Miesiąc zblogowAny (24): Grudniowo, świątecznie, końcoworocznie…

Grudzień jest zwykle zabiegany. Mamy mnóstwo spraw, mało czasu. A do tego wszystkiego poza świętami jest jeszcze i sylwester. Gdzie tu znaleźć czas na sluchAnie, czytAnie, linkowAnie czy oglądAnie, gdy trzeba sprzątać, gotować, piec i szukać sukienek? Cóż, czasem trzeba się oderwać od tej pędzącej rzeczywistości i po prostu zrelaksować. Co mnie relaksowało w tym świątecznym, zimowym czasie – mały przegląd poniżej. Miłej lektury!

Grudzień przesłuchAny…

Listopad przesłuchiwaliście nieco lepiej niż październik, więc może w końcu przekonacie się do nowej formy. Tymczasem spróbuję Was zachęcić do przesłuchAnia grudnia. Wbrew pozorom nie będę Was zamęczać świątecznymi hitami, choć znajdziecie tu kolejną wersję „Last Christmas” [ale dopiero pod koniec blisko 30-minutowego live’u z Berlina (cóż, chyba uwielbiam brytyjski pop)! No i – mimo całej sympatii do oryginału, zwłaszcza z jego dodatkową symboliką po ostatnich świętach – pierwowzór wszyscy dobrze znamy, co roku włączamy, śpiewamy, więc jak zwykle dam mu spokój w mojej playliście] czy całkiem nową, ale bardzo mocno typową bożonarodzeniową piosenkę zespołu Enej:

Właściwie to duet z Natalią Szroeder też wyszedł im całkiem fajnie (OK, go też możecie znaleźć bezpośrednio na grudniowej playliście). Niemniej zdecydowanie był to miesiąc Bon Joviego.

Mówiłam już, że uwielbiam tego człowieka i jego band? Po wydaniu nowej płyty w grudniu praktycznie co tydzień pojawiał się nowy teledysk, włącznie z klipem do piosenki o (przypadkowo) noworocznym tytule.

I, o dziwo, w grudniu polubiłam Jamesa Arthura, bo do tej pory mogłam zdzierżyć chyba tylko jedną jego piosenkę. Ale ta jest całkiem niezła:

Pełną grudniową playlistę znajdziecie tutaj:

… i w końcu przeczytAny!

Może moja lista 52 książek 2016 roku będzie marniutka, bo 52 pozycji to na niej na pewno nie uświadczycie (przypomnijcie mi, że mam ją uzupełnić w zakładce!), ale jestem dumna z grudnia. Urlop pozwolił mi przebrnąć przez kilka pozycji i – mam nadzieję – tak już zostanie w 2017. Muszę jakoś wysupłać ten czas – co najmniej tak, jak udało mi się to w grudniu, także po urlopie.

„Wielki Gatsby” – jak widać po fotce – był doczytywany w styczniu, zostawię go więc do listy ze stycznia i stety bądź niestety dopiszę do 52 książek roku 2017. Uznałam, że w takich przypadkach moment zakończenia lektury decyduje o klasyfikacji – czy to miesięcznej, czy rocznej. Ale OK, nie przedłużajmy – poniżej macie krótkie recenzje pozostałych przeczytAnych.

Za sceną. Sięgając po tę książkę podczas zakupów w Biedronce, sugerowałam się opisem na okładce. Liczyłam, że będzie to coś lepszego od Greya (którego nie czytałam, ale oglądałam – niemniej po opiniach mogę sobie mniej więcej wyobrazić treść książki) – utwierdziły mnie w tym późniejsze opinie w necie. W każdym razie: że poza oczywistymi scenami (w końcu to powieść erotyczna), znajdzie się też trochę sensownej historii. I takie historie były, ale faktycznie było ich zaledwie trochę i… chyba moje opowiadania ze szkoły miały bardziej skomplikowaną fabułę. Do tego zbyt oczywista wulgarność – nie wiem, czy tłumaczenia, czy oryginału – momentami pozostawiała niesmak. Dlatego choć początkowo zastanawiałam się nad poszukaniem kolejnych tomów, po lekturze pierwszego nie mam pewności, czy chcę poznać historie innych Sinnersów. Mimo że opowieści w tle miały naprawdę spory potencjał – gdyby je tak mocniej pociągnąć, dałabym więcej niż niewyraźne 6/10. A może powinnam wcześniej sięgnąć po Greya?

Facet z ogłoszenia. Książka za jakieś 3-6 zł na wyprzedaży w Znaku, więc nie szkoda mi gotówki wydanej na książkę. Trochę za to szkoda mi, że nie sięgnęłam po coś ciekawszego podczas urlopu, ale kto mógł przewidzieć, że fajnie zapowiadający się pomysł na historię tak szybko spali na panewce tak szybko… Niestety, gdy zacznę czytać książkę, kiedyś ją kończę, więc przebrnęłam i przez tę opowieść o kobiecie w średnim wieku, po przejściach, próbującą na nowo ułożyć sobie życie. Prawda, że do tego momentu zapowiada się fajnie? Trochę jak Bridget Jones. Sarah ma oczywiście wścibską rodzinę i serię zabawnych sytuacji oraz zbiegów okoliczności (no przecież!) – niestety, autorka z dobrego konceptu zrobiła średni miszmasz, z akcji – ślimacze tempo, a z bohaterki – raczej ofiarę niż wzór do naśladowania. Co ciekawe, na bazie tej książki powstał film. Nie wiem, czy chcę sprawdzić, co z tego wyszło. 4,5/10.

Zanim się pojawiłeśFilm obejrzałam w czerwcu i dałam mu 8/10. Książka była odrobinę lepsza, ale film uwiódł mnie ścieżką dźwiękową, zatem i wersja papierowa dostanie mocne 8/10. Co sądzę o opowieści, wiecie z majowych zapisków o filmie – bo to dokładnie ta sama historia. Co mogę dodać? Że to wbrew pozorom nie jest kolejny banalny i łzawy romans, ale historia o niełatwej walce z życiem. I dylemat, kto powinien decydować o naszym życiu. W końcu, to nie tylko wyciskacz łez [o dziwo, sądziłam, że ostatnio (czyżby starość?) tylko kinowe obrazki mogą sprawić, że zawilgotnieją mi oczy – na książkowe melodramaty reaguję jakoś mniej żywo], ale i świetna pozycja tak po prostu do pośmiania się. Humor i dramat można dobrze połączyć – zwłaszcza z przesłaniem, by po prostu czerpać z życia i nie żałować, nawet jeśli coś się straciło. Książka w tym niezbyt szczęśliwym jednak zakończeniu ma jednak tego pozytywnego podejścia nieco więcej niż film.

Linki zblogowAne

Linków jak zwykle będzie więcej, chociaż w grudniu zdecydowanie mniej czasu spędziłam na grzebaniu w necie. Ale mimo wszystko mam dla Was kilka smacznych kąsków. A przynajmniej tak mi się wydaje – bo dziś będzie tu wyjątkowo ekspresowo.

  • Z czym Wam się kojarzy Rosja? Ha! Tak myślałam! Ale jesteście w błędzie – w Rosji jest najwięcej kamerek samochodowych. A w Norwegii jest najwięcej miłośników pizzy. A w Polsce… jeśli chcecie się dowiedzieć, z czym kojarzy się nasz kraj na podstawie analizy danych CIA, ONZ, Banku Światowego, a także publikowanych m.in. w takich mediach jak Reuters, BBC, „Forbes”, „Guardian”, „Wall Street Journal”, „New York Times”, „Bloomberg”, zajrzyjcie do artykułu na Polityka.pl. Zdziwieni? :)
  • Jeśli planujesz nowy związek albo jesteś tuż po kolejnym nieudanym, zajrzyj do Króliczka Doświadczalnego – jak zwykle znajdziecie tam świetne lustro do przejrzenia się przed kolejną porażką w związku. Lub drogą do sukcesu.
  • Jeśli jesteśmy już przy planowaniu, zajrzyjcie do Anety po kilka sugestii w kwestii planowania (i) blogowania w 2017 – ułatwienie sobie pracy z pewnością się przyda. Dostaniecie też bardzo fajny planer. I to całkiem gratis!
  • Planowanie nie pomaga, czujesz że utknęłaś/utknąłeś? Spróbuj tych 7 rzeczy!
  • Nie wiem jak Wy, ale ja mam dylemat, czy bardziej lubię Żudit, czy jej mamę… w każdym razie koniecznie przeczytajcie kolejną historię z marketu – polecam zwłaszcza matkom wychowującym synów. By do tych synów ich synowie kiedyś nie zaczęli krzyczeć w sklepie, że nie chcą ich na ojców.
  • Jak być zwycięzcą, nie będąc zwycięzcą? Po lekturze tekstu Riennahery sami wyciągnięcie odpowiednie wnioski.

ZblogowAne odkrycia

Chyba dawno ten punkt się tu nie pojawił, prawda? Widocznie bardziej zapadły mi w pamięć teksty niż całe blogi. Ale w grudniu trafiłam na jeden, który z całą pewnością będę częściej odwiedzać – a może i Wy znajdziecie tu coś ciekawego dla siebie. Lawyerka.pl, bo o tym miejscu w sieci mowa, to połączenie przydatnych ciekawostek prawnych z blogiem lifestylowym. Ja trafiłam tam chyba przez coś związanego z zakupami w sieci. I na pewno czytałam o organizacji pracy w domu. W każdym razie (czy tylko ja mam wrażenie, że nadużywam tego wyrażenia?), podoba mi się ten przemyślany miszmasz (nie to co u mnie…), pomysł na blog i trzymam kciuki za rozwój dynamiczniejszy niż zblogowAnego.

Grudzień obejrzAny

W grudniu w kinie nie byłam. Jakoś tak wyszło. Ten brak czasu… Ale to nie znaczy, że nie nadrobiłam kilku zaległości, np. dzięki telewizji. Zatem szybkie i krótkie streszczenie trzech grudniowych filmów. Gotowi? Start!

Marsjanin. 7/10. Chyba jedynym filmem tego typu, jaki w życiu obejrzałam, był Armageddon, więc poprzeczka zawieszona została wysoko. I, szczerze, spodziewałam się czegoś więcej po tej szeroko promowanej superprodukcji z Matem Damonem i polskimi namiotami. Nie, to nie jest zły film. Podobają mi się bohaterowie – zwłaszcza główny jest świetną postacią: inteligentną, z odpowiednią charyzmą, z poczuciem humoru i doskonałym wyczuciem ironicznym. Brakuje mi jednak dramaturgii, walki z samotnością daleko od Ziemi, problemami natury marsjańskiej, w końcu – z pewnością żmudnej i trudnej wędrówki do Aresa 4 – po wizycie w toruńskim obserwatorium i seansie o pogodzie na planetach mam niestety odrobinę wiedzy, jak trudne są warunki na Marsie (te prowizoryczne folie chroniące przed atmosferą i klimatem Marsa… chciałoby się napisać: facepalm). Na minus oceniam też wrażenie, które pojawiało mi się momentami, że mimo okrojenia pewnych kwestii film się jednak trochę przeciągał.

The Walk. Sięgając chmur. Historia francuskiego linoskoczka Philippe’a Petita, który w 1974 roku przeszedł po linie między wieżami World Trade Center, kusiła mnie od pierwszego obejrzanego zwiastuna. To w sumie pozytywna historia o spełnianiu marzeń – o tym, że nie ma na tym świecie niczego, czego nie można byłoby osiągnąć. Mimo mojego lęku wysokości bardzo żałuję, że nie obejrzałam go w 3D – wtedy może dałabym więcej niż 7/10 – obrazy z pewnością wiele dodają do tej historii, która w filmie została pokazana nieco płasko. Ale mim wszystko ciekawie. Ot, takie dziwne wrażenia mi zostały – chyba dlatego, że zabrakło mi nieco emocji głównego bohatera.

Snajper. Moja świąteczna lektura filmowa. Swoisty ciąg dalszy po Karbali. Znając zamiłowanie Amerykanów do takich historii, za którymi niespecjalnie przepadam, postanowiłam jednak spróbować obejrzeć ten zachwalany mi zewsząd film. Jak wszystkie grudniowe dostał 7/10. Plusem jest decydowanie oszczędność środków – nie ma tu wielkich efektów specjalnych, uwielbianego za oceanem patriotycznego patosu (tzn. jest, ale jakby mniej niż zwykle – nie bił po oczach), są za to dobre sceny batalistyczne. Minusem jest jednostronność obrazu, ale niczego innego się właściwie po tego typu kinie amerykańskim nie spodziewałam. Zdecydowanie bardziej boli główny bohater, jego rys psychologiczny. A właściwie jego brak. Tak naprawdę z filmu nie wynosimy żadnej wiedzy o osobie, która bez mrugnięcia okiem zabija dziesiątki ludzi, dla rodaków stając się wielkim bohaterem, dla wrogów – postrachem. Praktycznie nie widzimy emocji, przeżyć bohatera. A tego zdecydowanie się tu spodziewałam.

  • Naprawdę lubię te Twoje podsumowania, choć nieco późno jak na podsumowanie grudnia :P

    • Ana

      Bo najpierw był podsumowanie roku! A poza tym swego czasu na podsumowania dałam sobie czas do 10 dnia kolejnego miesiąca ;)

  • WoW! Dziękuję za polecenie! Jest mi niezmierni miło !!!

    • Ana

      To mi jest miło, gdy trafiam na wartościowy blog i znajduję nie tylko ciekawe, ale i praktyczne treści :)

  • O, jeszcze mnie tu nie było. Wielkie dzieki za polecenie planera :)