Miesiąc zblogowAny (9): wrzesień w linkach i obrazach

Mam wrażenie, że dosłownie przed chwilą wyliczałam Wam minione zblogowAne trzy letnie miesiące (w części pierwszejdrugiej), a tu umknął już kolejny miesiąc. Wrzesień był dla mnie niemal równie pracowity jak sezon wakacyjny, w którym moja firma uczestniczy w szeregu imprez plenerowych, wystaw i targów, organizując też własne duże wydarzenie o charakterze otwartym. W ostatnim miesiącu znalazłam jednak nieco więcej czasu dla siebie. I oto  tego rezultaty – kolejny miesiąc zblogowAny tylko dla Was.

wrzesien_zblogowany

Wrzesień przeczytAny

Na 52 książki opuśćmy zasłonę milczenia. Kupiłam kolejne pozycje do swojej biblioteczki, ale jakoś tak nie mogę się za nie zabrać. Mam tak, że jak czytam,to wsiąkam, ale gdy zrobię sobie przerwę… też w nią wsiąkam i nie mogę się zabrać za nową lekturę. Bo praca, bo kino, bo sprzątanie, okna do umycia, samochód do mechanika, zakupy, goście, blog itd. itp. Ale to przecież wymówki, bo zawsze da się znaleźć chwilę na książkę – nawet gdy wydaje się nam, że tego czasu nie mamy. Chyba ściągnę pomysł od Marty.

Linki zblogowAne

Tu jak zwykle będzie lepiej. W internecie czytam więcej. Częściej. Dużo czytam choćby podczas prasówki w pracy. Czasami czytam prasówkę niedotyczącą pracy – cóż, zdarza się, ale jak można się na chwilę bezkarnie oderwać od pracy… to korzystam :) Tak na przykład trafiłam na tekst o moim pokoleniu. O naszym pokoleniu. Pokoleniu poczekalniBo nie da się ukryć, że wiele osób w wieku zbliżonym do mojego czeka. Na lepszy czas. W pracy, w życiu, w związku. Na lepszy czas na małżeństwo czy pierwsze dziecko. Nasi rodzice w naszym wieku byli już zwykle samodzielni, nie mieszkali z rodzicami, mieli za są ślub i najczęściej i co najmniej pierwsze dziecko „na koncie”. Nie chodzi o to, że czasy są inne, inne priorytety, wychowanie, oczekiwania – oni po prostu byli dojrzalsi. I szybciej się „wyszaleli”, często bardziej szalejąc od nas.

Zanim zacznę polecać Wam linki do blogów, polecę Wam również wywiad z Dagmarą Skalską, współautorką Projektu Egoistka. Na pewno nie wszystko się Wam spodoba w jej podejściu do życia, a zwłaszcza jego przemijania, ale zdecydowanie wolę takie podejście niż wieloletnią żałobę. Wiadomo, każdy inaczej przeżywa życiowe tragedie i każdy dramat jest inny, ale w końcu trzeba wrócić do życia. Bo po coś w nim zostajemy, gdy tracimy nawet najnajnajbliższą nam osobę. Po co? By dalej robić swoje. Dagmara to robi, ale chyba polskie społeczeństwo nie jest gotowe na to, by żałobę przeżywać niepublicznie. A publicznie żyć jak inni.

Zrobiło się nieco refleksyjnie, więc jeszcze chwile pozostańmy w takim nastroju. Zastanawialiście się kiedyś, gdzie jest Wasz dom i dlaczego? Ja mam dwa domy, a tęsknię za trzecim. Jakie? Dom rodzinny i Olsztyn, a tęsknię za własnym M – jeszcze nie wiem, gdzie ono będzie, ale na pewno mam do niego podobny stosunek, jak Riennahera: będzie tam, gdzie będę czuć się bezpiecznie. Mam nadzieję, że w Polsce.

A jeśli o Polsce mowa, to możemy wybrać się na wycieczkę po niej. Jeśli planujecie wizytę w Trójmieście, zajrzyjcie do weekendowego przewodnika po tym miejscu autorstwa Life Managerki. Ile bym dała, żeby przywieźć takie fotki z mojej majowej wizyty w Gdańsku i przez chwilę w Sopocie!

Niektórzy z Was zapewne planują śluby i wesela, niekoniecznie już na przyszłe lato. Na pewno zastanawiacie się, co zrobić, by nie utonąć w morzu kwiatów. Zajrzyjcie koniecznie do Natalii z Simplife.pl – na pewno znajdziecie  tam ciekawe zamienniki. Aha! I koniecznie sprawdźcie też, co zmieni się po ślubie.

Zanim przyjdzie pora na comiesięczną porcję poradników i linków o blogerach, blogach, blogosferze, jeszcze coś… właściwie antyblogowego. Zauważyliście na pewno wśród blogerów i blogerek ten pęd do bycia fit? Podczas gdy poza sferą blogów, facebooków, a zwłaszcza instagramów z tym fit już bywa różnie? No właśnie. Blogerowi nie wypada nie być fit w dzisiejszych czasach. Ale mi jest zdecydowanie bliżej do – nazwijmy to – Jeżowej filozofii odżywania się raczej lepiej niż gorzejBo ja też lubię tańszy biały cukier w kawie, jestem typem kanapowca i często brakuje mi kilku godzin do 8-godzinnego snu codziennie (i też czasami te braki odbieram w weekendy podczas 12-godzinnego leniuchowania:).

OK, kończmy linkowanie – pora na kilka linków blogowo-biznesowo-poradnikowych. Na pewno warto zwrócić uwagę na miejsca, w których można zdobyć sporą dawkę pożytecznej wiedzy. Taki są niewątpliwie spotkania networkingowe – listę najciekawszych zebrała dla nas Kasia, która wybrała się Po Sukces Na Szpilkach. Jeśli  zaś zastanawiacie się, czy bloger musi mieć firmę, zajrzycie po radę do Wojtka. A do Weroniki po 3 rzeczy, które musicie wiedzieć, zanim ruszycie z własnym biznesem – niby proste i logiczne, a – muszę przyznać – sama mam problem z ich określeniem w kwestiach związanych z tym blogiem. Dlatego wciąż pracuję nad zajawianą już Wam na facebooku ankietą.

Na pewno warto też zajrzeć do przedsiębiorczej czytelni Kasi, w której znajdziecie sporo wartościowych tekstów o przedsiębiorczości, biznesie i rozwoju osobistym, wybranych nie tylko przez autorkę bloga, ale i jej czytelników.

Na koniec tego swoistego linkowego party kilka linków od Madl-len – linków do darmowych fotek. I jedno takie polecenie ode mnie. Nie, wcale nie dlatego, że sporo tam fotek mojej koleżanki ze studiów, a w związku z tym olsztyńskich klimatów :) Po prostu to jeden z niewielu polskich fajnych stocków – przynajmniej ja mogę je wyliczyć na palcach jednej ręki. Na tym znajdziecie sporo zdjęć detali, trochę natury i krajobrazów z naprawdę fajnym klimatem. Projekt dopiero się rozwija, ale tym bardziej należy mu się przyglądać. Freestocks.org – polecam, Ana.

freestocks
Zdjęcie z serwisu freestocks.org – jestem ciekawa, czy wiecie, co przedstawia.

ZblogowAne odkrycia września

W tym miejscu zwykle polecam Wam trzy ciekawe miejsca w blogosferze, które odkryłam przez ostatni miesiąc zblogowAny. Tym razem jestem w kropce, bo trafiłam do wielu takich blogów. Czy może raczej: zaprowadziło mnie do nich kilka ciekawych tekstów, dzięki którym postanowiłam śledzić dalsze poczynania autorów. Dlatego w tym miesiącu będzie bonus. Czyli jednak jak zwykle 3 blogi :)

  1. WEEKENDOWI PODRÓŻNICCY dla wszystkich tych, których kręcą podróże. I to nie te długie, a zaledwie kilkudniowe. Od Mariusza i Izy dowiecie się, jak zorganizować kilkudniową eskapadę bez wyzerowania konta. Do tego nie jest to suchy przewodnik, a wzbogacony historiami z podróży wziętymi, często anegdotami, choć tylko z perspektywy czasu i monitora, bo historia o tym, jak poważną zbrodnia jest jazda 40 km/godz. przy ograniczeniu do 50 km/godz. podczas live’u zabawna na pewno nie była :)
  2. Skoro mowa o prędkościach… zwolnijmy. Bardzo fajnie WOLNIEJ bloguje Aleksandra. Głównie o tzw. slow life, trochę o blogowaniu, sporo o rozwoju osobistym i edukacji. Ale ja chyba najbardziej polubiłam ten blog za ogólny klimat i tekst o błędach językowych. Lubię to (w sensie: poprawność!)! :)
  3. Na koniec bardzo ciekawe połączenie psychologii z lifestylem – wyszło całkiem zgrabnie, bez – jak się często zdarza – pseudonaukowego zacięcia. Fajnie, sympatycznie, mądrze. Na pewno będę często zaglądać do Igi BĘDKOWSKIEJ – Wy też na pewno znajdziecie coś dla siebie.

No i OK, niech będzie ten bonus :) Specjalnie we wrześniowym wydaniu z cyklu „Miesiąc zblogowAny” pozycja 4. – i to niepolskojęzyczna. Bardzo inspirujący i po prostu ładny wizualnie blog dziewczyny z Nottingham. Fajne zdjęcia, ciekawe teksty, można podszlifować angielski prosto FROM ROSES.

Miesiące obejrzAne, przesłuchAne…

Z przesłuchAnymi tym razem rozprawimy się szybko. Samochodowa playlista nieuaktualniona, syndrom zapętlenia jednego artysty i/lub utworu jak zwykle aktywny, więc poza ostatnio zaprezentowaną weekendową playlistą, oczekiwaniem na koncert Ellie Goulding w Polsce i lekkim żalem, że jednak w tym roku nie będzie koncertu Nickelback nad Wisłą, nie mam dla Was żadnych nowości. Chociaż może moje SZJA dla Was będzie jednak nowością?

 

 

Przejdźmy zatem do obejrzAnych. Tych we wrześniu nie brakowało. Trochę dzięki własnym chęciom, trochę dzięki profitom z pracy. Dzięki tym drugim niespecjalnie żałuję wizyty w kinie na „Nigdy nie jest za późno”. Bo wydawać by się mogło, że film muzyczny (w zamyśle: rockowy) z Meryl Streep o tym, jak to podstarzała gwiazda rocka próbuje odbudować więź ze swoją córką (ciekawostka: matkę i córkę grają… matka i córka), może być ciekawy. No, ale nie wyszło. Niby dramat, niby trochę komedia, a ani jednego, ani drugiego w odpowiedniej ilości. Film za długi o jakieś pół godziny, nieporywający – można było tę historię opowiedzieć lepiej. „Mamma Mia!” to muzyczno-filmowy majstersztyk w porównaniu z „Nigdy nie jest za późno”.

Ale wróćmy do początku września. Miesiąc zaczęłam… dość mrocznie. W moim najbliższym kinie w bonusie dostałam „Sinister” i Sinister II”, więc obejrzałam je jednego wieczoru. Dawno nie oglądałam tego typu filmów, może dlatego oba nawet mi się podobały. Nie są to horrory, które trzymają w napięciu od początku do końca i tylko czekasz, zza której krawędzi ekranu coś wyskoczy i sprawi, że podskoczysz na kinowym (lub domowym) fotelu. Choć trzeba przyznać, że częściej się to dzieje w drugiej części filmu, to ja w sumie przez obie części dałam się tak zaskoczyć może 3-4 razy. „Sinister” ma według mnie ciekawszą fabułę – pisarz, autor powieści kryminalnych opartych na faktach, wprowadza się z rodziną do domu, w którym zginęła czteroosobowa rodzina, a piąty jej członek zaginął. Umiejętności dedukcyjne głównego bohatera nie są jednak powalające i w związku z tym film nie kończy się happy endem. Dwójka jest bardziej przewidywalna, kończy się połowicznie szczęśliwym zakończeniem (w końcu to jednak horror), wykorzystuje motywy dobrze znane z jedynki. Motywem przewodnim i bardzo ciekawym zabiegiem jest stary projektor i nagrywane nim morderstwa. Podsumowując, „Sinister” ma mroczniejszy klimat, a „Sinister II” – więcej makabryczniejszych scen. Dla mnie są porównywalnie niezłe. Ale nie fenomenalne. Jeśli ktoś lubi filmy mocnej grozy, może się nieco zawieść.

We wrześniu obejrzałam jeszcze „Everest” w 3D. Mimo że ten właśnie format filmu – 3D – dość mocno męczy moje oczy, to jednak w nim polecam oglądanie tego filmu. Zdjęcia Mount Everestu, górskie przepaście, widok ze szczytu, lawiny, burza uderzająca w górę – te ujęcia są po prostu świetne – warto się dla nich pomęczyć z 3D. Everest jet z jednej strony piękny, z drugiej – budzi szacunek. Tylko przez ekran, a co dopiero na żywo. Zwierz popkulturalny pisał(a), że to są dwa filmy – i chyba Kasia miała rację. Na pewno miała rację – sama doskonale wiem, jak ogląda się film oparty na faktach, wcześniej znając te fakty, bo oglądałam „Nad życie”. Na pewno inaczej odebrałabym historię Agaty Mróz, gdybym jej nie znała. W każdym razie, wracając do meritum, czy znacie historię sprzed prawie 20 lat, czy jej nie znacie, warto „Everest” zobaczyć. Mi się obiło o uszy to i owo o wyprawach na Dach Świata, ale w sumie niewiele, tym bardziej o tej konkretnej wyprawie. Byłam więc wśród osób, które nie znały historii i czekały na jej przebieg. Na kolejne etapy wyprawy, najbardziej na sam atak na szczyt i to, jak się skończy. Choć skończyć się miało źle i w przeciwieństwie do znajomych zdawałam sobie sprawę, że główny bohater (bo mimo wszystko takim niewątpliwie staje się przewodnik „wycieczki” Rob) może nie doczekać happy endu. Koleżanka, wychodząc z kina, stwierdziła, że do ostatniej chwili sceny czekała, że zaraz na lotnisku pojawi się praktycznie cały i zdrowy Rob. Niestety, to film o tym, co wydarzyło się 10 maja 1996 r., najczarniejszego dnia w historii wypraw na szczyt świata, kiedy zginęło aż 8 osób. Film, który pokazuje, że nieważne jak doskonale jesteśmy przygotowani, ostatnie słowo zawsze należy tam do góry. Zwłaszcza gdy złamiemy zasady jej zdobywania. Albo – co gorsze – gdy złamie je ktoś, kto jest niejako pod naszą opieką.

 

 

I na koniec polski akcent. Już październikowy, ale skoro obejrzany pierwszego dnia miesiąca, to mogę go jeszcze przemycić do wrześniowego podsumowania. „Karbala”. Honor, heroizm, Wieki Brat, beznadziejna sytuacja i wielkie zwycięstwo, które musi zostać tajemnicą. Oficjalnie Polacy nie bronili przecież ratusza w Karbali i to nie oni dokonali tam niemożliwego. Cóż, nie pierwszy to i nie ostatni raz, gdy polskie siły dają z siebie wiele, a świat się o tym nie dowiaduje. Dobrze jednak, że po 11 latach przynajmniej w kraju dowiadujemy się, że nasi chłopcy w Iraku nie byli słabszym rodzeństwem amerykańskiego Wielkiego Brata. Ale… w sumie nawet jeśli byliby, polskie kino stworzyłoby wielki martyrologiczny poemat. Dlatego tym bardziej podoba mi się „Karbala”. Z początku powolna, niemal nudna, rozwijająca się z każdą minutą oczekiwania, by nabrać tempa w walce – jak to na wojnie i w filmie wojennym: oczekiwanie, kiedy zaczną strzelać rzadko bywa ciekawsze niż sceny walki. Realizm scenariusza, dialogi podszyte „mięsem” (trudno, drogie panie, to film o mocno męskim świecie), a przede wszystkim rola Bartłomieja Topy, który mocno zapadł mi w pamięć rolą w „Moim Biegunie” (za to jakoś nie trawię Antoniego Królikowskiego, ale jego gra w „Karbali” była całkiem przyzwoita), sprawiły, że ten polski film wojenny oceniam bardzo dobrze. Nawet mimo minusa w postaci drżącej kamery w wielu scenach walk – nie wiem, czy to celowy zabieg, który miałby pokazać sytuację z perspektywy uczestnika, ale mi  wyjątkowo przeszkadzał.

W tym miejscu przypomina mi się, że we wrześniu nadrobiłam zaległości, bo którejś soboty trafiłam w telewizji na „Miasto 44”. I po „Karbali” niestety obniżyłam ocenę przyznaną „Miastu 44” na Filmwebie. Rozumiem, że film o Powstaniu Warszawskim miał być zupełnie innym niż znamy z podręczników do historii ujęciem wydarzeń z 1944 r., ale moim zdaniem niezbyt udanym. W korespondencji z „Karbalą” mam wrażenie, że fabuła filmu Komasy jest po prostu cienka. Tam tak naprawdę nie dzieje się nic, choć dzieje się wiele. Efekty specjalne mnie momentami śmieszyły, a beznamiętna gra aktorów usypiała. Film miał być hołdem nie dla bohaterów Powstania, a zwykłych ludzi, ich strachu, uczuć, emocji – wcale nie innych niż w czasach pokoju. Bo przecież miłość nie zważa na wojny. Niestety, mam wrażenie, że autor scenariusza gdzieś się pogubił, a reżyser nie umiał wyciągnąć ciekawej historii i na dobrą sprawę pokazuje nam zniszczoną Warszawę, a nie historię bohaterów. Mam mieszane uczucia, ale daję plusa za pokazanie historii od strony, której Polacy znać raczej nie chcą. Polacy chcą bohaterów, wielkich czynów, bicia Niemca, śmierci w chwale, a tymczasem dostają próbę pokazania ludzkiego strachu, chęci przetrwania, uciekania przed walką. Podsumowując: forma i pomysł były niezłe, wykonanie i treść – niestety, gorsze.

I na tym zakończmy miesiąc zblogowAny, odcinek 9. A nie, nie, czekajcie! Komentarze są Wasze – czekam na Wasze relacje z września i Wasze komentarze do tego wszystkiego, co Ana naskrobała w powyższym elaboracie. Może macie zupełnie inne wrażenia po którym z wyżej wymienionych filmów? Może chcecie mi coś polecić do obejrzenia, przesłuchania, przeczytania? Nie krępujcie się – zapraszam do dyskusji :)
  • Dziękuję za polecenie, bardzo mi miło :)

    • Ana

      Nie ma za co – to mi jest miło, gdy trafiam w ciekawe miejsca :)

  • Olga

    Pani Ano, przeczytałam ten tekst o pokoleniu poczekalni, hmm… faktycznie fajnie podsumowane zjawisko społeczne :)

  • Dzięki za polecenie. Niedługo więcej ciekawych tekstów, choć może nie tak mrożących krew w żyłach jak Naddniestrze ;) Pozdrawiamy.

    • Ana

      Trzymam za słowo, czekam na kolejne :)

  • Cieszę się, że mój tekst, oskarżany niekiedy o antyzdrowotną propagandę, wydał się Tobie sensowny i ciekawy. Cóż za pozytywny kopniak na sam początek tygodnia! :)

    • Ana

      Do usług z takimi kopniakami ;) A co do antyzdrowotnej propagandy – we wszystkim trzeba mieć umiar. Tak w anty-, jak i prozdrowotnej propagandzie. Twoja jest po prostu rozsądna.

  • dziękuję bardzo za polecenie :)

    • Ana

      Proszę :) Żałuję tylko, że ten tekst nie powstał kilka miesięcy wcześniej – koleżanka w pracy chyba z tydzień męczyła nas treścią zaproszeń ślubnych i szukaniem zamiennika dla kwiatków. Wybrała lotka, wino i czekoladki, ale co się namarudziła, to jej ;)

      • czasem wystarczy po prostu zostawić wolną rękę gościom, dają radę :)

        • Ana

          Nie mam własnego doświadczenia, ale ta wyżej wspomniana marudząca nie narzekała na ślubne prezenty – wręcz przeciwnie: chwaliła tymi, które otrzymała od osób, które się wyłamały z wierszyka na zaproszeniu.

  • Dziękuję za udostępnienie mojego tekstu. Cieszę się, że Ci się spodobał :)

    • Ana

      Inaczej się by tu nie znalazł ;)