Ich pięciu i Kraków, czyli Dzień Dziecka z Maroon 5

Jak wiecie, długo nie mogłam sobie darować, że z różnych względów nie dotarłam na koncert Bon Joviego w Gdańsku w czerwcu 2013 roku i dlatego katowałam się zapisem tego wydarzenia… bardzo często. Z tego żalu rzuciłam się na koncert Robbiego Williamsa w Krakowie. I to był wielki błąd…

… bo od tamtej pory nie odpuszczam sobie koncertów na żywo. I ciągle mi mało. Nie no, OK, to pod tym względem to nie był błąd. Błąd to to, że ten koncert mnie zupełnie rozpuścił. Wyniósł moje wymagania względem koncertów na sam szczyt. Na takim koncercie powinno się swoją przygodę z koncertami kończyć, a nie zaczynać. Bo potem człowiek wymaga od artystów czegoś, co niekoniecznie mogą spełnić. Dlaczego o tym wspominam? Bo ani w styczniu Ellie Goulding, ani teraz Maroon 5 i Adam Levine nie zdołali podołać wyzwaniu. Ich koncerty przyniosły mi zdecydowanie mniej wrażeń niż krakowskie show Robbiego Williamsa. Co nie znaczy, że kolejne muzyczne imprezy nie przyniosły żadnych emocji. Co to to nie! Pierwszego czerwca w Krakowie było naprawdę dobrze. Z małymi „ale”, ale… to był naprawdę dobry koncert.

Podchody do niego zaczęłam już w dniu ogłoszenia, że Maroon 5 nie ominie Polski, jak to wielu artystów zza wody miało w zwyczaju mniej więcej do ubiegłego roku. W tym roku mamy urodzaj artystów zza mniejszej lub większej wody. W każdym razie nie mogło mnie zabraknąć w Krakowie, gdzie w końcu po raz pierwszy miał się pojawić się nad Wisłą amerykański zespół z Adamem Levinem na wokalu. Zaczęłam namawiać moją – chyba już mogę tak ją nazwać – koncertową towarzyszkę K. i szykować się do zakupienia biletów. Chwilę przed wyborem miejsc na trybunie krakowskiej Tauron Areny dołączyła do nas A. Zaczęłam planować nie tylko koncert, ale i małe tournée po Krakowie. Bo skoro koncert jest w środku tygodnia, może warto wygospodarować chwilę urlopu i zostać na dłużej w dawnej stolicy Polski?

A w dawnej stolicy Polski... Lewandowski za każdym krzakiem!
A w dawnej stolicy Polski… Lewandowski za każdym krzakiem!

Im bliżej wyjazdu, tym ekscytowałam się bardziej, ale chyba raczej tym, że W KOŃCU w pracy dostanę PEŁNY 2-tygodniowy URLOP. W ferworze walki z zadaniami, które musiałam zakończyć przed wyjazdem, nawet nie zdążyłam sobie dobrze przypomnieć wszystkich tekstów, by je śpiewać z Adamem i całą wspaniałą polską publiką. Nawet koleżanek w pracy specjalnie nie pomęczyłam… a i tak miały dość i znów śmiały się, że będzie jak rok wcześniej po powrocie z koncertu w Krakowie. Całe szczęście, że wzięłam urlop :)

Tym razem jednak nie było jak rok wcześniej. Co prawda, do Krakowa dotarłyśmy bez przygód i wcześniej, ale na support – zespół BeMy – nie zdążyłyśmy (żałuję, bo ponoć wiele straciłyśmy. Zresztą, gdy docierałyśmy do hali, słyszałyśmy dość głośną publikę wewnątrz, więc musiało być naprawdę ciekawie). Bo, oczywiście, przygody być musiały. Niewielkie, ale jednak zmusiły nas na docieranie do hali przez park i na… GPS-ie (!), ale w końcu naszym oczom ukazało się: „Witamy Maroon 5 – Welcome Maroon 5″… i biegusiem do środka. Miejsca zajęłyśmy chyba 15 minut przed koncertem. A raczej: przed planowaną godziną jego rozpoczęcia. Tak, to już pora na pierwsze „ale”. Sama nie tyle lubię, co po prostu tak mam z natury, że się często spóźniam – dzięki temu doskonale wiem, że inni za tym nie przepadają. Tym bardziej jeśli za czas tego spóźnienia w taki czy inny sposób płacą. I, niestety, chłopcy z Ameryki zaczęli od takiego niefajnego akcentu, że pierwsze dźwięki intro do Animals wypuścili w eter z prawie 25-minutowym opóźnieniem (mówiłam już, że Robbie ze swoją punktualnością mnie rozpuścił?). Krakowska publiczność chwilę wcześniej dała temu jednoznaczny wyraz dezaprobaty. No, ale wiecie… nie mogli zacząć bez nas i trochę przecenili nasze możliwości spóźnienia się ;) Druga kwestia – jeśli to, co słyszałyśmy przez mury hali, to był jeszcze support, to spóźnienie da się też wytłumaczyć czasem na przygotowanie sceny i techniki na głównego artystę. A na to potrzeba minimum pół godziny (a są artyści, którzy w kontraktach wymagają godziny na dostrojenie sprzętu tuż przed występem).

No i w końcu zaczął się prawdziwy, wyczekiwany Dzień Dziecka! Po 3 czy 4 utworach przestałam czekać, że Adam przywita się z Polską i swoimi w niej fanami. A może przegapiłam, podśpiewując kolejno Animals, One more night, Stereo hearts, Harder to breathe i w końcu… hmmm… brakuje mi formy z końcówką -ąc :) Bo przy Lucky strike zwyczajnie oszalałam. Uwielbiam rytm tej piosenki, uwielbiam tę energię! I, naprawdę, nie rozumiem, jak można było napisać: „Jeżeli komuś faktycznie ciężko się oddychało, chwilę wytchnienia przynieść mógł mu Lucky Strike, numer rozbujany, ale na pewno nie aż tak popularny, jak znane i lubiane single„! Że… co?! Mam ochotę zapytać: z jaką wiedzą, człowieku, poszedłeś na koncert? I… czy my byliśmy na tym samym koncercie? No heloooł (pozdrawiam, Kasiu!;). Z tą solówką na gitarze, naprawdę, „chwilę wytchnienia”? Nawet mimo kolejnego „ale”, jakim na tym koncercie było nagłośnienie (mam wrażenie, że w miarę trwania imprezy jakość dźwięku płynąca z głośników się poprawiła, ale może po prostu przestałam zwracać na to uwagę, podśpiewując kolejne kawałki). Nagrałam sobie – ku pamięci – kilka fragmentów kilku piosenek, zaledwie kilka minut, ale po ich odsłuchaniu miałam niestety wrażenie, że przez cały około godzinny koncert nie słyszałam tak czystego dźwięku, jak z mojego utopionego w wannie wysłużonego już smartfona. Ale o ile podczas utworów to, czego nie dosłyszałam, dośpiewałam pod nosem i wystukałam sandałkiem, o tyle już trudno było mi dopowiedzieć sobie to, co mówił Adam ze sceny. Momentami rozumiałam pojedyncze słowa, wiele domyślałam się lub próbowałam się domyślić z kontekstu, przynajmniej na początku koncertu. Minus dla organizatora. I to wielki. Acz próba dźwięku leży też po stronie zespołu…

Maroon 5, Kraków, fot. Joanna Adamczuk

Wracając jednak do wątku z powitaniem – cóż, muszę przyznać, że byłam tym nieco zawiedziona. Jak wrażeniem, że chłopaki z Maroon 5 przyjechali do Polski odbębnić kolejny koncert. Kolejne „ale”. Ale na to „ale” – kolejne piosenki bez przerywnika i bez powitania, byłam jednak przygotowana – to nie był odosobniony przypadek, koncerty tego zespołu tak wyglądały, wyglądają i pewnie wyglądać będą i w innych miejscach. Niemniej dla mnie koncert na żywo to nie tylko żywe instrumenty i energia, ale i interakcja artysty z publicznością. Było jej zdecydowanie za mało. Mniej więcej od połowy koncertu znacznie więcej, ale… „ale”. Czy ja już wspominałam, że… a, tak, wspominałam.

Niemniej muzycznie i energetycznie to był bardzo dobry koncert. Wśród moich trzech w ostatnim roku nie uplasowałbym go na końcu stawki. Spokojnie mógłby przeskoczyć Ellie. Ale Robbie i tak wygrywa w przedbiegach. Trzeba jednak przyznać, że Robbie robi świetne show, a w przypadku Maroon 5 zdecydowanie wygrywała muzyka. To nie jest zespół, który opiera koncerty na bawieniu publiczności czymś więcej niż własna twórczość. To też jest ciekawe podejście, to też jest sztuka w czasach, gdy chyba jednak większość artystów chce swoim występem zrobić wielkie „WOW”. Tu tego nie było, ale był kawał dobrej muzyki. No, gdyby jeszcze nagłośnienie było lepiej ustawione… Niemniej goście zza oceanu mieli świetne show świetlne, któremu mój aparat nie podołał i wśród kilkunastu fotek, mam jedynie kilka w miarę czytelnych. Większość wygląda tak:

Maroon 5 w Krakowie

Jak widzicie, mój aparat ostrzył na światła, więc nawet na fotkach na ekranach nie widać, że tam właśnie jest Adam Levine ze swoją różową gitarą (chyba). Dlatego fotki macie dzięki uprzejmości fantastycznych dziewcząt spod samiuśkiej sceny: Karoliny i Asi.

Untitled-4

W każdym razie, dla tych światełek warto było być na trybunie. Robiły naprawdę świetny podkład dla kolejnych utworów. Koloryt, intensywność, ruch – efekty były znakomicie dobrane do konkretnych piosenek. Ale i tak najlepszą robotę – jak zwykle! – zrobili polscy fani. Wrzucę Wam dwa filmy – na pierwszym ładnie widać efekt, a na drugim – macie lepiej widoczną reakcję artysty i interakcję z publicznością (tej ostatniej – w końcu DOCZEKAŁAM SIĘ!).

 

 

 

 

Do publiczności tego koncertu można mieć też parę „ale”. Przed jedną z moich ukochanych piosenek: Love somebody Adam zauważył dość poważną wadę tej publiczności. Poprosił, by wszyscy śpiewali razem z zespołem. Nawet jeśli nie nie umieją śpiewać. Fakt, to była dość cicha publiczność. Kurczę, nawet taki przebój jak This love…  nie dośpiewać fragmentów, które opuszczał wokalista?

I mimo że moja kompanka A. narzekała, że Adam nie zdjął koszulki (moja wina, nagadałam jej, że u nas koncert w hali, więc pokaże swoje tatuaże… ta to musiała być zawiedziona! Ale do czasu! Podczas naszej wycieczki do Krakowa ktoś coś zdjął… ale o tym w innym odcinku!), a do wulkanu energii artyście było daleko, to ta energia na scenie zdecydowanie była. Adam biegał, sięgał po swoją różową gitarę (i chyba miał ich więcej niż jedną), wywijał statywem, cały zespół grał kawał dobrej muzyki (nie wiem, jak innych obecnych, ale mnie wyjątkowo dobrze robiły wybijające się gitarowe brzmienia), a trybuny zrobiły swoje. Nie mogło być inaczej, gdy Maroon 5 w Krakowie zagrało same swoje wielkie przeboje: wyśpiewane z publicznością This love (przynajmniej na refrenach…), rozpoczęty a cappella Payphone, magicznie akustyczne She will be loved (które mogliście wyżej obejrzeć i przesłuchać), mocno energetyczne Moves like Jagger (oj, było tych moves  na scenie!) i w końcu cudowne Sugar dwa razy dłuższe niż w wersji z teledysku. Skończyło się zdecydowanie zbyt szybko. Nawet jak na koncert z kilkoma „ale”. Nawet jak na momentami nieco zarozumiałą postawę artysty – bo jednak styl bycia Adama Levine’a na scenie, miałam wrażenie, mówił: „Jestem zajebisty*. Bo jestem zajebisty”. Ale cóż, ja po Robbiem w Krakowie spodziewam się tylko gestów w stylu: „Ale jestem zajebisty! Ale robię to dla Was”. Co artysta, co narodowość, to jednak inny sposób bycia. Amerykański po prostu taki jest, że… wszyscy są zajebiści. Tylko dlatego, że są. Wielu to się może nie podobać, ale patrząc na Adama, przypomniałam sobie moje początki na meczach AZS-u Olsztyn. Tam też grał Amerykanin. I miał dokładnie taki sam styl bycia. Więc w tej zarozumiałości jest metoda, o ile to, co się robi, robi się dobrze. A Maroon 5 i Adam Levine swoją robotę robią wystarczająco dobrze – ich muzyka przynosi odpowiednią dawkę energii i emocji.

Maroon 5, Kraków, fot. Karolina Walęcka

Nie mogę też zapomnieć o tradycyjnych podczas koncertów w Polsce akcjach z flagą. Tak na trybunie, jak i podrzuconej artyście na scenę. Tę pierwszą sama nieco przysnęłam, ale przez to „ale” z nagłośnieniem… nie rozpoznałam piosenki! I to jakiej – przecież Maps to jeden z moich ulubieńców! Wersja koncertowa nieco różniła się od płytowej, a ja nie idę na koncert z setlistą w głowie, ale gdyby nie to nagłośnienie, zorientowalabym się szybciej. Jak z Sugar – wstępu jest delikatny, został niemal zagłuszony, ale jednak te pierwsze dźwięki się przebiły. Dlatego mam wrażenie, że nagłośnienie pod koniec się poprawiło. W każdym razie, przy Maps szybko się ogarnęłam, wręczyłam kartki sąsiadkom i wyszło naprawdę fajnie. Chyba niespecjalnie zauważenie, ale pięknie!

Za to zdecydowanie zauważona została druga flaga, która wpadła na scenę gdzieś w trakcie przedstawiania zespołu. W jakiejś relacji wyczytałam, że Adam nie wiedział, co z nią zrobić. Ja miałam zupełnie inne odczucia. Tzn. faktycznie, zastanawiał się, gdzie znaleźć dla niej odpowiednie miejsce. Co z nią zrobić, by potraktować ją po prostu godnie – kto jak kto, ale Amerykanie wiedzą, jak ważne są symbole narodowe. Pod tym względem ten kraj bardzo mi się podoba. W każdym razie: kombinował, kombinował i wykombinował. Zrobiło to na mnie zdecydowanie lepsze wrażenie niż przygoda z flagą Ellie Goulding.

Untitled-3

Zastanawiam się, o czym Wam jeszcze nie wspomniałam… Na tym koncercie było dużo małych momentów – małych, ale wielkich. Były też niuanse zakłócające odbiór tego wydarzenia, ale najwidoczniej niezbyt istotne, skoro mimo tych 10 dni od koncertu, moja głowa nadal tkwi gdzieś w krakowskiej Tauron Arenie. W tle w pracy i przy tworzeniu tego wpisu leci Maroon 5. W samochodzie przeskakuję piosenki do tych, które śpiewałam na koncercie (dlatego filmów własnych Wam tu nie zamieszczę – oszczędzę Wam tego, że nagrałam też siebie;). Pod nosem śpiewam:

I drove for miles and miles and wound up at your door
I’ve had you so many times but somehow I want more….

… chociaż nie… to mi znów w głowie śpiewa artysta wersję koncertową!

101

I na tym zakończmy tę relację. Nawet jeśli czegoś nie dopowiedziałam, zrobią to inni w swoich relacjach i reakcjach. A innym niech pozostanie niedosyt :)

PS: A ja ciągle odkładam na lustrzankę… a mogłam mieć takie foty!

Untitled-5

 

* Przepraszam, że się tak brzydko wyrażam!