Krótka piłka: Idę na wybory!

To miał być krótki apel na Facebooku, ale się rozpędziłam i będzie bardzo krótki (jak na mnie) wpis na blogu. Bo za chwilę cisza wyborcza, a ja niestety czytam bzdury ludzi, którzy w jakiś sposób tworzą opinię. I jako absolwentka politologii i m.in. w związku z tym osoba w jakiś sposób zainteresowana polityką oraz wiedząca co nieco o tym, jak to wszystko działa, po prostu nie mogę przejść obok nich obojętnie.

ballot-box-32384_1280

Wiem, że nie ma na kogo głosować. Wiem, że wybierać mniejsze zło spośród dwóch niczym się od siebie nie różniących partii (poza tym, że jedna jest bardziej prawicowa niż druga, a druga bardziej liberalna niż pierwsza) jest łatwiej. A najłatwiej nie wybierać wcale. Ale pamiętajcie, że to nie jest tak, jak niektórzy Wam sugerują – i to głosem dość mocno słyszalnym z mediów różnego rodzaju. Każdy głos jest ważny, a oddany na mniejsze partie wcale nie jest głosem straconym. To szansa dla Waszych poglądów. Dla tego, czego spodziewacie się po rządzących. Może i niewielka, ale każdy głos zabrany większym daje szansę mniejszym, by mogli nawet współrządzić. By ich siła w parlamencie mogła odbić się echem na ważnych dla społeczeństwa, czyli dla każdego z nas, głosowaniach ustaw. Wiem, po tych wyborach wiele się nie zmieni.  Ale ci, którzy obejmą władzę, będą mieli wpływ na standard Waszego życia. Samo życie – jak sugerują niektórzy – tak, by żadna partia nie miała wpływu na dobro Wasze i Waszych rodzin to złudzenie. To głos ludzi oderwanych od rzeczywistości, niewielkiego procentu społeczeństwa, które może pozwolić sobie na życie wedle własnego widzimisię. Które nie ma na głowie rat za mieszkanie. Komornika na głowie, bo ma tylko takie samo imię i nazwisko jak człowiek na drugim końcu Polski albo niemal ten sam adres, co sąsiad, b co to za różnica: 97 A czy B. Które nie zapożycza się, bo pożar strawił cały dorobek ich życia. Nie szuka pracy i dachu nad głową. Nie straciło pracy w wieku przedemerytalnym i nie ma szans na zatrudnienie i dopracowanie kilku do i tak niewielkiej emerytury. Nie ogląda każdej złotówki, zastanawiając się,czy dziś wydać ją na bułeczkę, pasztet, butelkę wody czy pożebrać o kolejne i kupić leki. Które nie walczy o życie swojego chorego dziecka, dla którego jedynym ratunkiem jest lek, którego dzienna dawka kosztuje kilkaset złotych i nie jest refundowany w żaden sposób. Są przypadki, że miesięczne leczenie kosztuje kilkadziesiąt (o ile nie więcej) tysięcy złotych. Które… takich które możemy znaleźć jeszcze wiele. Ale do rzeczy.

Jeśli zależy Wam, by cokolwiek zmieniało się w naszym kraju, IDŹCIE NA WYBORY. Nie zmieni się to od razu, pewnie znów wygra PiS albo PO. Ale bardzo ważnym jest, kto będzie tą trzecią i czwartą siłą. Czy będzie to ktoś, kto będzie pokornie poklepywał większego koalicjanta po pleckach i zgadzał się na wszystko, czy jednak będzie umiał czasem powiedzieć „Stop.”, gdy w grę wejdą naprawdę ważne kwestie. Bo takie myślenie, jak wspomniane wyżej: by żyć, nie przejmując się wpływem partii na nasze życie, to bujanie w obłokach. W naszym systemie politycznym nie ludzie bezpartyjni, a partie właśnie tworzą parlament i rząd. Nawet bezpartyjny z mocy konstytucji prezydent nie jest wolny od partyjnych sympatii. I to właśnie oni: parlament będący władzą ustawodawczą i prezydent wraz z rządem – władza wykonawcza – mają wpływ na nasze życie. Czyli tak czy inaczej: partie. Niestety. Nie ma chyba w Polsce człowieka, którego nie dotknęłaby jakakolwiek rozporządzona do wejścia w życie ustawa. Wszelkie reformy – to ustawy. Sześciolatki do szkół bez względu na to, czy są do tego przygotowane czy nie – to też ustawodawca sprawka partii. Podatków nie tworzy społeczeństwo, grantów rządowych firmom z obcym kapitałem, płacących podatki poza Polską, zamiast rodzimym rozwijającym się przedsiębiorstwom też nie rozdaje Kowalski z Pcimia Dolnego. Nie da się więc żyć obok polityki, bo to ona tworzy ramy funkcjonowania obywatela w społeczeństwie.

Zacytuję Wam fragment tekstu sprzed wyborów prezydenckich, by nie odsyłać Was do niego (choć i tak zrobię to na końcu tego tekstu):

Nic dziwnego, że frekwencja wyborcza w Polsce rzadko przekracza 50%. Chociaż jeśli już – to właśnie w wyborach prezydenckich, co mnie dziwi – bo to mimo wszystko rząd ma w Polsce większe kompetencje i to pretendentów do teki ministra ministrów, czyli premiera, powinniśmy selekcjonować staranniej. Tymczasem dajemy się omamić jałowej pogoni kandydatów, stwierdzając, że nie mają nam nic do zaoferowania, więc właściwie po co iść na wybory? Przecież mój jeden marny głos i tak niczego nie zmieni…

Każdy, kto tak myśli, bardzo się myli. Gdyby każdy tak myślący choć raz ruszył swoje mniej lub bardziej zgrabne cztery litery do lokalu wyborczego, moglibyśmy mieć frekwencję o może nawet 20-30% (optymistka!) wyższą. Z tych nie przedstawiających rzekomo żadnej wartości pojedynczych głosów może się nazbierać poparcie dla kandydata, który przejdzie do drugiej tury wyborów lub je wygra, nawet w pierwszym podejściu. Widzicie różnicę między jakimiś 15 a 21-24 milionami oddanych głosów? To już nie są pojedyncze głosiki, to już się robią poważne punkty procentowe*.

I dokładnie tak samo jest w przypadku wyborów parlamentarnych. Pomyślcie sobie, co by było, gdyby tylko to wspomniane wyżej 20-30% niegłosujących, wszyscy ci, którzy trafili na mojego bloga po hasłach: „nie idę na wybory”, „idę na wybory”, „nie ide na wybory”, „ide na wybory”, jednak poszło na wybory i zagłosowało na mniejsze partie. Co by się stało, gdyby w koalicję mogła wejść nie ta partia, która przytula się do wszystkich, ale o nieco lub nawet bardzo odmiennych poglądach niż aktualny partyjny dwugłos (nie łudźmy się, PO i PiS niewiele się od siebie różnią. Bardzo niewiele. A już zupełnie się nie różnią tą agresywną mową wzajemnej nienawiści)? A co by było, gdyby to PO lub PiS były koalicjantem mniejszościowym?

Dlatego ja idę na wybory. Wybiorę zgodnie z sumieniem i własnymi poglądami. W tych wyborach jest łatwiej niż w prezydenckich. Podobnie jak w maju namawiam i Was, byście nie byli leniwi. By nie było Wam wszystko jedno, kto nami będzie rządził („bo przecież wszyscy oni są tacy sami”) i w jakim kraju przyjdzie nam żyć (tu tradycyjnie przywołam Wam hasło, że Polska to kraj bez perspektyw, a w razie czego przecież możemy wiać… ale czy będzie dokąd, skoro idą do Europy uchodźcy, a do Stanów wziąć wizy?). Byście byli w stanie wziąć sprawy w swoje ręce, nawet tylko po to, by

wzorem sprzed 24 lat dać prztyczka w nos obecnym władzom, przelewając głosy na polityczne kurioza – może to pokazałoby przyrośniętym do stołków politykom, że nic nie jest dane na wieki. Bo bez takich sygnałów nadal będziemy tylko narzekać, że nasz głos niczego nie zmieni. Znad klawiatury i sprzed ekranu telewizora – na pewno*.

Nie marnujcie więc swojego cennego głosu. Bo wiecie, dlaczego jest taki cenny? Bo pozwala wybierać nam. Zmniejsza siłę tych, którzy wybierają za nas, często zdyscyplinowanych i zaślepionych. Bo nie ten jeden głos nie zmieni niczego, a pusta bierność. Bo z pustego przecież i Salomon nie naleje.

* Cytowane fragmenty pochodzą z tekstu, który napisałam przed wyborami prezydenckimi 2015. Znajdziecie go TUTAJ. Zachęcam Was do lektury całości.