiję piątkę po sesji zdjęciowej :)

I mimo że muszę jeszcze co najmniej raz wrócić do Zakopanego, bo wszystkim mówiłam, że jadę po fotkę z Piotrem Żyłą, a tej nie udało mi się zdobyć, to nie oddałabym ani minuty spędzonej gdziekolwiek i jakkolwiek dla emocji całego weekendu. Dla niewiedzy, kto po kim skacze, trzymania kciuków, dmuchania pod narty i czarowania żółtego paska wskazującego miejsca w czołówce podczas skoków wszystkich pięciu zawodników drugiej serii konkursu indywidualnego, skaczących po Kamilu Stochu. W końcu – dla tego momentu (już go znacie z Instagrama, ale tu macie okazję zobaczyć chyba w ciut lepszej jakości i więcej, zwłaszcza tłoku wokół Kamila – uścisnąć tę dłoń w gratulacjach nie było jednak łatwo):

I to nie jest tak, że do dziś nie umyłam tej ręki – nie, zrobiłam to już kilkanaście minut (do pół godziny) później. Ta mała wielka przyjemność z przeżywania biernej pasji aktywnie (bo taką jest dla mnie kibicowanie) i oglądania (słuchania) swoich ulubieńców z perspektywy wyciągniętej dłoni (dosłownie!) to jest coś, co jest człowiekowi potrzebne do życia jak powietrze. Przeżywając takie chwile naprawdę współczuję ludziom bez pasji – ja moje będę pielęgnować, bo jak powyższy przykład pokazuje, marzenia nie tylko się spełnia, ale czasem spełniają się niemal samoistnie. I napełniają baterie na kolejne dni, tygodnie, miesiące, może nawet lata. Mogę znów słuchać, czy mi się chce robić jakieś 700 km w jedną stronę. Zimą i w kiepskich do jazdy samochodem warunkach. Warto!

Żyjcie i marzcie, kochani – tamtego weekendu w Zakopanem spełnił się sen Kamila, spełnił się i mój, a może i czyjś jeszcze. I dla mnie nie był to ostatni sen, jaki śniłam na jawie.

  • Marzenia się spełniają tylko trzeba im trochę pomóc ;) Jedno z moich spełni się w czerwcu :P

    • Ana

      Święta prawda – chyba ie ma takich marzeń, których spełnienia człowiek się doczeka ot tak, po prostu. To jak ze szczęściem – trzeba mu pomóc :) A w czerwcu czekam na relację!