Festiwal pozytywnych emocji – Ellie Goulding na Torwarze

Poznałam ją na ostatnim roku studiów. W 2011. Gdy koleżanka szukała miejsca na trening wokalny przed „Ajdolem” – kortowiadową wersją „Idola”. Zaproponowałam swoją ówczesną stancję. Przyjechała, przećwiczyła co najmniej dwie piosenki, które mocno zapadły mi w pamięć. Spodobały mi się i piosenki, i przede wszystkim głosy. Bo i A., i oryginalna wykonawczyni obu utworów mają ciekawe, charakterystyczne głosy. I tak to jedno spontaniczne: „Przyjeżdżaj do mnie” sprawiło, że po raz pierwszy (i ostatni) kibicowałam komuś w drodze na kultową Górkę Kortowską (A. była świetna, nie mogła nie znaleźć się w finale!), a 5 lat później zawiodło na koncert Ellie Goulding na Torwarze.

Piosenki, od których zaczęła się ta moja przygoda, to chyba największy przebój Brytyjki (przed jej przygodą z Greyem), czyli „Lights”, oraz „Guns and Horses”. Tak mi wpadły w ucho, że nie mogłam nie zapoznać się szerzej z twórczością autorki tych utworów. I tak ta fascynacja Ellie Goulding – czy może bardziej: jej głosem i stylem muzycznym – trwa już prawie 5 lat. Gdy więc inna koleżanka zaproponowała mi wycieczkę do Warszawy na koncert promujący nową płytę, długo się nie zastanawiałam. Także dzięki obietnicy, którą – jak już czytaliście w kwietniu ubiegłego roku – złożyłam sobie po nieobecności na koncercie Bon Joviego, a która później zawiodła mnie na koncert Robbiego Williamsa – najlepszy jak dotychczas. Ta obietnica to postanowienie, że skorzystam z każdej okazji, by spełnić marzenie lub zrobić coś, na co mam ochotę. Na przykład wybrać się na fajnie zapowiadający się koncert. I tak oto 23 stycznia rzuciłam wszystko (OK, dopiero po pracy. Mimo że soboty mam z reguły niepracujące) i pojechałam na show pt. Ellie Goulding na Torwarze.

Informacja o koncercie Ellie Goulding w Polsce wpadła mi w oko jakoś w chwilę po ogłoszeniu trasy. Zastanawiałam się, czy nie poszukać kogoś, kto wybrałby się ze mną na to wydarzenie. Ale kompletnie nikt nie nie przychodził mi do głowy. Zupełnie zapomniałam o A., a K., która w kwietniu porwała mnie do Krakowa na show Robbiego, w ogóle nie przyszła mi do głowy. A to właśnie K. odezwała się jakiś tydzień później z pytaniem, czy się nie wybieram na Ellie. Dwa razy tego pytania nie trzeba było mi zadawać. Wciąż nie mam istotnych wydatków, więc szybciutko zabukowałam nam bilety, jeszcze po drodze, przypadkiem, wciągając na listę Wierszokletkę.

Miesiące, tygodnie i w końcu dni do koncertu mijały mi podobnie jak do kwietnia 2015 – wcale nie emocjonowałam się uciekającym czasem. Tylko więcej piosenek Ellie Goulding wciągnęłam na samochodową playlistę, częściej włączałam „Delirium” na Spotify i w pracy. Mimo że nie odczuwałam oczekiwania, w pracy dziewczyny śmiały się, że po powrocie z Warszawy będzie jak po powrocie z Krakowa – dwa tygodnie w innej rzeczywistości. Nie spodziewałam się tego, bo EG to zupełnie inny niż RW muzyczny świat. Inne też muzyczne show. Robbiego trudno będzie przebić.

Oczywiście, jak w kwietniu, tak i w styczniu nie obyło się bez przygód. Tym razem ledwo zdążyłam na autobus do stolicy, bo – co sobie, oczywiście, wykrakałam – szef szefów wymyślił terminy dorocznych narad z każdym działem i mój dział został zaproszony… no, kiedy? W piękną słoneczną sobotę 23 stycznia. Tak więc bez obiadu, trochę w stresie, czy na czas dostanę się na przystanek, ale na szczęście w punkt dotarłam i już spokojnie pojechałam do stolicy. W której zdrowo odżywiłam się fast foodem i wraz z Wierszokletką i K. podążyłyśmy w kierunku Torwaru. Dotarłyśmy do celu tuż przed występem sympatycznego supportu.

Sara Hartman, Torwar, Warszawa, 23.01.2016

Muszę przyznać, że po naprędce przesłuchanych kilku fragmentach występów live Sary Hartman i chyba aż jednej (bo więcej nie znalazłam) niekoncertowej wersji wrzuconej na YouTube’a, spodobał mi się jej styl. Nieco podobny do Ellie: trochę popu, trochę alternatywy. I gitara! Ledwie pół godziny, ale fajnego, dźwięcznego grania. W sumie: szkoda, że nie więcej.

 

So Warsaw…about last night…You were amazing! Thank you for being so awesome ❤️ #DeliriumWorldTour #EllieGoulding #Warsaw

Posted by Sara Hartman on 24 styczeń 2016

 

Nie ukrywajmy jednak, że nie Sara była tego wieczoru najważniejsza. Dopiero gdy około 21.00 zgasły światła i popłynęły pierwsze dźwięki „Intro” płynnie przechodzącego w „Aftertaste”, odezwały się salwy głosów zebranych w hali fanów Ellie. Dzięki świetnym (mimo że nie najbliższym sceny) miejscom na koncercie Robbiego Willimsa wiedziałam, jakie miejscówki wybrać na Ellie, byśmy miały doskonały widok na scenę. I wygodne miejsce pod nasze cztery litery (starość nie radość). Nie wiem, jak dziewczyny, ale ja od początku do końca wczułam się w klimat koncertu i mimo że daleko było mu do emocji z kwietnia ubiegłego roku (ach, ten niepowtarzalny Robbie!), odpłynęłam do innego świata na całe 1,5 godziny. Nawet mimo tego, że Torwarowi można wiele zarzucić, choćby pod kątem przystosowania tej hali (sportowej!) do organizowania tu koncertów (muzycznych!), to większość wad rekompensowały mniejsza niż w Krakowie odległość mojego „fotela” od sceny, świetna oprawa multimedialna (choć znów nie umywa się do show RW), efekty świetlne (niestety, mocno ograniczające moje możliwości sprzętowe. Na szczęście, kompakt Wierszokletki dał radę i prawie wszystkie fotki w tym tekście są jej autorstwa), przygotowanie zespołu i wokalistki, szybkość przebieranek EG (a było ich całkiem sporo! W tym zaskakująca piękna biała suknia – tak inna od standardowych krótkich spodenek, w których Ellie najczęściej występuje).

Ellie Goulding, Warszawa, Torwar, 23.01.2016

(O, tu widzicie, tę piękną suknię. Czyli jak sobie radził mój malutki kompakcik. Niekoniecznie fajnie, prawda?).

To, co było na mały minus, to kontakt z publicznością. Był, oczywiście, i to nawet bardzo sympatyczny (i nie do końca – chociaż akurat mi się to baaaardzo podobało, gdy przed „Army” fani dostali prztyczka w nos), ale po genialnym show Robbiego z jego żartami, anegdotkami i tak rzadko spotykanym dialogiem, a nie monologiem z publiką chyba długo nie pochwalę artysty za oszałamiający kontakt z kilkutysięczną publicznością.

EG_mix

(PS: Fotka w lewym dolnym rogu jest moja! Pozostałe – koleżanki W.:).

Tak czy inaczej, to był bardzo sympatyczny wieczór z perfekcyjnie przygotowanym muzycznym show. Bardziej muzycznym niż show. Z pięknym, klimatycznym, bo akustycznym „Devotion” (mam wrażenie, że ta wersja jest o niebo lepsza od dość mocno elektronicznego oryginału). Nieco wzruszające – ze względu na adresata – „Army”. Bardziej energetyczne „Keep on dancin'”, nieco niepokojące „On my mind” czy przebojowe „Outside” i „Anyting could happen”. W końcu – moje wyczekane „Something in the way you move”, magiczne „Lost and found” i ulubione „Burn”. I wszystko tak pięknie skrojone płynnym przechodzeniem między mimo wszystko różnymi stylami i energiami (widać,że Ellie lubi się bawić muzyką). I wszystko tak absolutnie pozytywne w odbiorze!

Podobał i nie podobał mi się jeden szczególny moment. Z flagą Polski. Super, że ją miała (czy sama się przygotowała, czy otrzymała ją od fanów – nie jestem tego w stanie stwierdzić), bo to zawsze fajny gest, gdy artysta ubiera barwy narodowe kraju, w którym się znalazł. Niestety, Ellie bardzo szybko pozbyła się naszej flagi, a sposób, w jaki ją odkładała, mógł sprawiać wrażenie, że chce ją rzucić. Rozumiem, że gdy zdejmowała flagę z ramion, poruszała się w rytm muzyki, tańczyła, ale… no cóż, pozostawiła mi tym gestem mieszane uczucia. A mogła spróbować konkurować przynajmniej z Bon Jovim (bo Robbiemu w kwestii polskich barw narodowych raczej nie dałaby rady. Pół koncertu w koszulce reprezentacji Polski – szacun).

 

 

I, oczywiście, nie mogę pominąć wątku polskiej publiczności. No, niestety, ta styczniowa też nie dorównała kwietniowej. Ale była inna. Często miałam wrażenie: jednoprzebojowa. No, może klikuprzebojowa, bo nie tylko na „Love me like you do” oszalała. W każdym razie, miałam wrażenie, że większość towarzystwa była chyba średnio zainteresowana innymi piosenkami niż przeboje szerzej promowane. Przeglądając zaś różne strony i fanpage’e przed koncertem, spodziewałam się sporej grupy dzieci i młodzieży. I… to było słychać. Gwizdy nie brzmiały aprobująco, a piwo wylewane za kołnierze siedzących stopień niżej (co działo się w takim razie na płycie?) nie uprzyjemniało koncertu. Na pewno jednak spisali się fani pod sceną. Zobaczcie zresztą sami:

My very own #PolishArmy I love you guys so much. X

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika elliegoulding (@elliegoulding)

 

Podsumowując, mam wrażenie, że ten Robbie Williams w kwietniu odebrał mi mnóstwo wrażeń z kolejnych koncertów. Bo mimo że nie byłam na wielu koncertach live, to po RW poczułam się ich głodna. A teraz przez RW szybko nie poczuję się syta, bo mimo iż w głowie wciąż mi śpiewa Ellie, mimo iż do domu wracałam z wbitymi w głowę melodiami, których bym się nie spodziewała mimo kilkukrotnego przesłuchania „Delirium” (około 80-90% koncertu to były piosenki z te płyty), a do tego doskonale zdaję sobie sprawę, że EG jest artystką zupełnie innego pokroju, o zupełnie innej wrażliwości scenicznej i muzycznej, to nie mogę jakoś nie porównywać jej show z tym kwietniowym. Niemniej była to znakomita odskocznia, świetnie się zrelaksowałam, polubiłam bardziej te piosenki, których nie spodziewałam się lubić, a przekonałam do słusznego wyboru ulubieńców. Tak, mimo że nie jest jak po Krakowie i mimo kilku niedociągnięć to był dobry koncert. Taki sympatyczny festiwal samych pozytywnych emocji. Lubię to!

  • Zazdroszczę! Ja czekam na jakiś koncert w UK, bo widzisz, hehe, w końcu mamy jakąś wspólną fascynację : ) A z tą flagą, to wiesz – ona tu daje show, a nie myśli jak z gracją odłożyć flagę. Tez pewnie zestresowana, a ty dodatkowo ją jakaś flaga obciążasz, No Ania! XD

    • Ana

      Chyba kolejną? ;) Jakoś coś tak mi dzwoni, że od Dnia Kobiet, czyli jakoś na początku marca Ellie zaczyna trasę po UK. Sama chciałabym kiedyś być na takim „native” koncercie – brytyjskiego artysty w jego kraju. Widziałam kilka urywków z O2 Areny (na MTV, więc przypuszczam, że z Londynu) i atmosfera wydawała mi się tam całkiem fajna.

      A z tą flagą – wiem, wiem, to nawet widać na filmiku, który dziś wrzuciłam na fejsa – ten zamach podczas ściągania flagi i zawahanie, jak ją odłożyć :) Ale wrażenie pozostało. Podbijanie zwłaszcza w kontekście koncertu RW :)

  • Chyba dużo wody w rzece upłynie zanim ktoś przebiję koncert Robbiego, o którym wspominałaś :D Ale zawsze to bardzo ciekawe doświadczenie. Bardzo chciałabym wziąć udział kiedyś w takim dużym koncercie i mam nadzieję, że mi się to uda. Bo Twoje opisy skutecznie mnie do tego zachęcają! ;) Bardzo lubię piosenki Ellie więc udział w takim koncercie o byłaby super sprawa ;)

    • Ana

      Polecam, zdecydowanie polecam! Z jednej strony trochę żałuję, że zaczęłam od RW, bo teraz mam wysokie wymagania :) Ale może to dobrze? W każdym razie, na pewno koncert na żywo to jest coś świetnego. Wszystko na żywo jest lepsze – ostatnio przekonałam się o tym w Teatrze Roma na „Mamma Mii” – spektakl był o niebo lepszy niż film.

      • Słyszałam dużo dobrego o tym spektaklu :)

        • Ana

          Więc wierz i gdy będziesz mieć okazję – wykorzystaj! :)

  • Mateusz

    Zaczynam się martwić :) Więcej muzycznych wyjazdów niż sportowych, a ja jestem kompletnym muzycznym bezguściem :)

    Najlepiej będzie jak nie będziesz porównywać innych koncertów do RW, tylko cieszyła się chwilą i potrafiła docenić artyzm innych wykonawców, a wydarzenia z Krakowa zachować głęboko, głęboko w pamięci i co najwyżej je przywoływać, kiedy koncert okaże się klapą (choć tego akurat nie życzę :) )

    • Ana

      Ale gdy te wydarzenia sportowe mi nie po drodze… co robić? Wybieram kulturę! Raz wyższą, raz niższa, raz całkiem upadłą ;)

      A RW nie odebrał mi umiejętności cieszenia się chwilą, o nie! Na koncercie EG i K., i Wierszokletka narzekały na zachowanie towarzystwa obok, a ja… wyłączyłam się. Oddychałam atmosferą i muzyką. Albo miałam te towarzystwo po prostu mniej uciążliwe ;) Co nie zmienia faktu, że zaczynanie przygody koncertowej tego typu z wysokiego C sprawia, że po innych spodziewam się podobnie wysokiego poziomu show. Bo w końcu na koncert idzie się nie tyle dla utworów, co dla całej otoczki.