Miesiąc zblogowAny (11, cz. II): listopad filmowy i muzyczny

Uznajmy, że dziś jest dziesiąty dzień miesiąca, w związku z czym pora na ciąg dalszy zblogowAnego listopada. Będą trzy filmy i trzy piosenki. No dobra, cztery piosenki. Wystarczy? :)

LISTOPAD

Listopad obejrzAny…

Może to jeszcze nie nałóg, ale jakieś uzależnienie na pewno. Bywam w kinie średnio raz w tygodniu. W listopadzie jakoś tak wyszło, że rzadziej, bo tylko dwa razy. Ale zrecenzuje Wam aż trzy filmy :)

Na pierwszy z nich właściwie się nie wybierałam. Poszłam na ostatni seans w moim kinie głównie z polecenia starszego kolegi z pracy. O dziwo, bo to pokolenie moich rodziców, więc mimo wszystko jednak pewnie trochę inne filmy nam się podobają. W każdym razie, już wcześniej nieco ciekawił mnie ten film, zatem postanowiłam spontanicznie obejrzeć go w kinie. I powiem Wam, nie żałuję wyboru. To ciepła, sympatyczna, napełniająca dobrą energią historia, że na emeryturze też powinno nam się chcieć, a wcześniej warto zwolnić tempo przynajmniej od czasu do czasu, by łapać uroki życia i znaleźć równowagę. Trochę łez, ale bez melodramatu. Mnóstwo pozytywnych i zabawnych fragmentów. Czasami wręcz przejaskrawionych, jak włamanie do domu matki głównej bohaterki, ale pozostających w granicach zdecydowanie dobrego smaku. Do tego wszystkiego dwie nieźle skrojone główne role obsadzone przez Roberta De Niro i Anne Hathaway. „Praktykant” powinien spodobać się i Wam – jeśli jeszcze nie widzieliście, koniecznie naróbcie zaległości!

Tak jak od kina zaczęłam miesiąc, tak i w kinie go skończyłam. Z przebojami, bo – o dziwo! – w moim małym kinie nie na pierwszy, a na jeden z ostatnich seansów ściągnęły tłumy, aż zabrakło biletów i miał być dodatkowy seans, ale przyszłyśmy tylko z koleżankami, więc go odwołano (cóż, to był andrzejkowy piątek, widocznie wszyscy inni poza nami znaleźli inne zajęcie). Dostałyśmy jednak obietnicę specjalnego miejsca na widowni i wróciliśmy (w nieco zmienionym składzie) w sobotę. O dziwo, też tłumnie oblegany był to seans, na szczęście my mogliśmy wejść bez kolejki. Domyślacie się pewnie, o jakim filmie piszę. Nie, nie byłam na nowym Bondzie (choć nieco mnie kusi, by Bonda obejrzeć na wielkim ekranie). „Listy do M. 2” – Mikołaj, Wigilia i choinka to zdecydowanie coś, co Polaków ściąga do kin w listopadzie. O ile nie rozumiem, dlaczego tę premierę zaplanowano na ponad miesiąc przed świętami, o tyle rozumiem popularność tej produkcji. Pierwsza część polskiej odpowiedzi na „To właśnie miłość” (jeden z moich ulubionych filmów!) była świetna – sama byłam w szoku, że polska komedia romantyczna może być tak dobra. Skoro więc słyszałam, że „dwójka” jest nawet lepsza, nie mogłam nie obejrzeć jej w kinie. Niestety, nie zawiodłam się, ale i nie zostałam zaskoczona. „Listy do M. 2” były tylko poprawne. Przewidywalne, zbyt melodramatyczne, nieco zbyt mocno żerujące na emocjach, rzewne. Wątki takie jakby oklepane. Dobre, porównywalne do „jedynki”, ale jednak ciut słabsze.  Niemniej wszystko uratował klimat filmu i przede wszystkim świetna ścieżka dźwiękowa. W sumie, nie wiem, co w niej było poza Sound’n’Grace, ale skoro była moja ostatnio największa muzyczna miłość, to niczego więcej mi nie potrzeba :)

Niemniej w „Listach do M. 2” było też coś, co mnie wręcz wkurzyło: kontrast między wielką i nowoczesną stolicą a tą (niby) odległą prowincją. I to nie pierwszy taki – pamiętam, że obejrzałam kilka odcinków serialu „To nie koniec świata” (czy jakoś mu tak było), w którym główna bohaterka też mieszkała w jakimś domku pod lasem, a przecież w miejscowości, która ma prezydenta – nie burmistrza czy wójta. A więc i nie kilkudziesięciu czy kilkuset mieszkańców. Zatem apeluję: państwo twórcy, wychylcie czasem łebki z Warszawy i zauważcie, że dom poza miastem stołecznym niczym nie różni się już od domku w granicach miasta Warszawy. Naprawdę, ośmieszacie się tymi starymi kredensami i domkami w lesie. Bo nawet domki w lesie to nie chatki na kurzej stopce. Są, oczywiście, i skromniejsze domostwa, a nawet bardzo skromne, ale… no, już bez przesady w tych filmach i serialach. Zwykła dziewczyna spoza miasta nie musi być jakimś kopciuszkiem.

Dobra, wróćmy do meritum: trzeci film listopadowy. Ten obejrzałam we własnym telewizorze. „Dawca pamięci”, bo o nim mowa, to nie jest nówka sztuka, ale mam na swojej liście „Do obejrzenia” bardziej zakurzone punkty niż ubiegłoroczna wizja idealnego świata. Świata, którym nie rządzą emocje, nie ma więc kłótni, nieporozumień, wojen. Nie ma bólu, ale nie ma też emocji ani uczuć. To świat bez odcieni i kolorów – stąd bardzo podoba mi się zabieg twórców filmu: dopóki biorca pamięci nie zaczyna widzieć i czuć więcej, film jest czarno-biały. Pozornie świat przedstawiony w obrazie jest uporządkowany, każdy ma tu określoną rolę i zadanie do wykonania. Właściwie: kto nie chciałby tak żyć: mając pracę, wygodny dom, pokój na świecie. Ale czy rzeczywiście? Główny bohater, jako biorca pamięci, poznaje wszystko to, od czego odizolowana została jego społeczność i staje przed dylematem: czy dać ludziom uczucia, emocje i odebrane im piękno życia, czy pozostać w wygodnym i bezpiecznym świecie, bo wraz z całym dobrem przyjdzie też zło, ból, zdrada, nienawiść, wojny… To, co jest fajnego w tej produkcji, to sposób budowania całego obrazu: nie dostajemy na tacy informacji, która strona jest dobra, a która zła. Sami musimy sobie odpowiedzieć, czy wolimy postawę głównego bohatera, czy chcemy zrozumieć motywy działania tych, którzy stworzyli tę utopię. Bo tak naprawdę tu nie ma jednoznacznej odpowiedzi. I to sprawia, że mimo kilku niedociągnięć i niezbyt udanego finału filmu, ma on u mnie mocne 7/10.

 … i przesłuchAny

Pomyślałam sobie, że skoro opisałam Wam trzy filmy, to dl  równowagi i z przesłuchAnych w listopadzie wybiorę trzy pozycje. Z jednej strony, to bardzo trudne, z drugiej – dość łatwe, bo wyjątkowo zapętliło mi się kilku artystów i właściwie tylko ich słuchałam przez cały miesiąc. W związku z tym, że w październiku wrzuciłam wam dwójkę z nich (i ogólnie mam jakieś takie dziwne wrażenie, że muzycznie 2015 to dla mnie taki trochę brytyjski rok: Robbie Williams, Take That, Ellie Goulding, Jessie Ware, Jess Glynne, Ella Eyre, Olly Murs, Hurts, nawet jakieś pojedyncze smęty Sama Smitha, Eda Sheerana, Jamesa Arthura czy nowa Adele – wszystko z wysp!), w listopadzie mogę ich pominąć. Podobnie zresztą jak ostatnio mój polski numer jeden, czyli Sound’n’Grace, których „Someone” znam przecież od dawna, ale po „Listach do M. 2” znów mi się wkręciło (i chyba wolę tę wersję od polskiej, co w przypadku Sound’n’Grace jest co najmniej dziwne, bo kocham ich polskie wykonania).

No, dobra, do rzeczy. Czy raczej: do odtwarzaczy. Może na początek moje odkrycie, pewnie niemal z kategorii: odkrycie roku. Matt Dusk. I nie, nie dzięki płycie nagranej z Margaret, bo za nią akurat nie przepadam. Ścierpiałam ją i jej hymn mistrzostw świata siatkarzy, ale… no, nie podoba mi się ani ona, ani jej styl, ani jej głos. Mimo że w duecie z Mattem, o dziwo, daje radę. W każdym razie, w ostatnim czasie Dusk jest zapętlony w moim marketingu, w jego graficznej części. Któregoś dnia weszłam do ich pokoju i zrobiło mi się tak przyjemnie, gdy usłyszałam, czego słuchają. Słuchali przyjemnych swingowo-jazzowych kawałków. Najwięcej właśnie Matta Duska. Jeszcze nie mam faworyta, ale wpadło mi w ucho na przykład to:

Przyznaję, nie wiem, jak to zrobiłam, że nie znalazłam go SAMA, chociażby podczas namiętnego przesłuchiwania kolejnych kawałków Michaela Bublé (tak, Kanadyjczycy robią to dobrze!) czy ostatniej fascynacji swingowym Robbiem. Że nigdy nie wpadło mi w oko info o jego koncercie w Polsce lub wizycie w polskiej telewizji śniadaniowej, a po małym riserczu wiem, że bywa u nas wyjątkowo często (dzięki ci Julito, że jesteś Polką!) – kolejny koncert jest mój! Aczkolwiek mam wrażenie, że już gdzieś słyszałam ten głos, ten styl, te piosenki…

Między jednym a drugim utworem Matta przesłuchuję też stare i nowe nagrania Bon Joviego. Bo trochę przegapiłam „Burning Bridges” i jak przypadkiem wpadłam na nie w listopadzie, tak wkręcam się w nie coraz bardziej. Co prawda, wolę mocniejsze brzmienia Bon Joviego, ale ta składanka jest naprawdę przyjemna. Podoba mi się ta refleksyjność i pozytywne wibracje. Mam kilku faworytów, m.in. piosenkę tytułową. I tę:

A na zakończenie coś zupełnie innego, z hmm… interesującym teledyskiem. Ale sami przyznacie, że ta piosenka po prostu wpada w ucho. I kompletnie nie chce z niego wypaść! Cóż, spotkały się dwa ciekawe i całkiem fajne głosy, do tego sympatyczna kompozycja – i może szału nie ma, ale hit gotowy.

  • A.

    Aż nabrałam ochoty, żeby obejrzeć Listy Do M. Zarówno pierwszą, jak i drugą część. Praktykanta pewnie też skubnę, bo uwielbiam De Niro i Anne. Ten trzeci tak średnio zachęca. Może dlatego, że nudzą mnie takie typy filmów.

    Co do piosenek: słuchając Matta miałam takie same wrażenie, że skądś znam ten głos. I już wiem skąd. Stąd: https://www.youtube.com/watch?v=8gFCW3PHBws Przyznaj, że brzmią podobnie. Gavina uwielbiam i polecam, jeśli jeszcze go nie znasz! Może nie w tej piosence, którą Ci puściłam, ale to moja ulubiona xD

    Duet Megan całkiem, całkiem. Często w radio leci, stąd znam ten kawałek.

    Bon Jovi to oczywiscie klasyk.

    I, Ty! Ana! A GDZIE przeczytANY?!

    • Ana

      Wpadłam w przerwie na kawę, przesłucham po pracy ;)A przeczytane są (w sumie… nie ma;) TUTAJ?!

  • „Praktykant” skoro mówisz, że fajny… to zapisuję na mojej liście filmów do obejrzenia :)

    • Ana

      Taka w sumie trochę komedia, trochę melodramat, trochę bajka – ale bardzo sympatyczna, więc polecam.