Miesiąc zblogowAny (23): Listopadowy skrót informacji

Listopad umknął nie wiadomo kiedy. Trochę pokrzyżował mi pewne plany, ale kilka weekendów spędziłam bardziej offline niż zwykle. Mimo to nazbierałam dla Was trochę treści online – będzie i Robbie, i Lewandowski, i nawet niebezpieczne kobiety. Częstujcie się!

Listopad przesłuchAny…

Nie wiem, czy to kwestia Waszego lenistwa, czy może kiepskiego zliczania statystyk, czy może zwyczajnie nie lubicie słuchać tego, co ja, ale poprzednią playlistę utworzoną w serwisie YouTube nie tylko słabo komentowaliście, ale i niezbyt chętnie przesłuchiwaliście. Jeśli z listopadem będzie podobnie, chyba przyjdzie mi zastanowić się nad powrotem do poprzedniej formy przedstawiania przesłuchAnych. Lub poszukania innej. A może… zamiast słuchać piosenki, wolicie czytać, dlaczego wpadły mi w ucho? Nawet jeśli to tylko 3 słowa typu: „bo uwielbiam Robbiego”?

Tak czy inaczej, dziś zostawiam Was z listopadem na YouTube. Wśród 15 piosenek znajdziecie tylko jedną Robbiego, jeden cover (śmiem twierdzić, że lepszy od oryginału! Czyli od wersji Maroon 5), dwie polskie piosenki, aż cztery Bon Joviego (wkręciłam się w tę nową płytę – tyle mamy fajnych koncertów w Polsce w 2017, oni też mogliby też przyjechać…) i jeden stary stary – bo aż z 1994 – przebój (a to jest też związane z zapowiedzianym koncertem w Polsce).

… i nieprzeczytAny

Nie będę się wybielać w kolejnym miesiącu. W listopadzie odpuściłam. Na rzecz urlopu, który mam teraz, a nie w listopadzie, jak pierwotnie planowano (cóż, nadgorliwa szefowa chce nas pozbawić tegorocznego urlopu w przyszłym roku). Listopad minął mi więc raczej w materiałach konferencyjnych o firmie i jej wynikach, a potem w ankiecie satysfakcji konsumenta, zatem za uzupełnianie 52 książek 2016 roku zabieram się właśnie teraz. I to m.in przez nią ten wpis ukazuje się nieco po terminie :)

Linki zblogowAne

PrzeczytAne statystyki jak zwykle poprawią przeczytAne linki. Ich zawsze sporo się przewija, a częścią listopadowych już się z Wami dzielę. Na początek kilka pozycji dla blogerów.

  • Zacznijmy od tego, kiedy nie warto brać się za blogowanie, czyli kilka rad od Kasi z bloga Po Sukces Na Szpilkach.
  • Estetyczny tekst www pomoże stworzyć małe kompendium cech dobrego tekstu blogowego oraz lista lektur książkowych i internetowych zebrana przez Kingę z bloga Zaparzę Ci herbatę, a opublikowana przez Weronikę w jej Pracowni Twórczej.
  • Od Tomka dowiecie się za to, jak napisać post w godzinę. Ponoć się da ;)
  • U Beaty znajdziecie 21 wtyczek do Wordpressa wraz z krótkimi opisami ich użycia – przyda się zwłaszcza początkującym.
  • Jeśli jeszcze nie wiecie, że dobry design robi dobrze, koniecznie zajrzyjcie do poradnika na Jest Rudo.
  • Jak należy współpracować z blogerami i czego powinny wystrzegać się agencje? O czym powinien pamiętać bloger, na co muszą zwrócić uwagę brandy? Wszystkiego (no, może prawie wszystkiego) dowiecie się z tego tekstu – zbioru doświadczeń i sugestii zarówno samych blogerów, jak i agencji.
  • Ile kosztuje blog, powie Wam Kasia z The Ower & Co. Ten tekst powinni przeczytać zwłaszcza początkujący blogerzy, którzy zastanawiają się, czy i ile zainwestować w swój blog.
  • PS: Przyda się Wam ściąga z polskich fontów?

Tradycyjnie mam też kilka, moim zdaniem, wartościowych tekstów blogowych i pozablogowych nie tylko dla blogerów.

  • Na przykład Volanta o tym, by nie bać się… bać. By mimo obaw i wątpliwości robić krok do przodu. Po prostu chodzi o to, żeby zużywać się, a nie rdzewieć.
  • Z bardziej praktycznych – w sensie: dotykalnych kwestii poruszanych przez Volanta, koniecznie zajrzyjcie też do tekstu o tym, jak chronić swoją tożsamość (i pieniądze).
  • A skoro jesteśmy przy pieniądzach… wiecie, że dają wolność? Bo po to są – nie, by nimi szastać, ale by dawać poczucie niezależności.
  • Albo Eweliny z 11 radami Paula Ardena, np. taką bardzo w tonie powyższego tekstu Volanta: „Najbardziej niebezpieczna jest nadmierna ostrożność, czyli lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż że się tego nie zrobiło”.
  • Albo Kameralnej o tym, że liczy się dziś. Nie wczoraj, nie jutro. Dziś. Co prawda, ja jeden z sześciu punktów z końca tekstu (na razie nie zdradzę który) wzięłam sobie za motto długoterminowego jutra, bo całego roku (a nawet odrobinę dłużej), ale tym dobitniej świadczy to o tym, że liczy się dziś – bo dziś zaczyna się jutro. Czy może odwrotnie…?
  • Miniporadnię Uli powinni śledzić wszyscy. Wszyscy posługujący się językiem polskim. Dowiedzą się z niej, jak się poprawnie mówi i pisze: dwiema czy dwomaczy poprawna jest forma dlaczemu, jak odmieniają się słowa post link, a także jak prawidłowo zapisać datę i wiele, wiele innych ciekawostek.
  • Święta tuż, tuż, podpowiedzi prezentowe są więc w cenie, prawda? :)
  • Na prezent – nawet tylko dla siebie, by oderwać się od świątecznej krzątaniny – świetnie będą się nadawać książki. Na przykład takie z gwiazdką w tle – u Magdy z Save the Magic Moments znajdziecie rekomendacje 5 blogerek.
  • A skoro mamy Adwent, to może się przydać kalendarz adwentowy. Jeszcze dacie radę uszczknąć z niego coś dla siebie!

Listopad obejrzAny

Zacznijmy od krótkiego metrażu. Kojarzycie mecz Rumunia – Polska?

Bo nie drażni się Lewandowskiego! ;)

W krótkim metrażu mieści się też świąteczna reklama Allegro, która od momentu publikacji pod koniec listopada szybko stała się hitem. W tej chwili ma już ponad 10 mln odsłon, podczas gdy drugi film na kanale Allegro ma „zaledwie” 3,5 mln odsłon, a ubiegłoroczna, również bardzo sympatyczna reklama, ma tylko niespełna 500 tys. obejrzeń. Nie wiem, jak Wam, ale mi się English for beginners podoba – uderza w te tony, w które powinna. Nawet jeśli wykorzystuje stereotypy, o co niektórzy ją oskarżają, to robi to rozsądnie.

OK, pora na dłuższy metraż. W listopadzie taki widziałam tylko w kinie – wybrałam się na dwie trzecie części filmów, których poprzednich dwóch właściwie nie widziałam.

Bridget Jones 3 (zawsze w przypadku takich tłumaczeń tytułów zastanawiam się, jaki był problem tłumacza z dość jasnym i prostym w tłumaczeniu tytułem oryginalnym). Już wyjaśniam, o co chodzi z tym oglądaniem tylko trzeciej części: fragmenty poprzednich perypetii Bridget Jones widywałam, ale chyba nigdy żadnej w całości. Więc gdyby trzecia część mocno odwoływała się do poprzednich, to byłoby jak z trzecim Matrixem – chłopcy w szkole koniecznie chcieli ten film, a nie jakąś bajkę w 3D, więc kompletnie nie wiedziałam, o co chodzi w filmie. Z Bridget… było zupełnie inaczej – poprzednie dwie części są właściwie zbędne, bo szybko domyślamy się, o co mogło w nich chodzić. Na dobrą sprawę, od początku wiadomo, kogo wybierze Bridget, nawet jeśli to nie będzie ojciec jej dziecka, ale cały urok filmu ukryty jest w humorze, perypetiach bohaterów, żartach sytuacyjnych i klimacie całego obrazu. Czyli w sumie aż 7/10.

Pitbull. Niebezpieczne kobiety. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek obejrzę któryś z filmów z serii pt. Pitbull. Poprzednich dwóch nie oglądałam, nie zachęcały mnie zapowiedzi. Do trzeciej części zachęcił mnie jednak trailer obejrzany w kinie przed Bridget Jones 3. Bardziej do komediowej niż kryminalnej odsłony tego filmu – i to chyba właśnie dobra zabawa przed ekranem, a nie sama historia sprawia, że oceniłam ten film na 7/10. Ogólnie to niezły kawałek świata policjantów i gangsterów, tego, jak oba się przenikają i jak cienkie w nim są granice prawa, które można dowolnie naginać – oczywiście, jeśli się wie, jak to zrobić. Sama historia jest jak dla mnie zbyt poszatkowana, a jako głównego bohatera wcale nie widzę tu kobiet. Z całej plejady postaci najbardziej charakterystyczną, najciekawszą, najbardziej wyrazistą i chyba najlepiej zbudowaną aktorsko jest główny czarny charakter filmu, czyli Cukier. Raczej nie oglądam tego typu filmów, ale dla takich postaci mogę zacząć.

I… to tyle na dziś. Znów wyszedł mi dość długi ten skrót informacji, ale mam nadzieję, że się nie nudziliście. I przesłuchaliście playlistę, prawda?

  • Bridget daje radę, szkoda tylko, że wszyscy jacyś tacy ponaciągani są. No, ale nie ma się co czepiać, czas robi swoje ;)

    Co do Pitbulla, tak na prawdę podobała mi się tylko 1. część. Pamiętam, że zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Zaraz po niej w 2 dni wciągnęłam wszystkie odcinki serialu nakręconego dalej. Pomimo, że film bił mi po oczach brutalną rzeczywistością, dał się obejrzeć. Niestety nie mogę powiedzieć tego samego o drugiej części. Jak dla mnie za dużo wszystkiego- seksu, przekleństw, komercji… Brak Dorocińskiego, którego pokochałam jako Despero :) Co do trzeciej części… nie wiem czy chcę ją obejrzeć?

    Ściskam!

    • Ana

      Jak się zostaje „geriatryczną matką”, to trudno, by tego czasu nie było widać na ekranie :) I widać go doskonale, przynajmniej po Brigdet.
      A co do Pitbulla – tego, co czytałam, pewnie Tobie ta część mogłaby się mniej spodobać niż pierwsza, może nawet druga, ale nie mnie tu doradzać, bo ja tylko trzecią oglądałam. I trochę mam wrażenie, że bez tej jednej wyrazistej roli, mimo zabawnych momentów, no, byłoby słabo nawet dla mnie.

  • Aniu, serdecznie dziękuję za polecenie mojego wpisu i to w takim doborowym towarzystwie. Pozdrawiam serdecznie Beata

    • Ana

      To ja i – mam nadzieję – inni Czytelnicy dziękujemy za bazę wiedzy! :)

  • Dziękuję :)