Miesiąc zblogowAny (17/18): maj + czerwiec = muzycznie + filmowo (cz. 2)

Poczytaliśmy, pora posłuchać i pooglądać. Mam dla Was kilka ciekawych pozycji i szczerze przyznam, że nie wiem, która część jest bardziej interesująca: muzyczna czy filmowa. Sami zdecydujcie. Aha. Odpuszczę Wam wspomnienia z koncertu :) One jednak sprawiają, że muzyczna część jest czerwca budzi we mnie zdecydowanie więcej emocji. 

Maj i czerwiec przesłuchAny

Zwykle, o ile mnie pamięć nie myli, zaczynamy od „obejrzAny”, ale w związku z tym, iż podczas tych ostatnich dwóch miesięcy bardzo ważnym punktem był Dzień Dziecka spędzony w Krakowie na koncercie Maroon 5, tym razem rozpoczniemy od przygód muzycznych. Adamem i jego kolegami z Ameryki trochę już Was pozamęczałam, więc  z całej puli koncertowej, którą wałkuję choćby poprzez niezmienianą od maja samochodową playlistę, wybiorę tylko jedną pozycję. O, na przykład tę:

No co? Dawno nie było takiej piosenki, która ile razy dziennie bym jej nie słuchała, nie nudziłaby mi się – choć na trochę – przez półtora roku. Sukces tego utworu zdecydowanie ma szansę powtórzyć majowa premiera Justina Timberlake’a (a mówiłam, że pojawi się w podsumowaniu maja?):

– ja sama can’t stop the feeling, got this feeling in my body, kiedy tylko usłyszę tę piosenkę :)

I tak naprawdę maj i czerwiec upływałyby mi właściwie tylko pod znakiem tych dwóch piosenek. Gdyby nasi piłkarze nie wyszli z grupy i nie pojawiła się ta piosenka z TYM teledyskiem:

Tak jak mnie nie przekonywała jako hymn Euro 2016, tak udzieliły mi się chyba piłkarskie emocje, a wraz z nimi – przemówiła do mnie ta piosenka.

PS: A to krótka playlista innych piosenek, które przez ostatnie dwa miesiące wyjątkowo wpadły mi w ucho:

 

 

 

(No dobra. Ta piosenka bardziej wpadła mi w oko. Bo jestem w szoku, że teledysk został zrobiony w stylu: od kobiet dla kobiet).

No i Rudy. Niekoniecznie byłam przekonana do twórczości Eda Sheerana, ale przekonał mnie – przynajmniej do tej piosenki – oglądany przez pół roku zwiastun filmu, o którym napiszę Wam nieco niżej.

I w ogóle – cały soundtrack do tego filmu jest magiczny. Jak Jessie Ware…

…X Ambassadors…

…czy Cloves.

Maj i czerwiec obejrzAny

Kino w tym okresie zaliczyłam właściwie na jego początek i koniec. Ale w międzyczasie, podczas domowego SPA, nadrobiłam też kilka zaległości. O wszystkich pozycjach napiszę Wam słów kilka.

Bóg nie umarł 2. Pierwsza część była obiecująca, ale finalnie nie zrobiła na mnie spodziewanego wrażenia. Druga – podobnie, choć chyba była dla mnie bardziej przekonująca. Pokazuje, jak niewiele trzeba, by na tle przekonań religijnych doszło do niezamierzonych nieporozumień. I do jakich sytuacji mogą zaprowadzić. Oglądając tę część, widziałam jednak, że takie zachowania przenikają już i do naszego kraju, w którym lepiej być niewierzącym lub wręcz innowiercą (ale ze względu na sytuację polityczną – raczej nie wyznawcą islamu) niż katolikiem. Spójrzcie sami na te wszystkie internetowe spory. W nich już nie jest ważne, jakim jesteś człowiekiem i czy podzielasz postawę polskiego kleru – jeśli jesteś katolikiem, to na pewno indoktrynujesz, jesteś ograniczony, a księża w twojej parafii molestują małych ministrantów. A Boga to już w ogóle nie ma. Jeśli ktoś wierzy – w tych czasach? Jest idiotą! Wiecie co? Miałam takiego jednego wykładowcę. Trochę dziwaka. Nie do końca wiem, jakiej (i czy w ogóle) był wiary. Ale powiedział, że właściwie nieważne, czy Bóg jest, czy go nie ma, czy jest jeden, czy wielu – gdyby go nie było, człowiek i tak by go sobie wymyślił. Bo go potrzebuje. Potrzebuje w coś wierzyć. Dlatego nie odmawiajmy sobie prawa do wiary. I jej braku również. Bo niedługo skończymy jak w tym filmie – na sali sądowej, udowadniając sobie nawzajem, jak bardzo to drugie nie ma racji.

To tyle przemyśleń na bazie filmu, któremu finalnie daję tyle samo, co jego poprzedniej części. 5/10 – za zbytnią propagandę, choć właściwie w słusznej sprawie: szanowania wzajemnych przekonań.

#WszystkoGraHucznie zapowiadany jako pierwszy polski musical. Zwiastun z największymi polskimi hitami i obsada zaciągnęły mnie do kina. Za zainteresowaniem siadałam w fotelu, który opuszczałam już dość mocno zawiedziona. OK, fajnie, że polskie kino chciało stworzyć polskie „Mamma Mia!”, ale… cóż, tej propozycji daleko do musicalu zbudowanego wokół piosenek ABBY. Liczyłam na coś więcej – w takiej obsadzie i z takimi piosenkami nawet wypadałoby zrobić lepszy film. Choć nie. Film był OK. Soundtrack – też. Tylko ta historia taka niedopracowana. A był  w niej potencjał! I za to daję tylko 5/10.

Love, RosieTo właściwie ciepły obrazek dementujący istnienie przyjaźni damsko-męskiej. Główni bohaterowie, Rosie i Alex, znają się od dzieciństwa. Przyjaźnią się. Tak by się mogło wydawać. Jednak widz widzi – wydaje się – więcej niż bohaterowie. Że ta przyjaźń w pewnym momencie przestała być przyjaźnią i nigdy już nią nie będzie. Bez względu na dalsze wypadki. Jeśli bohaterowie nie ockną się, nie będą szczęśliwi, chociaż im może się wydawać, że to możliwe. I finalnie wychodzi szydło z worka. To, że wbrew decyzjom głównych bohaterów, obraz nie należy do historii smutnych, że zabawne epizody przeplatają się ze wzruszającymi momentami, w końcu – widz nie przejdzie obojętnie obok tego filmu, sprawia, że ja oceniam go na mocne 7/10.

UgotowanySądziłam, że ten film obejrzę w kinie, jednak moje go nie grało. Trudno. Obejrzałam go w inny sposób. Największą zachętą była moja słabość do programów kulinarnych (nawet nie wiecie, jak chętnie zasiadałabym na widowni któregoś z polskich i skosztowała tych przysmaków!). No i Bradley Cooper (jako charyzmatyczny szef kuchni). Tak naprawdę to wcale nie jest film o gotowaniu. I to jest ogromną zaletą, za którą daję 7/10. To jest tak naprawdę historia o życiu. O tym, że można się stoczyć, ale można wrócić na szczyt. O tym, że jeśli masz pasję, możesz być najlepszy. A jeśli jesteś – nawet na dnie taki będziesz. A przede wszystkim – to film o stosunkach międzyludzkich, o przyjaźniach nawet między rywalami, w końcu – po prostu: o ludzkich słabościach i ich pokonywaniu. W tle „Piekielnej Kuchni” (Amaro, Ramsaya – wybierzcie sobie).

Zanim się pojawiłeśI na koniec film, który zachwycił mnie ścieżką dźwiękową. Tak, to chyba dzięki niej oceniłam cały film na 8/10. Bo nie lubię płakać w kinie – za to zwykle odejmuję punkty! W każdym razie, to rasowy melodramat, który zdecydowanie mniej niż soundtrackiem zachwycił mnie fabułą. Chyba tylko fakt, że nie czytałam książki, który sprawił, że niecierpliwie czekałam na finał, sprawił, że w sumie daję tej pozycji oczko więcej, czyli 8/10. To historia wcale niezaskakująca. Ona – dziewczyna ledwo wiążąca koniec z końcem, pomagająca finansowo rodzicom – właśnie została bez pracy. On – cyniczny przez to, jak okrutnie obszedł się  nim los, ale bogaty. Łączy ich sytuacja. Ona desperacko szuka pracy, on desperacko chce uciec życiu, więc rodzice podejmują ostatnią szansę odwiedzenia go od tego, zatrudniając mu opiekunkę. I tak ona zaczyna spędzać czas z nim. Przełamuje jego opór. Zaprzyjaźniają się… i nie tylko. Widz – chcąc nie chcąc – zaczyna kibicować tej dwójce. Gdy odkrywa, co Will chce zrobić, liczy na happy end. I mimo iż można zrozumieć motywację bohatera, tak ja nie rozumiem, jak wielki egoizm musiał nim kierować, by nie zszedł z obranej drogi. Bo swoją decyzją tylko sobie ulżył. Zranił przy tym – i to bardzo boleśnie – co najmniej kilka osób. Niby Lou – prosta i naiwna – dzięki tej znajomości, po jej zakończeniu, z prostej i naiwnej dziewczyny zmienia się w otwartą na świat kobietę, o tyle nie wierzę, by tak łatwo, jakby na to wskazywała ostatnia scena, w rzeczywistości przyszło jej poskładać roztrzaskane serce. No i ponoć w filmie brakuje ważnego wątku z książki – gdy ją przeczytam, powiem Wam, na ile to istotne. Aha, no i nie podobała mi się historia Lou – Patrick, jej chłopak. Przynajmniej w filmie ten związek i jego rozwiązanie pozostawia niefajne wrażenie.

  • Dobrze, że chociaż w części muzycznej się odnajduję :D Ale postanowiłam sobie, że przez lato podkręcę swoje zaległości i moje lenistwo co do oglądania filmów czy seriali odejdzie w niepamięć ;) Tym bardziej dzięki za inspiracje ;)

    • Ana

      Proszę. Ja ostatnio odkryłam, że filmy oglądam właściwie tylko w kinie. W domu do poduszki sięgam po seriale, a i to zwykle konczy się na wałkowaniu jednego od deski do deski. Czasem nawet jeden 40-min. odcinek oglądam na 3 razy :)

  • Amisha

    Ano, nic nie oglądam, słucham co leci w radio, a po pracy, w P. – cała feeria głosów natury :-). Jak nie paw, to kaczka, wróbel, albo inny ćwirek. Ryczące krowy, kwiczące świnie, warczące traktory, jazgot motorynki i dzieciaków. Kiedy nadejdzie jesień – może obejrzę jakiś film… Pozdrawiam letnio!

    • Ana

      U mnie w pracy oficjalnie nie słuchamy radia, więc to, co słucham, to Youtube i Spotify podczas pisania albo sprzątania. A filmy w domu – jak już wczoraj wspominałam: tylko podczas jakiego domowego SPA. Reszta to tylko raz na jakiś czas wypad z dziewczynami na babski wieczór do kina. I, o dziwo, nie mam dzieci ani nie ja jestem odpowiedzialna za domowy inwentarz, żeby nie mieć czasu… :)

  • Amisha

    O nie, przepraszam – mamy z dzieciakami nasz hit! Sylwia Grzeszczak – Tamta dziewczyna. Wszyscy sobie śpiewamy ;-). No i oczywiście Szpanio „Oooo, tell me black or white… ” ;-) – to akurat często śpiewamy do naszej black&white kocicy he he.

    • Ana

      Sylwia też mi wpadła ostatnio w ucho, ale tej wiosny i lata u mnie Justin króluje i to bez konkurencji :)