Miesiąc zblogowAny (6/7/8): lekko spóźniony letni kwartał, cz. II

Mam nadzieję, że zapoznaliście się już z pierwszą częścią mojego zblogowAnego letniego kwartału i jesteście gotowi na ciąg dalszy. Jako że publikowany w weekend, będzie wyjątkowo lekki – w drugiej części zabiorę Was na wycieczkę po filmach i muzyce. Idziemy?

Miesiące obejrzAne…

Na początek zabiorę Was do Warszawy. Właściwie, nie bardzo wiem, jak to skomentować. Bo czy aż Niemcy (albo inne nacje) muszą nam pokazywać, że nasze polskie miasta potrafią być naprawdę piękne?

Jeśli chodzi o obejrzane filmy, to w końcu obejrzałam „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Na Filmwebie dałam mu „ujdzie”. Ale biorąc pod uwagę fakt, że był to po prostu nudny film, bez szału, z właściwie kiepskimi „tymi” scenami i w końcu: że oglądałam go w ratach, bo w połowie zasnęłam, to tak sobie myślę, że te 4 gwiazdki na 10 – to chyba jednak za wiele.

Mimo dość zajętego terminarza wakacyjnego przez te trzy miesiące byłam w kinie dość częstym gościem. Czerwiec zaczęłam od „San Andreas (3 D)”. Dość przewidywalna fabuła, przejaskrawione efekty specjalne, ale całkiem przyjemnie dawkowane napięcie. Dowcip w dialogach też stał na odpowiednim poziomie, nie robił z katastrofy karykatury. Nie powala z nóg, ale lubię takie filmy i temu dałabym mocne 6/10.

Jako fanka Nicholasa Sparksa nie mogłam przegapić „Najdłuższej podróży”. O ile „Pamiętnik” i „List w butelce” najpierw przeczytałam, o tyle ostatnia ekranizacja powieści tego autora dołączyła do „Jesiennej miłości” – na listę „do przeczytania”. „Najdłuższa podróż” to dwie piękne historie o miłości – my, kobiety, takie lubimy. Opowiadane równolegle, jednak jedna z nich płynie ładnych kilka dekad wcześniej. Czyli perspektywa nieco podobna do „Pamiętnika”. Radości, smutki, marzenia, tajemnice, trochę czasów wojny, rodeo, miłość i śmierć – w tym filmie jest wszystko, co w takiej historii być powinno. Zdecydowanie babskie kino :)

Podobnie jak „Z dala od zgiełku”. Po miesiącach reklamy przed kolejnymi seansami w końcu doczekałam się tego filmu w wersji po reklamach. Anglia z połowy XIX stulecia, a więc to, co lubię – film kostiumowy. Do tego piękne krajobrazy, ciekawa fabuła, skomplikowana, wyemancypowana bohaterka i trzech zupełnie od siebie różnych mężczyzn zabiegających o jej względy – to zawsze się uda. Choć od początku wiadomo, który z panów wygra w tej loterii serce dziewczyny, a finał poszczególnych perypetii jest często przewidywalny, to klimat filmu jest odpowiednio porywający.

Żeby nie było, że chadzam tylko na ckliwe romanse, obejrzałam też komedię. „Dziewczyna warta grzechu” to łatwa i przyjemna propozycja, ale… mnie trochę rozczarowała. Pewnie dlatego, że nie przepadam za filmami Woody’ego Allena (co za faux pas!), a ten jakoś tak wygląda mi na inspirowany Allenowskim typem komedii. Byłoby łatwiej i przyjemniej – przynajmniej dla mnie – gdyby w „Dziewczynie…” bez aż nadto niezwykłych splotów okoliczności i dramatycznych zwrotów akcji. Ale przynajmniej jest wesoło.

A na koniec skusiłam się na „Papierowe miasta”. Nie będę się rozwodzić nad fabułą, bo pomysł był fajny. Wykonanie za to gorsze. Najmniej ciekawą postacią okazuje się ta, która powinna być najciekawszą. Film interesujący przez kilka pierwszych minut, potem powoli nudzący, bez happy endu, z banalną puentą. Ujdzie.

…i zasłyszAne

ZasłyszAne to głównie disko w polu. Cóż, uroki festynów i dożynek w regionie podlaskim. Ale nie, spokojnie – spotkaniom towarzyskim nawet taka muza nie przeszkadza, a na blisko 150 piosenek w samochodowej letniej playliście (bo generalnie jakoś tak tylko w aucie słucham muzyki), znalazło się tylko niespełna 20 kawałków tego gatunku. Na specjalne okazje – powroty z pracy w stanie całodziennego permanentnego wkur…zenia, który łagodzi jedynie baaaardzo prosty i lekki odstresowywacz. I nie, nie mam tam aż tak prostackich kawałków jak „Cztery osiemnastki” czy inny „Nektar z banana” (o fuj!). Ale, o dziwo, choć nie trawię wykonawcy, na tej playliście znalała się wersja audio Maślaka na Maseraka.

Dla odmiany na tę samą płytę nagrałam sobie zaległości. Mojego kochanego, ale już nieco nudnego Eneja, którego po dwóch latach znów mogłam zobaczyć na żywo. Z całej „Paparanoi” najbardziej przypadła mi do gustu… ha! Pewnie obstawiacie, że piosenka pt. „Kamień z napisem LOVE”? Albo „Nie chcę spać” (choć to akurat prawda, mimo gorączki jeszcze nie pójdę spać w tę noc:)? Nie, wolę już „Siedmiomilową szansę”. A mój numer jeden to zdecydowanie „Bilia topoli”. W każdym razie, co się wyszalałam na Podlaskim Święcie Chleba w rytm ich utworów, to moje! A co podśmiałam się pod nosem z amatorów i znawców jednej piosenki (tej o kamieniu, a jakże), to… też moje.

Tylko szkoda, że ten amfiteatr, w którym odbywał się koncert, jest tak specyficzny… Czego to nie omieszkał pokazać fanklub zespołu na fejsie:

 

 

Ciechanowiec :) Daleko za wodą ;)

Posted by OFICJALNY FanClub ENEJ on 16 sierpnia 2015

 

 

Co by tu jeszcze… O słodkim Maroon 5, duecie Olly’ego (muszę przyznać, że ostatnio polubiłam tego artystę) z Demi oraz pewnym dachu już Wam wspominałam… Ach tak, „Dach”. A właściwie – cała płyta. Muszę to napisać: świetny debiut Tabb & Sound’n’Grace. „Atom” jest świetny. Słucham piosenek (tak, też w samochodzie) z tej płyty całe lato. MEGA. Jak ja kocham tak pozytywną energię, jak ja kocham ją po polsku! I chcę więcej – łapcie więc kolejny muzyczny przerywnik:

Poleciłabym Wam jeszcze kilka kawałków, ale może stworzę Wam jakąś sympatyczną playlistę w najbliższym czasie. Chcielibyście? Tylko bez huraganów w komentarzach, proszę ;)