Miesiąc zblogowAny (22): Zbyt krótki październik

Październik był dla mnie zbyt krótki – zbyt krótki na cokolwiek. Zbyt długi w pracy i poza nią, zbyt krótki na blog. Sporo pracy, sporo stresów, niemało nadgodzin… a jednocześnie sporo było chwil sympatycznych, aktywnych lub po prostu spędzanych poza domem offline. W związku z tym dzisiejszy odcinek pt. „Miesiąc zblogowAny” będzie… może nie króciutki, ale bardzo skrótowy. Jedynie muzyczna playlista będzie długa :)

Październik przesłuchAny…

Tym razem postanowiłam zacząć od muzyki. Bo i tym razem dostaniecie ją w innej formie. Playlisty w serwisie YouTube. Dlaczego tak? Cóż, sporo muzyki słucham i zwykle mam dla Was całą listę piosenek, którymi chcę się z Wami podzielić. Są to albo moje ulubione utwory, albo moi ulubieni wykonawcy i ich nowości, albo moje odkrycia. Wklejanie kolejnych filmów bardzo rozciąga stronę z wpisem, a podlinkowanie jednej playlisty zdecydowanie oszczędza  miejsce. No i możecie bez zbędnego klikania po kolejnych teledyskach włączyć taką playlistę, która będzie sobie automatycznie płynąć w tle, gdy Wy oddacie się dalszej lekturze.

Oto więc moja październikowa playlista. Nie wszystko to są październikowe nowości, ale niemal wszystko to wypuszczone w październiku teledyski. W większości dobry (chyba?) pop i nieco rocka. W większości – moi ulubieńcy. Ci najnajulubieńsi. I wielu powtórzy się w listopadowych przesłuchAnych, bo właśnie w listopadzie wydają swoje nowe płyty – niektórzy po dość długiej przerwie.

…i (nie)przeczytAny

Jak się domyślacie, sporo czasu offline poza domem to niezbyt wiele czasu na czytanie książek. I dlatego kolejne dwie rozgrzebałam, nie doczytałam i… spuśćmy na to zasłonę milczenia. Cóż, w tym roku na pewno (znów) nie uzupełnię listy do 52 pozycji

Linki zblogowAne

O, tu – jak zwykle – będzie lepiej. Bo nawet mocno padnięta po pracy, czasem zajrzałam w internety. A i ukradkiem w pracy coś ciekawego mogę wypatrzyć. Albo całkiem oficjalnie – wszak marketingowcy z różnych narzędzi, mediów i monitoringów korzystają w pracy. I tak:

  • Nie mogę nie zacząć od tego, co się działo w naszym kraju na początku miesiąca. Mimo iż wtedy powstrzymałam się od głosu na blogu, gdzieniegdzie tylko zostawiając swoje komentarze pod tekstami w internecie. Bo popierając wiele, wielu rzeczy poprzeć po prostu nie mogę. I dlatego na przykład taki komentarz:

    Jestem kobietą, więc chyba powinnam stanąć po stronie protestujących na czarno. Ale jestem też katoliczką i te białe protesty też poniekąd rozumiem. Będąc rozdarta, zdaję się na prawo, a to jednak przechyla szalę na czarno. W brudnopisie na blogu mam cały tekst o czarnym poniedziałku. Ale go nie opublikowałam. Głównie przez to, co napisałam przed chwilą na blogowym fb: że chyba bardziej wkurza mnie instrumentalizm pojawiający się u tych „za” niż głupota i brak myślenia po stronie „przeciw”. Przez to, że najgłośniej krzyczą właśnie oszołomy, nie ta masa ludzi z gruntu dobrych. I że przez to mojego rozdarcia nie zrozumie żadna ze stron. Dlatego dzięki, że Ty napisałeś niemal wszystko to, co i ja myślę.

    zostawiłam na MDCB pod wpisem Konrada. I ten jest pierwszy link zblogowAny października to właściwie wszystko w tym temacie. Jest zbyt mało czaro-biały, budzący zbyt wiele emocji, by w chodzić w niego na dłużej – niestety, w naszym kraju nie umie się rozmawiać o takich sprawach i nie umie się uszanować nie tylko innego punktu widzenia, ale nawet powstrzymywania się od głosu. Smutne.

  • Raczej milczałam niż wypowiadałam się w dyskusji pt. #czarnyprotest, ale parę słów napiszę przy kolejnym linku. Przy przejmującym liście od Czytelniczki, która straciła ciążę w 7. tygodniu. Bo mam serce, uczucia, emocje i to boli, gdy się słyszy, że kobiety powinny rodzić choćby tylko po to, by ochrzcić dziecko, ale gdy kobieta poroni, nikt nie traktuje płodu jak dziecka, nikt nie proponuje pochówku – a każde nienarodzone dziecko ma prawo do pochówku katolickiego, liturgicznego (jak jest z innymi wyznaniami, niestety nie wiem, ale przypuszczam, że w wielu podobnie), nie mówiąc już o chrzcie, gdy jeszcze to można zrobić (tzw. chrzest łonowy, czyli gdy wiadomo, że płód obumiera, bo, niestety, sakramentów nie udziela się zmarłym. Albo po prostu chrzest warunkowy: „jeśli jeszcze żyjesz” – tak, są takie rzeczy!). Dla mnie, katoliczki z kwi i kości, to ogromna hipokryzja, gdy głośno mówi się, że człowiekiem jest się od poczęcia, ale gdy przypadkiem natura zdecyduje, że ten poczęty człowiek nie przeżyje poza organizmem matki i w sposób dramatyczny dla wielu rodzin zakończy się życie owego poczętego człowieka… okazuje się, że jednak sakramenty czy obrzędy przynależne bytowi o nazwie „człowiek” już się nie należą. Gdzie tu logika?
  • Ogólnie w październiku wielokrotnie pojawiała mi się w głowie myśl: Gdzie tu logika?! Choćby po przeczytaniu tego wywiadu i pomyśle na jednorazową wypłatę dla matek, które zdecydują się urodzić ciężko chore czy zdeformowane dziecko. W skróci, ale chyba wszystko na ten temat powiedziałam na Facebooku:

    Bo jakim idiotą trzeba być, żeby sądzić, że problem zaczyna się i kończy w dniu porodu? Że 4 tysiące załatwi wszystko? A i owszem – u patologii, którą dziecko obchodzić nie będzie, a tylko cztery tysie do przepicia/przećpania – na pewno. A co się stanie w normalnej rodzinie z takim dzieckiem, gdy przeżyje rodziców? Pomijając już fakt, że dzięki naszemu wspaniałemu systemowi służby zdrowia, jakkolwiek to dziecko, a potem dorosły, będzie mogło przetrwać. Czy jego rodziców będzie stać przez całe lata przynajmniej na godną opiekę, nie mówiąc o leczeniu czy rehabilitacji? Ile takich historii, jak w podlinkowanym wywiadzie, nasłuchałam się przez październik, obok tylu bym nawet przejść nie chciała, bo serce pęka, gdy patrzysz, na tragedię dorosłego, a co dopiero dziecka. Nie mówiąc o tym, by borykać się z tym na co dzień. Trzeba mieć naprawdę wiele siły. I pieniędzy. 4 tys. zł? To nie jest nawet kropla w morzu. Córka mojej koleżanki z pracy miała świetny pomysł, jak otworzyć oczy politykom – cała Wiejska, z rządzącymi na czele, powinna mieć obowiązek przez miesiąc pracować CHARYTATYWNIE w ośrodku z takimi dziećmi lub dorosłymi. Ciężko chorymi, upośledzonymi, zdeformowanymi. Z „roślinkami”. Ciekawe, czy dalej mieliby tak niewyobrażalnie potworne pomysły – bo decydowanie za człowieka o jego najbliższym i wręczanie mu za to marniuteńkiej łapówki to coś niewyobrażalnego. A niestety wyobraziło się w głowach miłościwie nam panujących….
  • Jeśli już jesteśmy w tematach okołorodzicielskich, przeczytajcie też list rozczarowanego ojca. I zastanówcie, czy 500+ to wszystko, co nasz rząd powinien robić w sprawie rodziny i przyrostu naturalnego.
  • OK, dosyć już ciężkich,kontrowersyjnych tematów. Powoli przechodźmy do lżejszych, a zacznijmy od polskiej blogosfery. Oto seria najciekawszych linków dotyczących blogowania, z których dowiecie się:
  • Na koniec polecam Wam Wyzwanie Poliglotki. Co prawda, projekt jest przewidziany na listopad i widzę, że sporo osób połknęło haczyk, ale ja tradycyjnie nie ogarnęłam tematu w terminie. To nic! To świetna motywacja do zabrania się za języki obce, ja od dawna obiecuje sobie wziąć się za angielski, więc od długiego niepodległościowego weekendu ruszam z tym wyzwaniem. Trochę przesunie mi się w czasie, ale to bardzo ciekawa metoda mobilizacji, zatem własny rytm mi nie będzie przeszkadzał. A jeśli jeszcze ktoś nie wiedział o świetnym pomyśle Madame Polyglot, możemy wystartować razem i razem się motywować (w końcu zostajemy daleko za peletonem, liderów nie dogonimy, ale wyścig skończyć możemy;).
  • No i spróbuję z własną wersją wyzwania modowego Kameralnej. Muszę nieco uporządkować szafę, a to może być niezła metoda. Z racji listopada wybiorę wariant 11 ubrań x 11 zestawów x 11 dni (roboczych. Bo weekendy u mnie rządzą się innymi prawami:). Wchodzicie w to?

Październik obejrzAny…

… został na koniec, ale to znów będzie mniej przyjemna lektura. To recenzje tylko dwóch filmów, ale żaden z nich nie jest komedią. A jeden – makabrycznie tragiczną historią prawdziwą. Fabularyzowaną, ale jednak opartą na faktach.

Wołyń. To właśnie ten film miałam na myśli, pisząc przed chwilą o historii prawdziwej. Historii, która niestety lubi się powtarzać i jeśli nie wyciągniemy z niej wniosków, bardzo łatwo może się powtórzyć. Film Smarzowskiego doskonale ukazuje świat, w którym obok siebie funkcjonują odmienne kultury, tradycje, języki i ideologie, współgra ze sobą – opowieść rozpoczyna dość długi obraz z polsko-ukraińskiego wesela, w którego tle przewija się i żydowski karczmarz. Światu temu jednak widocznie brakuje spoiwa – tak naprawdę nikt tu nikomu nie ufa, a podatny na nacjonalistyczne hasła grunt ukraińskiego środowiska doprowadza w końcu do brutalnego rozlewu polskiej krwi. Mimo opływających morzem krwi polskich podwórek, drastycznych scen okrucieństwa, rozczłonkowywania ludzi żywcem, makabrycznych widoków poranka film stara się pokazać tamtą sytuację obiektywnie: zestawia obrazy dwóch ukraińskich popów, z których jeden przestrzega przed ideologią, drugi podburza naród nacjonalizmem (momentami jednak obrazy te nieco się mieszają – przynajmniej ja miałam takie wrażenie). Pojawia się też scena, gdy Polacy „odwdzięczają się” polsko-ukraińskiej rodzinie, naśladując działania ukraińskich nacjonalistów. Wszystko to jednak nie umniejsza ogromnej tragedii tamtych czasów, znaczenia faktów oraz ukazania, jak okrutnie wobec siebie mogą być ludzie, dla których paliwem staje się nienawiść, zwłaszcza sztucznie podsycania w celach politycznych. Co ciekawe, dopiero po obejrzeniu tego „Wołynia” zdałam sobie sprawę, że środowiska prawicowe niemal gloryfikujące ten film, nie zdają sobie sprawy, że wielu skrajnych prawicowców to narodowcy, wielu stąpa już po nacjonalistycznych śladach, a granica do wejścia w buty UPA jest bardzo cienka – podobne historie ludobójstwa miały miejsce już wiele lat wcześniej, jak i wiele lat później.

Dla mnie noc po tym filmie była bardzo ciężka. Głowę miałam nawet we śnie pełną myśli, jak ludzie wobec ludzi mogą być aż tak okrutni. Tym bardziej nawet nie chcę sobie wyobrażać, jakie noce mieli ci, którzy przetrwali tamte dni.

Dla filmu zasłużone i mocne 9/10.

Dziewczyna z pociąguKsiążki nie czytałam, ale po „lekturze” filmu pewnie to nadrobię. Jest to film, któremu mogę dać nie więcej niż 7/10, ale podobała mi się forma mieszania przeszłości z teraźniejszością. Czasami takie zabiegi sprawiają, że trudno się połapać, w którym jesteśmy momencie: czy to jeszcze przeszłość czy teraźniejszość, natomiast tutaj pierwsze takie wrażenie szybko pozwala nam się połapać w kolejnych i zrozumieć, po co jest ten zabieg. Mamy poczuć się jak główna bohaterka. A jest nią Rachel, która żyje jakby w letargu, a na pewno w nałogu i samotności. To tytułowa dziewczyna z pociągu – jeździ regularnie pociągiem i przez okno obserwuje okolicę, w której kiedyś mieszkała. Upodobała sobie podglądanie pary, w której w pewnym momencie w tajemniczych okolicznościach znika żona. Rachel mogłaby być ważnym świadkiem w tej sprawie, ale na drodze staje jej słabość do alkoholu i były mąż – te dwie kwestie podważają jej wiarygodność, a nawet sprawiają, że staje się podejrzaną. Mieszanie się płaszczyzn czasowych to właśnie perspektywa Rachel: ciąg zamglonych wspomnień i luk w pamięci spowodowanych nadużywaniem alkoholu. Razem z Rachel mamy problemy z trzeźwą oceną prawdy i omamów – sama do końca nie byłam w stanie stwierdzić, kto jest zabójcą. I to sprawia, że film wciąga.

 

 

  • Jednym z moich planów podczas tego wypadu do Pl było obejrzeć „Wołyń”. Niestety plany sobie, a życie sobie. Przyjdzie mi chyba odpalić go na kompie po powrocie do Norge. Jestem bardzo, bardzo ciekawa tego filmu, bo wiele dobrych recenzji słyszałam. Z drugiej strony trochę się go boję…

    Dziękuję za polecenie wywiadu z Mamarak :) Jest nam niesamowicie miło!

    Ściskam!

    • Ana

      To jest naprawdę ciężki film, ale warto go obejrzeć, bo pokazuje jak niewyobrażalne rzeczy mogą się dziać między ludźmi.

      A wywiad jest bardo wartościowy, więc nie można nie podać go dalej :) Pozdrawiam!

  • Zastanawiałam się nad „Dziewczyną z pociągu” – książka może mnie nie zachwyciła, ale generalnie polecam, zawsze warto mieć porównanie z filmem :) Niestety wyzwanie 52 książki i w tym roku się ode mnie oddala – utknęłam chwilowo na pierwszej części Kronik wampirów i tak czytam pomału, jak na mnie ;)

    • Ana

      Też mam taką jedną książkę, którą czytam już… może nie będę zdradzać jak długo :) W każdym razie, „Dziewczyna…” może szału nie robi, ale dla mnie to był po prostu niezły film. Książki są zwykle ponoć lepsze :)

      • Nie zawsze, ale często jednak książki są jakieś pełniejsze ;) Nie licząc „Gry o tron” i całej serii, gdzie serial wyprzedził książkowe fakty :)

  • Dziękuję za wzmiankę! :) Jeśli chodzi o darmowe mockupy, to u mnie także jest spora lista: http://klosinski.net/darmowe-mockupy-jak-ladnie-zaprezentowac-grafike/

    • Ana

      A, to prawda – to jest zdecydowanie link do polecenia. Sama dość niedawno zgłębiałam wiedzę, czym tak właściwie są mockupy i to był jeden (jeśli nie w ogóle pierwszy) z tekstów, które mnie w ten temat wprowadzały :)