Miesiąc zblogowAny (13): styczniowe minimum

Jeśli sądzicie, że grudzień przekazałam Wam w najbardziej telegraficznym skrócie, jaki jest możliwym w TYM świecie, to… chyba się nie mylicie się :) Niemniej kolejny miesiąc zblogowAny, tym razem styczeń, postaram się Wam streścić w podobnie skondensowanej formie. Gotowi?

Styczeń przeczytAny

Wstyd przyznać, ale pod tym względem kiepsko zaczęłam rok. Tradycyjnie sporo czytam wirtualnie, czasem gdzieś jakąś papierową gazetę lub czasopismo, ale książki wciąż czekają na lepszy czas. Mam nadzieję, że luty będzie łaskawszy, bo w styczniu jedynie nadgryzłam „Moją walkę o każdy metr” Thomasa Morgensterna – więcej o książce napiszę później. Najpóźniej – w kolejnym miesiącu zblogowAnym.

Linki zblogowAne

Chyba całkiem nieźle wyszło grudniowe wypunktowanie, więc i tym razem z niego skorzystam. Bo – jak już wyżej wspomniałam – czytam sporo, ale nie na papierze. Niektórzy Was doskonale to wiedzą, bo odwiedzam ich blogi – jak mnie nie ma, to nie ma, ale jak wpadnę – komentuję hurtem :) Ale często tylko czytam. I z tego czytania wyszło, że z czystym sumieniem mogę teraz polecić:

ZblogowAne odkrycia stycznia

Z żalem donoszę, że miałam zbyt mało wolnego czasu, by trafić na coś zupełnie nowego. Odkryć świetny blog. Noworoczne zamykanie poprzedniego roku w pracy, plan marketingowy na kolejny, raporty, sprawozdania, artykuły, koncert Ellie, zaplecze własnego bloga, ostatki i takie tam… i nic. Może w krótszym lutym będzie lepiej!

PS: Bo odkryć muzycznych tu nie liczę. A jedno polecę Wam już za chwilę!

PPS: A co do zapleczowego grzebania w blogu – zmienia się to jak w kalejdoskopie, terminy przesuwają, więc to nie jest tak, że tylko gadam, że coś robię, a nie robię nic… bo przecież nie pokażę Wam byle czego!

Styczeń obejrzAny…

Jeśli chodzi o kino, w styczniu obejrzałam dwa filmy. Mimo powyższego narzekania na brak czasu spowodowanego głównie zamykaniem roku w etatowej mej pracy, to jednak nie samą pracą człowiek żyje, prawda? Na pierwsze odstresowanie wybrałam więc „Słabą płeć?”. Po zapowiedziach film wydawał się ciekawą pozycją, nawet mimo tego, że to polska komedia, do tego romantyczna – a z tymi, wiadomo, rożnie u nas bywa. Miała być silna kobieta sukcesu w męskim korpoświecie, trochę mocnego języka, trochę śmiechu, trochę pazura, trochę melodramatu. Wyszło poprawnie, bez szału. Spodziewałam się zdecydowanie więcej. Mniej absurdalnych zwrotów akcji, więcej logicznego wiedzenia scenariusza ku szczęśliwemu zakończeniu. Nawet wątek romantyczny (w końcu to z zamysłu komedia ROMANTYCZNA) był dość wymęczony. Film ratował chyba tylko Piotr Głowacki. I to mimo tego – a może właśnie dlatego – że był tu czarnym charakterem. Ode mnie: 6/10.

Tyle samo punktów dostała ode mnie druga polska produkcja, którą obejrzałam w styczniu. „Obce niebo”. Zapowiadał się naprawdę dobry, mocny film o dramacie polskiej rodziny uwięzionej w nieczułym szwedzkim systemie. Tymczasem losy pary polskich imigrantów, którym w obcym kraju opieka społeczna odbiera córkę, można było poprowadzić lepiej. Sama historia jest, owszem, ciekawa – tym bardziej że jest oparta na faktach. Ale jako film broni się już mniej. Część scen jest dla mnie trochę zbyt absurdalnych (styczeń miesiącem absurdalnych scen w filmach?), gdzieś ginie logika kolejnych kroków, zbyt mało czuje się emocji, napięcia, desperacji – a to przecież o nie chodzi w tym filmie. Mimo starań aktorów, postaci też są trochę zbyt płaskie. Niemniej z kina wychodziłam poruszona – z myślą, jak straszne prawo może funkcjonować w dzisiejszym cywilizowanym świecie. Jak niewiele trzeba, by przekonać dziecko do – wydawałoby się – drobnego nagięcia faktów, które poruszy rodzicami i zbliży ich do siebie, by dziecku działo się lepiej. A tymczasem wszystko prowadzi do dramatu, z którego jedynym wyjściem jest ucieczka (i znów, zbyt mało mi w niej dramatu).

Z krótkich form obejrzanych w styczniu, z pewnością nie mogę nie wspomnieć Wam o reklamie, która powinna być emitowana przed wszelkimi świętami, urodzinami i imieninami – czyli sytuacjami, gdy szukamy prezentu. I nie tylko. Także przed feriami, wakacjami. Oraz w momentach, gdy trzeba być wyjątkowo odpowiedzialnym: w chorobie czy starości. Być może rzadziej oglądalibyśmy takie zakończenia. Nie wy, mieszkańcy wielkich miast – to my, z Prowincji odczuwamy je bardziej. Bo takie prezenty zostawiacie w pobliżu naszych domów, nie waszych bloków. A nasze domy i podwórka też nie są z gumy. Nie wspominając już o tym, co dzieje się z głównymi bohaterami tych wydarzeń.

No i coś z fejsbuka Niepoprawnej Panny Młodej. Nie, sama na razie nie planuję zamążpójścia, ale gdy przygotowywała się do niego moja Panna Młodaa ja szukałam różnych inspiracji jako świadkowa i organizatorka jej wieczoru panieńskiego, znalazłam kilka ciekawych inspiracji w sieci. Tak znalazłam NPM i jak ją zalajkowałam, tak mi pozostała w obserwowanych. Co nie zmienia faktu, że nawet bez ślubnych inspiracji lubię obejrzeć naprawdę dobry, klimatyczny, pomysłowy teledysk ślubny czy zajawkę do filmu. A ta produkcja jest naprawdę ciekawa. Przyszłe panny młode, może Was zainspiruje?

… i przesłuchAny

Na tej pozycji Was nie zaskoczę. Styczeń upłynął mi na przesłuchiwaniu piosenek z nowej płyty Ellie Goulding pt. „Delirium”… hmm… mam wrażenie, że te zdania już pisałam. A tak, w grudniu. Czyli nic się nie zmieniło :) Poza tym, że po koncercie moim nowym faworytem jest:

Tak, wiem, to faworyt z grudnia. Czyli jak wyżej: zupełnie nic się nie zmieniło. No, może tylko ciut częściej zmieniam go na „Army”, ale w odkrytej w styczniu wersji Abbey Road Performance:

Za to do listy ulubionych doszedł bardzo sympatyczny wokal, o którym rozpisywałam się tydzień temu, opisując Wam wrażenia z konecrtu Ellie Goulding na Torwarze. Chodzi, oczywiście, o Sarę Hartman. Niesamowicie wpadł mi w ucho jej wokal i jej muzyka – zrozumiałe więc, że trzymam kciuki za dalszy rozwój jej kariery.

W styczniu odkryłam też Coldplay. Nie, nie, że w ogóle odkryłam, spokojnie :) Odkryłam na nowo, bo wpadła mi w ucho ich piosenka z małpkami. I do tego wszędzie puszczają teledysk – mam takie pół godzinki wieczorami, między „Wydarzeniami” a godziną 20.00, gdy lubię sobie poskakać po stacjach muzycznych. Bywa, że wpadam na tę piosenkę kilkukrotnie. Ale że jest bardzo przyjemna, zupełnie mnie to nie drażni.

Tak, jak nie drażni mnie Coldplay na każdej muzycznej stacji, tak jakoś drażni mnie wszędobylski Justin Bieber. Ale i on potrafi zaskoczyć. W życiu pięknym nie spodziewałabym się, że spodoba mi się jakakolwiek piosenka tego artysty. Przynajmniej nie na tyle, by ją podać dalej. Tym bardziej – tutaj. Być może ta wpadła mi w ucho, bo w pierwszej chwili o jej autorstwo posądziłam nawet Rudego (czyt.: Eda Sheerana*)? Bo po raz pierwszy trafiłam na nią w połowie teledysku – a w teledysku nie występuje (chyba?) sam wokalista – na jakiejś Vivie, MTV czy innym Polotv? No, ale mimo tego, że jednak ten głoś mi jakoś nie pasował, a napisy przegapiłam, jednak nie chciało mi się szukać autora. A gdy w końcu znalazłam… przeżyłam szok. I, wierzcie mi, biłam się z myślami, czy przyznać się Wam do fascynacji Justinem, tfu, jego piosenką, ewentualnie – teledyskiem. Serio? Justin?

* Gdzie Ty miałaś uszy, dziewczyno?!

  • Dzięki za wspomnienie :) Małpki Coldplayowe też przypadły mi do gustu :)

  • Teledysk do piosenki Coldplay to po prostu rozwalił mnie na łopatki. ;) Nie wiem co on w sobie takiego ma ale mogłabym go oglądać cały czas i w ogóle by mi się nie znudził. Podziwiam za pomysł i realizację. Na pewno w wolnej chwili zajrzę do polecanych przez Ciebie linków i utworów muzycznych, których nie kojarzę ;)