Krótka piłka: Kobieta też kibic!

Nie znam się na piłce. Chyba że chodzi o siatkową. Ale wiem, co to spalony. I po raz pierwszy zakochałam się polskiej reprezentacji w piłce nożnej.  

Co prawda, zauroczyła mnie podczas EURO 2012, ale do tej pory jakoś mnie ta dyscyplina mocno nie przekonywała. Sport narodowy, ale wolałam siatkówkę. Ewentualnie piłkę ręczną. Ze sportów mniej drużynowych – skoki narciarskie. Lubię też lekkoatletykę. Ale piłka nożna? Wiele zawodów, zbyt wiele indywidualności, za mało zespołowości. Jedynie Kubę Błaszczykowskiego uwielbiam od dawna. Bo w sporcie – poza emocjami, jakie daje kibicom – bardzo cenię talent, umiejętności, włożoną pracę i przede wszystkim charakter sportowców. To chyba dzięki temu, że sama z pasją kibicuję i dlatego za pasję kocham moich ulubieńców.

Ale teraz dzieje się coś dziwnego. Nie tylko ze względu na historyczne wyniki naszych piłkarzy w mistrzostwach Europy. To się dzieje od pierwszego meczu. Bo nigdy w życiu z taką pasją nie oglądałam piłki nożnej. Rzuciłam okiem, ucieszył mnie dobry wynik, ale raczej czułam się neutralnie wobec tego sportu. Mimo że zawsze byłam sportową patriotką. Zawsze śledziłam wyniki Polaków na dużych imprezach. Ale to Euro… magia! Zaczęłam lubić piłkę nożną, zaczęłam rozumieć jej fenomen. Chyba dlatego, że w sportach drużynowych liczy się zespołowość i po raz pierwszy w naszej rodzimej reprezentacyjnej piłce nożnej zobaczyłam nie zbiór indywidualności, a drużynę. Drużynę przez duże D. Coś, co niestety powoli zaczyna tracić moja ukochana siatkówka. W każdym razie, ta drużyna z francuskiego EURO i te piękne bramki Błaszczykowskiego (i jeszcze piękniejsze jego zachowanie!) sprawiły, że po raz kolejny sięgnęłam po książkę „Kuba” – a rzadko czytam dwa razy tę samą publikację. Bardzo rzadko. Tym razem robię to też dla Was, bo mimo niedociągnięć redakcyjnych i korektorskich to naprawdę ciekawa historia, którą muszę Wam zrecenzować i polecić.

Ale wróćmy do meritum, bo za chwilę mecz, a ja nie chcę Was zostawiać z elaboratem. Chciałabym tylko zwrócić uwagę, że my, kobiety, też lubimy sport. Są wśród nas takie, które kompletnie nie rozumieją tego typu regulaminów:

Tym bardziej że w moim domu punkt 9 wygląda wręcz odwrotnie. Telewizor należy do mnie i kropka. Zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie takie regulaminy:

OK, może poza połową punktu 6. Bo hymn to jest jedna z najcudowniejszych chwil podczas meczu, gdy słyszysz, jak po całym świecie niesie się „Mazurek Dąbrowskiego” wyśpiewany przez polskich kibiców – chyba żadna inna drużyna (przynajmniej z tych, z którymi graliśmy na tym Euro) nie ma takiego wsparcia w tej kwestii, jak Polacy. Ta chwila jest też cudowna dzięki polskim piłkarzom. Za każdym razem mam ochotę wyściskać telewizor (bo ich nie mogę!) za to, co widzę w jego ekranie podczas hymnu. Z takim zaangażowaniem, z taką pasją, z takim szacunkiem do hymnu nie śpiewa go żadna inna polska reprezentacja. Moi siatkarze nigdy tak nie śpiewali, a z roku na rok jest u nich z tym coraz gorzej. Piękny obrazek podczas hymnu tworzą też szczypiorniści, ale chyba tylko teraz (dopiero!) piłkarze przyprawiają mnie o ciarki, gdy widzę, jak śpiewają „Mazurka Dąbrowskiego”. Chapeau bas!

A zaraz o hymnie… w domu, jak w hali czy na stadionie, nie siedzę cicho – całe szczęście, od sąsiadów dzieli mnie kilka metrów i parę drzew, mogę krzyczeć i odprawiać najróżniejsze rytuały do woli i o dowolnej porze. I nawet nie wiecie, jak mnie cieszy, że w końcu w pracy przez biurko mam koleżankę, z którą mogę obgadać każdy mecz! Nie jak śp. serwis ciacha.net, ale merytorycznie: o tym, jak przebiegała gra, że przy tym golu Szwajcarów Fabiański nie miał szans, dlaczego Lewandowski nie strzela goli, a Milik nie trafia w bramkę. I dlaczego obie uwielbiamy Kubę :) Im dłużej kibicuję różnym dyscyplinom, tym bardziej się przekonuję, że kibicowanie przestało już być domeną mężczyzn. I mimo że wciąż pokutuje stereotyp, że jeśli kobieta ogląda mecz albo zjawia się na stadionie, to tylko po to, by podziwiać urodę i wyrzeźbione ciała sportowców, to po sobie widzę, że powoli się to zmienia. Bardzo powoli i zostają pewne dość szowinistyczne spojrzenia, ale ważne, że zmiana idzie w dobrym kierunku. Taki ostatni przykład: w niedzielę niestety musiałam udać się do pracy, byłam na dość ważnych dla mojej firmy targach. Wiele osób żyło sobotnim spotkaniem Polaków ze Szwajcarami. Większość rozmówców to byli panowie, ale pamiętam, że przynajmniej jedna z pań – poza mną – dość merytorycznie wypowiadała się o meczu. Panowie jakby trochę nas ignorowali w tej dyskusji, ale mam wrażenie, że kilku z nich nie wiedziało, o czym mówimy :) Poza tym rozmowa była króciutka i trzeba się było uwijać w pracy. Ale już gdy wracałam już do domu w wyłącznie męskim towarzystwie i dość naturalnie włączyłam się w dyskusję o kolejnych meczach, usłyszałam coś, za co po części powinnam się obrazić, a po częsci odebrać jako komplement: że mieć taką kibickę w domu, to lepiej niż zapraszać do domu sąsiada czy kolegów na mecz. Nie marudzi, że znów mecz, jest z kim pogadać o meczu, a nie, że ten młody to ładny jest… I ani sprzątać nie trzeba, ani martwić się o zaopatrzenie. Pozostałą argumentację sobie odpuszczę, bo… w sumie, możecie się domyślić, co siedzi w męskich głowach :)

W każdym razie, kobiety często kibicują bardziej niż mężczyźni. Bo zwyczajnie są bardziej emocjonalne. A poza tym – jesteśmy takimi samymi kibicami, jak Wy, panowie. Też znamy nazwiska, wiemy, czemu ten jeden ma inne ubranko, jakie są zadania napastnika, a jakie obrońcy. Wiemy, co to spalony (choć, przyznaję szczerze, nie zawsze umiem go wyłapać w trakcie meczu. Trudno.), z ilu metrów strzela się karnego, tak samo reagujemy, jak Milik znów nie trafia i może tylko bardziej wielbimy Kubę, gdy znów strzela bramkę. Bo wiecie, jesteśmy różni, ale nie determinuje tego nasza płeć, a wyłącznie fakt, czy interesujemy się piłką nożną, czy jest nam ona kompletnie obojętna. Dla ułatwienia, obrazowo przedstawia się to dokładnie tak:

Grafika zaczerpnięta z tekstu Kucharko-ignorantki łączcie się! Co tak naprawdę kryje się w damsko-męskich regulaminach na Euro 2016

A dziś razem z Wami będziemy się cieszyć wygraną (proszę niebiosa o 2:1! Żadnych zawałów podczas karnych! I nieważne, czy Lewy odpali, nieważne, kto strzeli gola/gole – byle wygrała polska drużyna!) nad Portugalią po wspaniałym, dobrym i emocjonującym spotkaniu ćwierćfinałowym!

Fot. nagłówkowa pożyczona stąd

[1 lipca 2016]

PS: Dziś już mogę powiedzieć to, co bałam się powiedzieć głośno. Przez cały ten turniej miałam nieodparte wrażenie, że te emocje już kiedyś czułam. Podobnie zżywałam się z polską drużyną, która mecz po meczu zapisywała się na kartach historii polskiego (i nie tylko) sportu. Chciałam to wrażenie mieć jak najdłużej, jednocześnie bojąc się, że szybko pryśnie. Nie prysło, choć miałam nadzieję, że to specyficzne deja vu potrwa tak długo, jak wówczas. Jak w 2006 roku, gdy siatkarze zdobywali wicemistrzostwo świata. Ale siatkarze tylu serc wtedy nie zdobyli, choć pokochała ich cała Polska. Tym razem do zdobycia było mniej serc, ale zdecydowanie trudniejszych do przekonania. W tym moje. Chłopaki, dziękuję, że zdobyliście moje serce!

  • Ja oglądam, choć ogólnie za piłką nożną nie przepadam. Od dawna nasza reprezentacja nie miała takich sukcesów.

    • Ana

      Dawno nasza reprezentacja nie była taką DRUŻYNĄ!

  • W tym co piszesz odnajduje wiele z siebie. Nigdy nie byłam kibicem piłki nożnej bardziej jak fascynować irytował mnie każdy mecz. Zdecydowanie wolałam siatkówkę, ale przez te kilka tygodni, w których chłopaki pokazali ducha walki wszystko się odmieniło. I pewnie nie zostanę wierną kibicką, ale wsparcie dla tak zgranej drużyny bez wątpienia się należało. Bez względu na to jak się skończyło jestem z nich bardzo dumna i każdy powinien być, bo pokazali, że potrafią. Oby szło im tak dalej! :)

    • Ana

      I to jest właśnie najcudowniejsze – sama siebie nie poznaję po tym turnieju!