Miesiąc zblogowAny (14/15/16): kwartał zza kurtyny (cz. 2)

Poczytaliście? Pora zatem na drugą część zaległej odsłony cyklu pt. „Miesiąc zblogowAny” – tym razem zrecenzuję Wam kilka filmów i pokażę, czego nie mogłam się nasłuchać na przełomie zimy i wiosny. Nie przedłużajmy – zaczynajmy!

Trzy miesiące obejrzAne

Jeśli chodzi o kino, z trudem, ale wygrzebałam czas na aż kilka pozycji. W końcu znalazła się wśród nich pozycja obcojęzyczna, choć dopiero na sam koniec kwietnia. Bo jakoś w tym roku tak wyszło, że od  jego początku w kinie zjawiałam się tylko na polskich produkcjach. Luty też od nich zaczęłam, bo pierwszym filmem, na jaki wybrałam się przed duży ekran, była „Planeta Singli”. Nie będę się tu o niej rozpisywać, bo już to zrobiłam – to był ostatni wpis przed  zamknięciem bloga na czas remontu. Przypomnę tylko ocenę: 7/10. A nawet 7,5. Może i trochę za wysoka ta ocena, ale za kilkukrotne „Dni, których nie znamy” Marka Grechuty i finalne przyjemne dziecięce wykonanie tego utworu – należy się.

Kilka dni później miałam do wykorzystania bilety na dwa filmy: polski „Na granicy” i zagraniczny „Ave, Cezar!”. Ze znajomymi zdecydowaliśmy się na ten pierwszy i… trochę żałowaliśmy. Tzn.: żałowałyśmy, bo jedynemu panu, który się z nami wybrał, nawet się podobało. Ja tej produkcji daję maksymalnie 5/10. Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia ojca i dwóch synów, którzy przyjeżdżają na bieszczadzki koniec świata, aby ułożyć wzajemne relacje po niedawnej rodzinnej tragedii, i tajemniczy nieznajomy, związany z szemranym światem przestępczym, znikąd pojawiający się w ich odciętej od cywilizacji górskiej bazie, to kanwa dla naprawdę dobrego thrillera. Niestety, poza naprawdę dobrymi obrazami zabrakło mi równie dobrego scenariusza. Nie przepadam za filmami, w których jedynym sensem jest wzajemna „nawalanka”. Bo o ile początkowo napięcie rośnie jak trzeba, to mniej więcej od połowy filmu zaczyna brakować historii, a pozostaje nam tylko oglądanie kolejnych opuchniętych części twarzy bohaterów i lejącej się litrami krwi.

Kolejny polski hit: „7 rzeczy, których nie wiecie o facetach”. Nie wiem, jak Wy, dziewczyny, ale ja tych rzeczy nie wiedziałam i… z filmu się o nich nie dowiedziałam. Spokojnie mogę tu zacytować zdanie z recenzji na Filmwebie, że widzowie: (…) zamiast „7 rzeczy” mogą równie dobrze obejrzeć disneyowskich „Siedmiu krasnoludków”. Z obu dowiedzą się o facetach tyle samo. Co nie znaczy, że nie można obejrzeć tego filmu i się pośmiać. Dzięki Zamachowskiemu i Domagale ten film otrzymuje ode mnie aż 6/10, mimo że za Bachledę-Curuś mam ochotę odjąć jeszcze co najmniej jeden punkt – a to przecież nasz towar eksportowy, więc kto, jak nie ona, powinien ratować takie produkcje? Ale mimo wszystko nie jest to aż tak słaba propozycja, jak niektórzy oceniają, na szósteczkę spokojnie zasługuje. Bo czego można się spodziewać po polskich komediach romantycznych? W ogóle po komediach romantycznych? Lekkiej, zabawnej (lub śmiesznej – bo to drobna różnica) historii (lub 7, jak wskazuje ten konkretny tytuł), okraszonej niezłą obsadą, ładnymi obrazkami, odpowiednio polukrowanej. Dodatkowo mamy tu niezłą muzykę – czego chcieć więcej od filmu na weekend?

Lekki i przyjemny nie jest za to film „Niewinne”. To poruszający obraz z historii, w dodatku opartej na faktach, z czasu tuż po zakończeniu II wojny światowej, kiedy w Polsce nie przebrzmiały jeszcze jej echa, a stacjonujący w kraju żołnierze Armii Czerwonej wykorzystywali strach ludzi. „Niewinne” pokazują, czym kończyły się wizyty żołnierzy – nie tylko w klasztorach. Ofiary ich gwałtów zostają bezsilne, pełne strachu, napiętnowane. Często podwójnie – bo jak inaczej postrzegać ciążę z takiego „przypadku”? Wśród zakonnic to dodatkowy dramat – film pokazuje, jak wielki. Matka przełożona próbuje bowiem za wszelką cenę ukryć przed światem, że większość jej podopiecznych została zgwałcona przez radzieckich żołnierzy, w wyniku czego kilka z nich zaszło w ciążę. Nie tylko ze względu na zasady życia zakonnego i pierwszą w hierarchii czystość jest to sytuacja dramatyczna – w czasie tuż po wojnie w szpitalach brakuje wyposażenia, a co dopiero w klasztorze na uboczu. Kobietom rodzącym w ukryciu, nie mającym pojęcia o grożących powikłaniach, tak jak ich dzieciom grozi śmierć przy porodzie. A nie wszystkie chcą umierać. Dopiero złamanie zasad i potajemne sprowadzenie z miasta lekarki pracującej dla francuskiego Czerwonego Krzyża nieco zmienia tę sytuację, choć jednocześnie sprowadza na klasztor dużo większe zagrożenie.

To trudny film, ciężki w odbiorze, ukazujący, w jak skomplikowanej rzeczywistości żyli nasi dziadkowie, przed jak złożonymi wyborami byli stawiani. I jak złe mogą być nie tylko systemy totalitarne, ale i życie w wyizolowanym, zamkniętym systemie, gdzie skostniałe zasady robienia „tego, co należy”, kończą się tragedią i zwyczajną hipokryzją. Zresztą, jeśli nie widzieliście, musicie sami zobaczyć „Niewinne” i poddać je ocenie. Film pozostawia pole dla własnej oceny widza, mimo pomyślnego zakończenia. Ode mnie: 7/10.

I w końcu pierwsza w pełni zagraniczna propozycja obejrzana w kinie. Film zdecydowanie nie dla mnie do oglądania w kinie, bo nie lubię płakać publicznie (nawet przy zgaszonym świetle), a tak niestety kończy się poznawanie chwytających za serce historii o śmiertelnie chorych dzieciach. Każdy, kto ma serce (oczywiście, nie w znaczeniu anatomicznym!), nie wyjdzie z tej opowieści bez łez. Ale warto po nią sięgnąć. „Cuda z nieba” nie są bowiem tylko dla chrześcijan – i ateista znajdzie tu piękną historię nie o wierze, a o nadziei. Która nawet w najtrudniejszych chwilach ludzkiego cierpienia może wskazać drogę do wyjścia. Że cudem niekoniecznie są niewyjaśnione wypadki, a po prostu obecność drugiego człowieka, jego bliskość i odrobina dobrej woli. Bezinteresowna pomoc i wrażliwość ludzi spotykanych w tej drodze. Sam cud ukazany tu z chrześcijańskiego punktu widzenia można oceniać z właściwie każdej innej perspektywy – jako niewyjaśnioną reakcję organizmu ludzkiego na wypadek, który powinien być śmiertelny, a tymczasem uzdrowił dziewczynkę. Bo przecież tak, jak lekarze nie znają lekarstwa na każdą chorobę, tak mogą nie znać przyczyny wyzdrowienia. A wierzący zobaczą tu działanie Boga – cud z nieba. Co ważne, można tu widzieć propagandę chrześcijańską, ale zdecydowanie nie jest to tak propagandowy film, jak choćby „Bóg nie umarł” (w majowym podsumowaniu streszczę Wam drugą część i tego filmu). Dlatego zachętą do obejrzenia „Cudów z nieba” dla osób o innych światopoglądach może być głównie to, że opowieść jest oparta na faktach, ale również nienatrętny sposób ukazywania wartości przypisanych konkretnej religii. Mamy tu nie tylko barwne postaci o różnym stosunku do wiary, typowych dewotów, ale przede wszystkim rodzinę głównych bohaterów: wierzących, ale w trudnym momencie widzimy ludzi z krwi i kości, ze wszystkimi ich słabościami, wątpliwościami, tak zwyczajnie po ludzku radzących sobie z dramatem. Podsumowując, ckliwość historii plus oparcie jej na faktach plus sposób przekazania dają jej w ode mnie 7/10.

Poza kinem nadrobiłam też jakieś zaległości korzystając z tv, ale nimi już Was zamęczać nie będę. Na koniec obejrzAnych polecę Wam Kabaret Skeczów Męczących. O ile lubicie kabarety, bo są tacy, którzy za nimi nie przepadają. W ogóle za kabaretami, nie za jakimś konkretnym. Tuż przed Wielkanocą skusiłam się na program „Pod prądem” i to było najlepiej wykorzystane dla zdrowia i sylwetki blisko 2 godziny. Praktycznie nie przestawałam się śmiać. Zdecydowanie kabaret na żywo jest lepszy niż w telewizji, a umiejętność kontaktu z publiką i obserwacji miejsca, w którym grają kabareciarze (piękne ograna nazwa restauracji „sMAKi DONALDa” i złoty pociąg w pobliskiej miejscowości, której Wy pewnie na mapie nie znajdziecie, a oni musieli przyuważyć na jakimś drogowskazie) – szacun. Mi taka prosta, a niekoniecznie głupia rozrywka była była zdecydowanie potrzebna.

I jeszcze cudowny obrazek Polski – z lotu ptaka wygląda fenomenalnie (choć kilku pięknych miejsc brakuje – ale w niespełna 5 minut trudno je wszystkie pokazać, prawda?)!

… i przesłuchAny

Jeśli śledzicie mojego Facebooka, wiecie, że wybieram się na koncert do Krakowa. Piękniejszego Dnia Dziecka, niż koncert Maroon 5, nie mogłam sobie w tym roku wymarzyć :) W związku z tym domyślacie się, że już od pewnego czasu magluję  tworzone zarówno przez Spotify, jak i przez fanów zespołu (bądź wokalisty – prawie na jedno wychodzi) playlisty z trasy #M5OnTheRoad 2016:

W tak zwanym międzyczasie wciąż magluję „Delirium” Ellie Goulding, a w kwietniu zrobiłam sobie przerwę na wspomnienia z innego Krakowskiego koncertu – tego wspaniałego muzycznego wydarzenia sprzed roku. Czyli w tej kwestii u mnie bez zmian – w kwestii muzyki jestem dość monotematyczna i konserwatywna. I lubię się zapętlać – już teraz zdradzę Wam, jaki utwór pojawi się w tym miejscu w podsumowaniu maja.

Nie zgadlibyście, prawda? ;)

  • Ostatnio mam jakiś niedosyt polskich filmów, dlatego z chęcią obejrzę te proponowane przez Ciebie :)

    • Ana

      Jeśli masz ochotę na coś mocnego – zdecydowanie polecam „Niewinne”. Dla lekkiej rozrywki i odmóżdżenia – wybierz „Planetę…” albo „7 rzeczy…” :)