Projekt Singielka #2: Dziennik Gosi (1)

Cześć. Jestem Gosia. Jestem Singielką. I nie, wcale nie jest mi z tym zajebiście dobrze. Ale to też nie jest powód, by skakać ze Świętokrzyskiego do Wisły. Albo podporządkowywać całe życie zamążpójściu.

Podobnie jak Ana uważam, że seriale typu „Singielka” i filmy o fabule „jak w tydzień znaleźć narzeczonego” robią kobietom więcej krzywdy niż dają rozrywki. Zaczynamy żyć w bardzo niekomfortowym świecie, który z jednej strony mówi ci, wręcz krzyczy: „Rozwijaj się! Bądź samodzielna! Bądź silna! Bądź kobietą sukcesu! Nie potrzebujesz do tego mężczyzny!”, a z drugiej wciąż wkłada cię w ramki, w których bez mężczyzny u boku jesteś kimś mniej interesującym od zamężnych koleżanek ustawiających się w kolejce po 500 plus. Im dłużej jestem sama, tym bardziej zaczynam się zastanawiać, czy nie ma w tym jakiejś prawdy, której sensu wciąż nie rozumiem…

Ale od początku. Mam tu gościć częściej, więc dziś po prostu się poznajmy. Jestem panią magister, która nie skończyła na kasie w Biedronce (jak się okazało, mimo wykształcenia mam problem z przecinkami, ale Ana zadba, byście tego nie nie zauważyli). Może nie pracuję w zawodzie, ale śmigam na szpilkach po biurze w mieście, jakich wiele w tym kraju. A nawet – prawie najwięcej. Ciocia Wikipedia mówi, że takich maleństw jak moje jest aż 187. Podobnie jak Ana reprezentuję obszar tzw. Polski B. Zatem największym problemem w porzuceniu stanu szumnie nazywanego „singielka” jest wielkość mojego miasta i jego położenie. Aha, no i mój wiek. Zbliżam się do magicznej granicy zmiany kodu na 3 z przodu. Dlaczego te trzy aspekty uważam za istotne utrudnienia w zmianie mojego „stanu”? Cóż, małe miasto to małe możliwości poznania kogoś nowego. Mała pula interesujących kandydatów do randkowania. Właściwie…  prawie wszystkich tu znam. Położenie w dość sporej odległości od większego miasta utrudnia zaś wypady choćby na kawę czy imprezę. Tym bardziej gdy się pracuje, a w sezonie letnim ma się tej pracy więcej niż zimą. Człowiek wraca do domu, je obiad (w najbardziej optymistycznym wariancie. W tych mniej kolorowych trzeba obiad odgrzać lub przygotować go od zera) i albo pada z książką na balkonie, albo biegnie na działkę po truskawki. Czasem po drodze trzeba zrobić zakupy, zatankować auto, wziąć dzień wolny, by pojechać z mamą do lekarza… Czasem wystarczy czasu, by skoczyć do przyjaciółki albo wybrać się na kręgle, do kina czy teatru…  Cóż, nikt nie mówił, że dorosłe życie będzie łatwe.

Do tego wszystkiego dochodzi wiek. Większość moich rówieśniczek jest już:

a) zamężna,

b) zaręczona,

c) w dłuższym związku.

W pracy jestem ostatnią singielką. Co prawda, mam dwie koleżanki niezamężne, ale jedna tydzień temu miała urodziny i od tamtej pory chwali się pierścionkiem, a drugiej jest chyba dobrze w długim nieformalnym związku. Znają się 6 lat, od czterech mieszkają razem. Kawalerów też ci tu deficyt. Aż żadnego. Ponadto to strasznie babskie miejsce pracy. W wieku lat prawie trzydziestu marne są perspektywy znalezienia fajnego, inteligentnego faceta o aparycji nieco lepszej niż diabelska. Ci najlepsi są już dawno zajęci. Aha, czy wspomniałam, że mam 175 cm i uwielbiam szpilki (choć pod biurkiem w pracy mam baleriny na czarną godzinę)? Szkoda, że Ana już nie biega na te mecze siatkówki… może wybrałybyśmy się kiedyś razem i znalazły odpowiedniej wysokości kandydatów? Och, ale przecież… Ana pokazała mi wczoraj skład reprezentacji – jak człowiek widzi rocznik ’94 czy ’95, to od razu na myśl przychodzi: „kiedy ja byłam w ich wieku…”. No, właśnie, kiedy ja byłam w ich wieku, studiowałam, bawiłam się,  nie myślałam o jutrze, trochę podróżowałam (choć w większości to ze studiów do domu) i przegapiłam (chyba) miłość. Dlaczego tak myślę? Bo teraz mam wrażenie, że jak sobie człowiek nie przywiezie męża / żony ze studiów, to w takim mieście, regionie i pracy, jak moje, już go/jej nie znajdzie. Bo choć robota czasem daje mi w kość, to przecież jej nie rzucę dla gorszej, mniej płatnej i umowy o dzieło, by ruszyć podbijać wielki świat i… no właśnie. Nawet tam ludzie się mijają i partnerów szukają online.

Ale tak naprawdę to wszystko nie o to chodzi. Więc czemu o tym piszę? A tak, żeby zagaić rozmowę. Żebyście wiedzieli, z kim macie do czynienia, gdy następnym razem napiszę o czymś innym. Tymczasem pożegnam się jak Plotkara.

xoxo, Singielka Gosia


A teraz pora na ogłoszenia parafialne. Czyli: tu Ana :) Właściwie to będą ogłoszenia i nie ogłoszenia. Po pierwsze, nie tylko Gosia (i kilka innych Singielek, które już się zgłosiły) ma tu prawo głosu. Projekt Singielka jest ciągle otwarty, a więcej informacji, jak dołączyć, znajdziecie we wpisie… sprzed miesięcy. Zapraszam(y)! A po drugie – chyba właśnie tak wyobrażałam sobie ten projekt. Tak, jak od Gosi zaczyna on wyglądać. Podoba się Wam?
  • Zapowiada się nieźle i no właśnie czekam na więcej :)

    • Ana

      Będzie! Mam nadzieję, że nie tylko Gosia przypadnie Wam do gustu :)

  • Czekałam na ten cykl i się nie zawiodłam ;)

  • Amisha

    Miło poznać krajankę z małego miasta Polski B :-). Nie martw się Gosiu, ja swojego obecnego męża poznałam będąc już po 30-tce (znajomość okupiona była dużym ryzykiem, jednak ogólnie nie żałuję, choć męża więcej teraz nie ma niż jest – no ale możliwe, że to się w końcu zmieni). Czasem lepiej być singielką dłużej, niż tak jak ja wcześniej – zmarnować 7 lat dla „przyzwyczajenia”.

    Pozdrawiam serdecznie!