Miesiąc zblogowAny (19/20/21): muzyczno-filmowym ekspresem przez lato (cz. 2)

PrzeczytAne? W takim razie możemy przejść przez przesłuchAne i obejrzAne tego lata. Mam dla Was kilka ciekawych propozycji, ale szczerze przyznam, że już nie mogę się doczekać, gdy będę Wam podsumowywać październik – zwłaszcza muzycznie. Tylko w ostatnich dniach wyszło… no dobra, wróćmy do wakacji ;)

Ekspres muzyczny, czyli latem przesłuchAne

Jak wiecie, lato zaczęło się dla mnie fantastycznie muzycznie, czyli od Dnia Dziecka spędzonego w Krakowie z Maroon 5. Nieprzerwanie i do dziś latem zaraża mnie też Justin:

Jednak większość lata upływała mi na imprezach plenerowych różnego rodzaju oraz (niestety) weselu koleżanki, więc królowało np. to [i to niekoniecznie z oryginalną warstwą tekstową… (nie) żałujcie, że tego nie znacie]:

Wiem, co chcecie powiedzieć: Nie wiem, nie wiem, nie czuję tego. Spokojnie, ja poza imprezami też wolę co najwyżej Zenka ;) No co? Jakby nie patrzeć, rezyduję blisko stolicy disco polo. A na imprezę łatwiej zabukujecie jakąś Dodę – Zenka musicie rezerwować z co najmniej 2-letnim wyprzedzeniem. I to jeszcze kombinować z godziną występu. #podsłuchanenabakcstage’u

Ale wróćmy z pracy. Bo przecież lista przesłuchAnych, to lista słuchAnych dla relaksu! Po pracy i w samochodzie. Tam rządzą u mnie jednak inne piosenki. A skoro już padło „w samochodzie”… nie sądzicie, że to jest świetna piosenka do samochodu?

Z letnich nowości w ucho bardzo mocno wpadła mi inna piosenka tegoż Niebieskiego Jonasa:

A w związku z tym, iż wspomniany twórca pochodzi z Wysp, jest znakomitą przygrywką dla kolejnych pozycji – jak wiecie, mam słabość do brytyjskich popularnych artystów. Na przykład tego:

albo tych – aktualnie trzech – panów (którzy tej jesieni wydają nową płytę, jupi! I nie oni jedni – po stokroć JUPI! A nawet: JUPI JEJ!:):

… ale z panów – to chyba najbardziej tego imprezującego po rosyjsku:

W przypadku Robbiego Williamsa wielka zasługa pamiętnego koncertu. Z moich koncertowych opowieści na pewno kojarzycie też inną wokalistkę z charakterystycznym głosem – a jeśli nie z tej styczniowej, zimowej historii, to na pewno kojarzycie z Greya. Albo skojarzycie z Bridget, bo mój kolejny letni hit znalazł się na ścieżce dźwiękowej właśnie do trzeciej części filmu o autorce – ponoć (wiecie, że nie obejrzałam żadnej części w całości?) – najzabawniejszego pamiętnika w historii kina i literatury:

Ogólnie muzycznie bardziej niż lato kręci mnie ta jesień, bo wychodzi bardzo dużo nowych płyt. Nie singli, a płyt. Wydaje je kilkoro z wyżej wymienionych oraz ten, w którego jednym z poprzednich albumów będę się zasłuchiwać na Boże Narodzenie. A który przed 21 października, czyli jeszcze latem, wypuścił dwie piosenki z nowej płyty w formie „lyric videos”, m.in. tę:

Zrobiło się nieco lirycznie… to jeszcze przez chwilę niech tak sympatycznie pozostanie.

No, dosyć tego, podkręćmy trochę głośniki. Zwłaszcza że tego lata nowy singiel wydał też mój ubóstwiany Bon Jovi – uwielbiam piosenki, które są mniej więcej w moim wieku, ale nowe kawałki też trzymają poziom. Zdecydowanie these four walls have got a story to tell! I nie tylko ściany.

Ach! Zapomniałabym o letnim przeboju J. Lo – jak jej słucham, chyba już wiem, skąd u mnie na fejsie brak statusu: w związku (jakimkolwiek). I ain’t your mama, boy, I ain’t your mama…

Co by tu jeszcze muzycznego Wam powspominać z minionego lata… to, że byłam na koncercie Połomskiego, jednym z ostatnich w jego karierze, pewnie Was nie interesuje. Zresztą, nie mam nagrania, więc się nie nada do zestawienia :)

W lipcu, sierpniu i wrześniu obejrzAne

W kinie przez te trzy miesiące byłam… 3 razy. Ale przy domowej hybrydzie nadrobiłam kilka zaległości. Je też Wam zrecenzuję. Wolno mi.

Wiek Adaline. Film obejrzałam w ramach „domowego SPA”, czyli nie na dobranoc, nie towarzysko, a przy kompleksowym malowaniu paznokci (tym razem nie hybrydą;). Miałam zamiar obejrzeć ten film w kinie, jednak nie zdążyłam. Jeśli i Wy macie podobnie, to też nadróbcie. Mimo że finalnie daję 7/10, to jest to jeden z ciekawszych obrazów w swoim gatunku, spośród tych, które widziałam w ostatnim roku. Urodzona na początku XX wieku Adaline pewnego dnia ulega wypadkowi i przestaje się starzeć (chwilę po tym filmie zaczęłam oglądać serial „Forever”, który wykorzystuje podobny motyw – szkoda, że serial skończył się po jednym sezonie!). Wydaje się, że nic lepszego nie mogło jej spotkać: jest młoda, piękna, nieśmiertelna. Ale to, co mogłoby się wydawać błogosławieństwem, spełnieniem marzeń wielu, szybko okazuje się przekleństwem. konsekwencje. Adaline musi ukrywać się przed władzami, które chcą poddać ją eksperymentom. Dziewczyna musi wciąż uciekać, zmieniać tożsamości, porzucać najbliższych, w końcu – patrzeć jak starzeje się jej dziecko. Mimo to Adaline udaje się wieść ciekawe życie, ale to nie jej perypetie na przestrzeni całego wieku, a studium jej (i nie tylko jej) duszy i emocji stanowi najciekawszy wątek tego filmu. Oczywiście, nie brakuje tu wątku miłosnego – właściwie to on stanowi główny trzon tej opowieści.

Iluzja oraz Iluzja 2. „Jedynkę” nadrobiłam chwilę przed „dwójką”, bo „dwójkę” chciałam obejrzeć na dużym ekranie. Wcześniej Iluzję widziałam w mniejszych lub większych fragmentach, nigdy w całości, ale już te fragmenty sprawiły, że chciałam obejrzeć film od A do Z. Bo kręcą mnie rzeczy, których nie umiem wyjaśnić i nie mogę zobaczyć – a tym jest właśnie magia, iluzja. Gdy więc w kinie pojawiła się Iluzja 2, przy kolejnej zmianie koloru lakieru na paznokciach obejrzałam „jedynkę”, a potem ruszyłam do kina na „dwójkę”. Oba filmy zrobiły na mnie podobne wrażenie, oceniłabym podobnie, ale jednak pierwszą część o punkcik wyżej, czyli na 8/10. Była bardziej zaskakująca przy prostszym pomyśle na historię. W drugiej części więcej się dzieje, ale w obu można znaleźć „dziury” w historii. Jednak to nie są najważniejsze w tych obrazach – to właśnie obrazy, odpowiednio zbudowana narracja, utrzymanie napięcie na odpowiednim poziomie i odpowiednio poprowadzone tempo akcji sprawiają, że oba filmy ogląda się przyjemnie. I szybko.

Facet na miarę. Jeśli kojarzycie temat tego filmu i wiecie, że lubię szpilki, domyślacie się, że musiałam zobaczyć ten film. Mimo że nie przepadam za językiem francuskim, a w kinie film ogląda się z lektorem. O czym więc jest ta historia? O tym, że – jak czytamy w opisie filmu – młoda prawniczka poznaje bardzo przystojnego, ale niezwykle niskiego mężczyznę. I co dalej? Cóż, wzrost nie jest przecież najważniejszy, a facet interesujący, więc początkowo dziewczynę fascynuje ta znajomość. Nawet się zakochuje, ale… no właśnie. „Ale”. Sami wiemy, że gdy ludzie gadają, najodporniejsi zaczynają mieć wątpliwości. Niemniej finalnie mamy triumf podszeptów serca nad podszeptami innych. A przez całą opowieść mamy sporo rozrywki, niezłe dialogi, sporo humoru – zwłaszcza sytuacyjnego dzięki dystansowi do siebie głównego męskiego bohatera – i dobrze dobrany środek ciężkości, równowaga między fragmentami komediowymi a dramatycznymi. Fajna komedia romantyczna na letni wieczór. Dla mnie 7/10.

Boska Florence. Film dla głuchych i/lub odpornych na fałsz. I fanów Meryl Steep, która – jak wiemy – umie śpiewać, a tu musiała zagrać Florence Foster Jenkins, śpiewaczkę z fatalnym głosem i słuchem. To sztuka. Ale wracając do historii: główna bohaterka – mimo ewidentnej nieumiejętności panowania nad głosem i kompletnie bez słuchu muzycznego – to marzycielka: marzy o zostaniu śpiewaczką operową. Mimo że śledząc jej perypetie nie można powstrzymać się od śmiechu, to finalnie nie jest to postać śmieszna, a tragiczna. Bo żyje w nieświadomości – myśli, że tworzy prawdziwą sztukę. To zasługa jej kochającego męża (choć rozdartego między nią a kochanką), który robi wszystko, by spełnić marzenia Florence – w tej roli świetnie spisał się Hugh Grant. Nawet nie wiem, czy swoją rolą nie wybił się na pierwszy plan. W każdym razie, finalnie otrzymujemy film z dobrym (na 6/10) przesłaniem: że czasem trzeba pocierpieć, bo być może pod pstrokatym płaszczem kryje się naiwny, ale wrażliwy człowiek. Film idealny na wypad z kumpelkami (jako i ja go obejrzałam). Co ważne: na podstawie historii prawdziwej postaci!

I tyle by tego było.

PS: W weekend muszę przemalować paznokcie. Polecicie jakąś filmową lekturę na ten czas? :)

  • Obie Iluzje bardzo mi się podobały. Reszty nie oglądałam. Chociaż „Faceta na miarę” chętnie bym obejrzała ze względu na obsade. :)

    • Ana

      „Faceta…” polecam :) A „Iluzje” były o tyle interesujące, że odbiegały nieco od tego, co zwykle serwuje nam kino.