Miesiąc zblogowAny (5): W pochmurnym maju…

Maj był intensywny, bardziej pracowity niż wypełniony przyjemnościami i do tego bardziej pochmurny niż pięknie wiosenny. Pogoda była zdecydowanie przychylna zwiedzaniu blogosfery, ale praca skutecznie odbierała mi siły przed kolejnymi wirtualnymi wycieczkami. A mimo to znów trafiłam w kilka ciekawych miejsc! Powiecie mi, co ta blogosfera w sobie ma, że jakkolwiek nie ułożyłby się miesiąc, zawsze na koniec jakieś „linkowe party” dla Was mieć będę?

maj

Maj przeczytAny

Cóż, 52 książki w tym miesiącu nie miały szczęścia. Kupiłam kilka nowych, ale niestety nie doczytałam nawet jednej, napoczętej Ofiarowanej Jenny Miscavige Hill. Pikniki, targi, tydzień pracy nad morzem i w konsekwencji – dwa tygodnie zaległości. Po regularnych nadgodzinach w pracy padałam na ryjek, zasypiając z kolejnym odcinkiem Mentalisty – oglądając, oczywiście, na dobranoc jeden odcinek w odcinkach przez tydzień.

 

Linki zblogowAne

O, tu już będzie lepiej. Bo jakimś cudem w internetach czytałam całkiem sporo. Na przykład o blogowaniu. Z tej kategorii mogę polecić Wam tekst o tym, jak zacząć i skąd czerpać motywację – autorem poradnika jest Andrzej Tucholski, więc to chyba wystarczająca rekomendacja dla treści w nim zawartych. Warto też znać prawo autorskie – informacje na ten temat bardzo fajnie zebrała Kasia z Simplicite. I gdy już się z tym wszystkim zapoznacie, i gdy już zostaniecie popularnymi blogerami, możecie pomyśleć o zarabianiu na blogu. A na pewno – o rozkręceniu mediów społecznościowych – z facebookiem na czele, z którym poradzicie sobie doskonale dzięki wskazówkom Uli. Na koniec zaś zajrzyjcie do Blokotka – i Wasze spojrzenie na blogosferę nie będzie już takie samo ;)

Pora na teksty… o mnie. By nie zapomnieć o podlewaniu ogródka z wzajemną adoracją, zacznę od stałej bywalczyni Linków zblogowAnych. Bo okazuje się, że z Cytrynką mamy wyjątkowo wiele wspólnego – ja też nie lubię paru rzeczy w byciu kobietą. Choć z malowaniem się zrobiłam postęp – podczas wyjazdu służbowego do Gdańska śniadania w hotelowej restauracji jadłam – uwaga, uwaga – BEZ MAKIJAŻU! Nie wiem, jak się przełamałam przed wyjściem do ludzi choćby bez odrobiny podkładu i korektora (zwłaszcza na worach pod oczami), ale nie czułam żadnego dyskomfortu. Bhawo ja.

O mnie jest też ten tekst u KasiBo ja też nie przepadam za telefonowaniem (w pracy mam od tego… asystentkę. To znaczy: koleżankę zza biurka nazywam asystentką i często ją wykorzystuję do odbierania telefonów;). Ale walczę z tym, bo moja praca, niestety, wymaga nie tylko prowadzenia korespondencji e-mailowej. W tekście Kasi znajdziecie kilka wskazówek, jak sobie radzić ze stresem związanym właśnie z koniecznością wybrania numeru i przeprowadzenia rozmowy.

Mam też nadzieję, że gdy zostanę już matką (wbrew pozorom, mam takie plany na przyszłość), nie wykastruję dzieciństwa swoim dzieciom. Jak widzę te mamusie, które bronią dziecku pobrudzić się, nawet jeśli nie w piaskownicy, to tylko czekoladą, to cieszę się, że moje dzieciństwo było pełne sińców, odrapanych kolan i biegania boso po kałużach. Ja żyję, dlaczego więc kolejne pokolenie miałoby tego nie przeżyć?

Co jeszcze mogę Wam polecić? Reklamę, na którą trafiłam dawno, dawno temu, a o której sama miałam ochotę nieco napisać. Mi się nie udało, ale reklamę i część mojego zdania na jej temat znajdziecie w opinii Kasi Gandor. Tylko część? Tak, tylko. Bo mam też trochę wątpliwości co do tego, czy reklama Gillette Venus ze swoim hasłem #UseYourAnd łamie stereotypy. Oczywiście, ma bardzo dobry zamysł i niezłe wykonanie, ale wbrew pozorom nadal przykleja nam łatkę. W końcu mam piękne nogi i… no właśnie, wracamy do punktu wyjścia. Bo: kup maszynkę i… Ale plus za mimo wszystko świetną próbę i przekaz, że nie tylko wygląd się liczy. Piękna, długonoga blondynka też może mieć całkiem sporo w głowie.

 

 

ZblogowAne odkrycia maja

Kiedyś się zaje…żdżę tym czytaniem i odkrywaniem nowych blogowych miejsc, ale… czemu mam to robić sama? :) Oto lista trzech blogów, które zaczęłam obserwować od maja i polecam Wam dołączenie do mnie:

  1. POMARANCZOWE LOVE – bardzo sympatyczne miejsce w kraju tulipanów. Najbardziej zaś ujęło mnie zdjęcie z tego wpisu – bo mój stary lapek też baaardzo długo świecił wytartym serduchem WOŚP!
  2. Blog bardzo śniadaniowy… z nazwy. Bo już teksty są na każdą porę dnia i nocy oraz każdy nastrój. Jest i lektura lekka i przyjemna, jest i trochę poważniejsza. Nie tylko prosta i poranna OWSIANKA I KAWA.
  3. OK, ten blog obserwuję trochę dłużej. Ale chyba Wam go nie polecałam. Sama nazwa jednak wskazuje, że przynajmniej żeńska część blogosfery może znaleźć tam nieco ciekawostek. W końcu to NIEZBĘDNIK KOBIETY :)

 

Miesiące obejrzAne, przesłuchAne…

Męczyć Was repertuarem, którego zmiennie słuchałam w maju? Od kwietnia nie zmieniło się wiele. Robbie na zmianę z kolegami z Take That wiodą prym. Trudno – kiedyś się znudzą ;)

 

 

Ale spokojnie, powoli wracam do rzeczywistości po kwietniowym koncercie Robbiego. Już nawet przestawiłam się w aucie i słucham całej samochodowej playlisty, a nie tylko jej początku z koncertową setlistą trasy koncertowej LMEY 2015 :) Niemniej i to, co pokazał Williams, i to, co widzę w materiałach z trasy Take That, i to, co znajduję w internetach przekonuje mnie, że Britain’s Got Talent. Jeśli chodzi o zabawę multimediami i oprawę występów. Zresztą, zobaczcie sami:

 

 

Do obejrzenia polecam Wam również wywiad z niezwykłym człowiekiem – Nickiem Vujiciciem, który odwiedził Polskę ostatniego dnia kwietnia. O tej postaci pisałam już przy okazji tekstu dotyczącego krótkometrażowego filmu Cyrk Motyli. Wielki motywator, wielka siła, wielka nadzieja – że nawet w beznadziejnej sytuacji można znaleźć swoją drogę. Bardzo żałuję, że z różnych względów nie zdecydowałam się na wyprawę do Poznania, ale kolejnej szansy nie przepuszczę. Nick obiecał, że wróci, więc okazja będzie :)

Poza tym… wygląda na to, że w kinie nie byłam, a jedynymi atrakcjami oglądanymi na żywo były starówka w Gdańsku, mecz Ligi Światowej Polska – Rosja (Pooooolska!) w dwóch miejscach na raz (no bo na Placu Dwóch Miast przecież!) i molo w Sopocie. Zwiedzanie i kibicowanie, czyli raczej bardziej aktywne niż w kinie oglądanie. A propos zwiedzania, oglądałam też wirtualne obrazki z Polski – ilustrujące tekst ewidentnie zniechęcający obcokrajowców do odwiedzenia naszego kraju. Koniecznie też zobaczcie, bo obok takiej bezczelności nie można przejść obojętnie!

A na koniec – paradoks naszych czasów. Przeczytajcie, zastanówcie się – bo warto czasem zatrzymać się w tym biegu…