Krótka piłka: ŚDM przed ekranem – refleksji kilka

Franciszek pewnie dotarł już do Watykanu, a więc to świetny moment, by podzielić się z Wami chwilą refleksji na temat minionego tygodnia, gdy papież gościł w Krakowie. Bo trochę czuję się tą 29-letnią emerytką, która rzuciła ręcznik, zanim podjęła wyzwanie.

Dlaczego powinnam była być w Krakowie?

Czy też Brzegach. Ja i nie tylko ja. Na dobrą sprawę, tam mógł być każdy, bez względu na wyznawaną religię lub jej brak. Mam wrażenie, że papież Franciszek mówi tak, że jego słowa trafiają do każdego. Nie grzmi nakazami, nie gromi, nie grozi palcem, nie mówi, że chrześcijaństwo jest jedyną słuszną religią, a Kościół katolicki jedynym właściwym jego odłamem (jak, mam wrażenie, myśli polski kler). Wskazuje drogi, zadając proste pytania, na które sami mamy sobie odpowiedzieć:

Pytam Was: czy chcecie być uśpionymi, zahipnotyzowanymi, odurzonymi, młodymi ludźmi? Czy chcecie, aby inni decydowali o waszej przyszłości? Czy chcecie być wolni? Czy chcecie mieć otwarte oczy? Walczyć o waszą przyszłość? Nie wydajecie się być za bardzo przekonani, co? Czy chcecie walczyć o waszą przyszłość?*

Drodzy młodzi, w ów Wielki Piątek wielu uczniów powróciło smutnych do swoich domów, inni woleli pójść do domów na wsi, aby zapomnieć o krzyżu. Pytam was: jak dziś wieczorem chcecie powrócić do waszych domów, do waszych miejsc zakwaterowania? Jak chcecie powrócić dziś wieczorem, by spotkać się z samymi sobą? Do każdego z was należy odpowiedzieć na wyzwanie tego pytania.**

i stwierdzając rzeczy wręcz oczywiste:

Tak to jest: jeśli nie dasz z siebie tego, co w tobie najlepsze, świat nie będzie inny.*

Istnieją takie pytania, na które nie ma żadnych ludzkich odpowiedzi.**

Ale prawda jest taka, że powinniśmy się przyzwyczaić do dobrych rzeczy i do złych rzeczy. Życie takie jest, kochani młodzi.***

To tylko kilka słów z wielu, które padły podczas tego tygodnia. Być może to, co mówił przez te kilka dni pobytu w Polsce, zapadło mi w pamięć tylko dlatego, że jest pierwszym papieżem, którego słucham w pełni świadomie. Bo – nie oszukujmy się – choć pontyfikat Jana Pawła II to wciąż najdłuższy okres mojego życia, ale to aż i tylko niespełna 18 lat mojego życia. W tym wieku młody człowiek – nawet jeśli mocno wierzy i pilnie słucha – nie zawsze rozumie to, co się do niego mówi. Nie zawsze to do niego trafia. Do Benedykta XVI jakoś specjalnie nie byłam przywiązana. W sumie, do Franciszka też. Ale Światowe Dni Młodzieży to czas, gdy papież dostosowuje swoją narrację nie do każdego, a do określonego słuchacza. Takiego jak ja: młodego, nie zawsze jeszcze pewnego tego, czego oczekuje od życia, żyjącego w trudnej rzeczywistości, w dodatku w świecie rządzonym przez inne, starsze pokolenie, nie zawsze rozumiejące problemy młodych. Chyba dlatego słuchałam, chłonęłam, byłam offline, bo gdy tylko miałam chwilę, słuchałam słów płynących niestety nie wprost, a z ekranu telewizora – nawet zajmując się jakimiś przyziemnymi rzeczami typu sprzątanie czy prasowanie.

I żałowałam, że mnie tam nie było. Bo przez ekran nie mamy szans przeżycia tych słów. Zupełnie inaczej się je odbiera w tłumie ludzi słuchających jak Ty. Przeżywających podobnie, choć każdy na swój sposób. Modlących się klepiąc suche formułki, ale całym swoim zachowaniem. Śpiewem. Tańcem. Rozmową z drugim człowiekiem – zupełnie obcym, a bliskim przez jedność miejsca, czasu i przeżyć. Mogę sobie tylko wyobrazić, ile mnie ominęło.

Dlaczego nie byłam na ŚDM?

To bardzo proste. Pokonały mnie obawy, a potem pewien typ kanapy, o której w sobotę mówił Franciszek. Obawiałam się skupienia takiej masy ludzi w miejscu, którego przygotowanie swego czasu dość mocno kulało. W miejscu, o którym nasze władze mówiły, że jest w pełni bezpieczne, gdy chwilę wcześniej ludzie ginęli w miejscach, które też wydawały się bezpieczne. A przynajmniej – przygotowane tak, by ludzie w nich czuli się bezpiecznie. Gdy finalnie zrezygnowałam z wybrania się na ŚDM po ataku w Paryżu, obawy ustąpiły miejsca tej kanapie. Kanapie,

która pomoże nam żyć wygodnie, spokojnie, całkiem bezpiecznie*.

Rzuciłam ręcznik, zanim podjęłam wyzwanie. Ale gdzieś tam we mnie jeszcze kiełkowało, by jednak się wybrać na ŚDM. Mimo wszystko. Zaufać, że przecież tam, gdzie spotyka się dwóch lub trzech w imię Boże, tam i On jest – a co dopiero w spodziewanym nawet 2-milionowym zgromadzeniu! Choć zaraz przypominał mi się kawał o powodzi i księdzu w kaplicy, którego wojsko próbuje ratować: Proszę księdza, niech ksiądz ucieka! Ksiądz się utopi! Najpierw lądem, pukając do drzwi kaplicy, potem w motorówce, a w końcu z helikoptera – bo ksiądz już siedział na dzwonnicy. Ten jednak uparcie odpowiada, że nigdzie nie idzie, bo wierzy w Opatrzność Boską. W końcu utopił się, stanął przed Panem Bogiem i mówi z wyrzutem: Panie Boże, no jak tak można, swojego wiernego sługę utopić… A tak wierzyłem w Opatrzność… Na co Bóg odpowiada: Głupcze! Trzy razy po ciebie ludzi wysyłałem! I tak w myśl, że może lepiej nie wystawiać tej Opatrzności na próbę, w końcu wygrały obawy.

A potem, gdy znów się gdzieś rozproszyły, zwyczajnie zatrzymała mnie ta kanapa. Bo już za późno. Bo gdzie teraz szukać noclegu? Jak dotrzeć? Jak wrócić? W pracy urlopy i urwanie głowy – pewnie też tak łatwo nie udałoby mi się wyrwać nawet w piątek albo uszczknąć poniedziałku, by wyruszyć na drugi koniec Polski tylko na sobotę i niedzielę. Aha, przede wszystkim, poza komfortem, musiałabym jeszcze mieć towarzystwo, bo o ile za tłumem spokojnie trafiłabym do Brzegów i z powrotem, to już dalej podróż mogłaby być ryzykowna z moim zmysłem orientacji w terenie :) W sumie – na samym ogromnym terenie szybko bym się zgubiła. Zwyczajnie nie nadaję się na takie spędy w pojedynkę. Oczywiście, kiełkuje we mnie marzenie o samodzielnych (tudzież samotnych) podróżach, ale raczej nigdy nie odważę się sama wejść w taki tłum.

Czy żałuję?

I tak, i nie. Nie, bo mogłam słuchać i obserwować znacznie więcej niż byłoby to możliwe, będąc w Krakowie i Brzegach. Niejako mogłam być w każdym miejscu, w którym działo się najważniejsze. Żałuję, że nie „dotknęłam” tych przeżyć i ludzi. Ale przede wszystkim wiecie, dlaczego żałuję? Bo zajęta tamtymi przeżyciami i wszystkim, czego tak wielu – wydaje się – nienawidziło przez te dni, nie musiałabym co raz wpadać na głupie teksty o pielgrzymach i papieżu w Krakowie. Na te wszystkie podsmiechujki i drwiny, co by było, gdybym była/był papieżem. Śmieszkowania z atmosfery w Krakowie. Z ludzi radośnie wyznających swoją wiarę. Śmiało mówiących o swoich przekonaniach. Nie w internecie, nie skrywając się za nickami i awatarami. Bawiących się wiarą jawnie, nie w ukryciu (przyznajcie: chcielibyście, żeby się schowali i Was nie drażnili?). Cieszących się z możliwości przeżywania jej wspólnie. Ale wiecie, co sobie myślę? Mogę się oczywiście mylić, ale tak właśnie przejawia się najzwyklejsza w świecie zazdrość. Jakaś wewnętrzna pustka, którą trzeba w sobie zapełnić. Poprawić sobie humor, umniejszając humory innych. To jakiś sposób podniesienia swojej wartości tekstami o byciu mądrzejszymi od ogłupionych religią. Naprawdę, aż tak bardzo przeszkadzało Wam te 1,5 mln ludzi, który nie zapytali Was o zdanie, czy mogą się radośnie pomodlić nad brzegiem Wisły tak, jak chcą: w ciszy, rabanie, radości, refleksji? A przede wszystkim, że do świetnej atmosfery nie potrzebują cudownych i niepowtarzalnych… Was? A może to smutek, że na żadnym Woodstocku czy innym Openerze nigdy nie zobaczy się takich emocji, nie spotka się tylu ludzi, którym tak naprawdę do szczęścia nie jest potrzebne nic więcej niż wzajemna obecność? Sama bywałam na różnych imprezach, ale tego, co się działo w Brzegach, nie można porównać do niczego. Żałuję, że nie byłam wśród tych ludzi, ale cieszę się, że jakkolwiek dzięki mediom mogłam w tym uczestniczyć. Nie w pełni, ale świadomie.

Słowem, tym wszystkim, którzy nie potrafią zrozumieć innego niż własny sposobu bycia i myślenia, polecam… po prostu myślenie. Zanim się wypowiecie. Bo świat nie jest czarno-biały, nie ma jednego jedynego sposobu bycia, życia, jedynych słusznych przekonań. Pozwólmy sobie nawzajem żyć, jak chcemy. Czy nie lepiej wziąć przykład z Marcina Mellera, zamiast pusto gadać po fejsbukach i tłiterach?

Czyli: najpierw wniknijcie, świadomie popatrzcie i posłuchajcie. Po prostu pomyślcie. Samodzielnie.

Ale nie dla zdjęcia*.

Z drugiej strony barykady też. Kto jest bez winy… W każdym razie, bezmyślne powielanie schematów i stereotypów bez przyłożenia odpowiedniej miary to nie jest wyjście. Nie chcielibyście być tą miarą mierzeni, więc czemu sami nią mierzycie? Ci świadomi pielgrzymi (bo, oczywiście, na pewno byli tam i tak zapętleni jak Wy – we własnym, jedynym słusznym obrazie świata. Wystarczyło spojrzeć na co raz pokazywane w tv rzędy VIP-ów) na pewno nie ocenili(by) Was tak, jak Wy oceniliście ich. Oni podaliby Wam ręce. A Wy im?


Cytaty za oficjalną stroną Światowych Dni Młodzieży:

* z dnia 30.07.2016;

** z dnia 29.07.2016;

*** z dnia 27.07.2016.


PS: Miała być krótka piłka. Proszę, pozwólcie, że Was przeroszę, że nie wyszło. Dziękuję, że/jeśli**** dotrwaliście.

**** niewłaściwe skreślić

  • Dla mnie to było wyjątkowe przeżycie i choć nie mogłam być tam na miejscu czego trochę teraz z perspektywy czasu żałuję,to jednak śledziłam sporo i dla mnie to był cudownie i bardzo wartościowo spędzony czas. Ta rzesza młodych ludzi, którzy razem dawali sobie tyle siły i radości. Sama radość i szczęście jakie z tego wszystkiego płynęło i które czasami wprawiało we wzruszenie. Cała ta oprawa. Coś cudownego. A do tego ten przekaz. Prosty, ale jednak trafiający w samo sedno. Bez znaczenia czy ktoś wierzy mocno, czy właśnie jest na rozstaju czy nie wierzy w ogóle. Każdy znalazł coś dla siebie, bo przekaz był po prostu uniwersalny. A ja mogę szczerze powiedzieć, że jestem zauroczona Franciszkiem, nie jako papieżem, ale jako człowiekiem takim jak każdy z nas. Takie przesłania i taka forma trafia do mnie o wiele bardziej niż czasem te słowa głoszone w kościele niestety bez pokrycia. :)

    • Ana

      Szkoda, że coraz mniej jest takich duchowych przewodników jak Franciszek! Już nie mówię tu o tym cudownym darze, że umie mówić do każdego, robiąc to w sposób nienachalny, że aż chce się go słuchać – mówię o samym sposobie bycia: niesamowicie skromnym, a przy tym też nieco spontanicznym. W wieku lat 80! Naprawdę, polscy księża powinni zdecydowanie przesiąść się z luksusowych samochodów do poziomu swoich przeciętnych parafian i wziąć przykład z papieża. Inaczej ludzie będą wierzyć, ale odchodzić z Kościoła instytucjonalnego.

  • Powiem szczerze, że też nie byłam. Trochę dlatego, że nie bardzo mogłam, a trochę dlatego, że też się bałam… No ale sporo widziałam w TV, więc nie czuję, że mnie to całkiem ominęło. Ale na pewno warto było zobaczyć coś takiego na własne oczy…