Gdy w dzieciństwa wracam strony…

Z okazji Dnia Dziecka postanowiłam zrobić prezent sobie, Joannie i wszystkim oczekującym na ciąg dalszy tekstów z tematów konkursowych i tak po prostu wrócić do przeszłości. Na chwilę odzyskać dzieciństwo, przy okazji realizując urodzinowy

ZWYCIĘSKI TEMAT KONKURSOWY nr 2.

1280

Nie ma chyba lepszego dnia w roku, który skłaniałby do powrotu wspomnieniami do dzieciństwa. Do refleksji nad tym, co bezpowrotnie minęło, ale i co z tamtych beztroskich czasów gdzieś w nas siedzi. Ja dodatkowo przypomniałam sobie o daaaawnym konkursie urodzinowym bloga, podczas którego Asia zaproponowała taki temat:

Dzieciństwo Any ;-))))) Jakie było, jak je zapamiętała, co w nim było najpiękniejsze, czego w nim nie lubiła, czy wraca do niego myślami, czy zamieniłaby na inne i co tam jeszcze chciałaby o nim nam od siebie przekazać.

Kurczę, wiecie, jakie to trudne? I przyjemne zarazem. Zatem… ja próbuję, a Wy słuchajcie :) Potem zaś śmiało wspominajcie swoje dzieciństwo – komentarze są zawsze dla Was!

Dawno, dawno temu, pod koniec lat 80. XX wieku na świat przyszło pierwsze dziecko swoich rodziców. Gorzej się zacząć nie mogło – nie to, że pierwsze, to jeszcze dziewczynka. Ale mówi się trudno i jakoś znosi te eksperymenty niedoświadczonych rodziców ;) By potem testować ich cierpliwość, gdy pojawia się rodzeństwo. Ot, np. ścigając młodszego brata, by sobie… na nim pojeździć na barana. Albo ubrać go w sukienkę i wyprowadzić na balkon (a i tak nie umywam się do koleżanki, która z siostrą wystroiły brata w kieckę i oprowadziły po całej miejscowości). Albo, już nieco później, zapomnieć odebrać najmłodsze z zerówki.

W sumie jest nas pięcioro, więc rodzice mieli co robić, a nam żłobki i przedszkola były zbędne. Raczej to nasz dom i podwórko robiły za „przechowalnię” i „zabawialnię” dla okolicznych (i nie tylko) dzieciaków. Zabawy w policjantów i złodziei, sklep, Power Rangers czy Dragon Balla, przesiadywanie w drewnianym domku (nie na drzewie), który pomagało się budować, a którego zazdrościły koleżanki i koledzy, łażenie po drzewach, płotach i wszelakich chaszczach, zabawy w podchody albo w chowanego po lasach, polach i łąkach, rowerowe wycieczki, odwiedzanie się nawzajem z kolegami i koleżankami (choć to już bardziej w czasach szkolnych), szpanowanie autkiem na pedały – prezentem, który brat dostał pod choinkę od chrzestnego, a który cieszył się popularnością nawet „starych” kuzynów* (kończących podstawówkę, wtedy jeszcze 8-letnią, czy już nawet poważnych licealistów!), zimą sanki i wypchane czym się dało worki zamiast kolorowych jabłuszek, a już zupełną frajdę sprawiały wycieczki prawdziwymi saniami konnymi… Albo jazda na oklep na kobyłce prowadzanej z łąki!

Kurczę, nie mieliśmy wiele, ale za to głowę pełną pomysłów – nigdy się nie nudziliśmy, a ściągnięcie nas latem przed zmrokiem graniczyło z cudem. Pozdzierane kolana, poobijane cztery litery, siniaki, blizny… matki nie krzyczały: „Nie kop pana, bo się spocisz!”, a ojcowie jeszcze dołożyli odpowiedniej wagi cegiełkę, gdy brudni i z płaczem wracaliśmy do domów. Jakże mi brakuje tamtej beztroski i jakże dziwnie smutno się teraz człowiekowi robi, gdy widzi, że dzieciaki wolą siedzieć przed kompem czy z tabletem, zamiast szaleć na świeżym powietrzu… OK, my mieliśmy choćby nieśmiertelnego Super Mario, ale jakoś chyba bardziej pociągała nas wyobraźnia, i towarzystwo niż zdobycze techniki.

Jak więc zapamiętałam dzieciństwo? Wspaniale! Dużo beztroski, choć i sporo pracy, bo – nie ukrywam – wychowałam się na wsi, a tam dzieciaki od małego pomagają w kolejnych, coraz bardziej odpowiedzialnych pracach tak domowych, jak i gospodarskich. Ale byłam szczęśliwa. Nie zamieniłabym swojego dzieciństwa na żadne inne. Właściwie to nawet nie wiem, czego nie lubiłam w tym swoim dzieciństwie. Może dopiero później trudniejszego startu, którego w sumie… nie zauważyłam. Byłam zawsze ambitna i pracowita, więc i w szkole, i na studiach spokojnie dawałam sobie radę lepiej niż ci wychowani w nawet dużych miastach z bezproblemowym dostępem do bibliotek, kin, cudów nauki i techniki. Nie, chyba nie było czegoś takiego w moim dzieciństwie, co rozpamiętywałabym do dziś w kategorii „nie lubię”.

I tylko łapię się na tym, jak ja je przeżyłam… bo poza szalonymi, ale bezpiecznymi i beztroskimi zabawami, zdarzały się i mniej bezpieczniejsze pomysły. To do nich zawsze się uśmiecham z pewnym sentymentem, gdy ktoś komplementuje moje długie, zgrabne nogi (sorry, dziewczyny;), bo chyba one noszą najwięcej znaków po drzewach, płotach, bramach i huśtawkach. Grze z chłopakami w piłkę (niezła byłam na bramce, ale zdecydowanie wolałam grę w ofensywie:). I chyba do dziś mi zostało, że lepiej czuję się w trampkach niż na szpilkach (choć te drugie też lubię).

tricycle

* A propos kuzynów – Was też uczyli jeździć rowerem na dwóch kołach, mocując jakiś drąg między siodełkiem i bagażnikiem, który mieli trzymać dla Waszej równowagi, a zapewniając, że go trzymają, już dawno puścili Was samopas rowerem, byście wyp… przewrócili się, orientując się, że dawno jedziecie sami? :)

Wpis powstał w wyniku KONKURSU URODZINOWEGO bloga Świat zblogowAny i jest realizacją jednego z 3 tematów zaproponowanych przez zwyciężczynię konkursu JOANNĘ. Wyniki konkursu i pozostałe nagrodzone tematy znajdziecie w TYM WPISIE.
  • Lubię te Twoje elaboraty :)

    • Ana

      Lubię, gdy je lubisz ;)

  • Pięknie się czytało i aż łezka popłynęła jak sobie przypomniałam swoje własne dzieciństwo, które również upłynęło na beztroskich biegach po podwórku i dziwnych pomysłach rodem z piekła. Skakanie do rzeki, wypalanie pijawek ogniem, zabawy w Tarzana, dom, chowanie się po krzakach, wtykanie badyla w szprychę największemu postrachowi podwórka i trzepaki! Również nie rozumiem czemu teraz dzieciaki wolą komputer… przecież podwórko przywołuje!

    A co do roweru – TAK i jeszcze raz TAK. Tyle, że nie kuzyni w jajo mnie robili tylko tata :P

  • Amisha

    Ano, w zasadzie ja nie dodałabym tu nic więcej opisując swoje dzieciństwo, choć moje zaczęło się w pierwszej połowie lat 70-tych (tylko, że od tych 70-tych do 80-ych, realia na wsi wiele się nie zmieniły, więc jest sporo wspólnych, zbieżnych wspomnień). Także ta wieś, ta 5-ka dzieci i że te podwórkowe szaleństwa, poobijane kolana, łażenie po drzewach, po chaszczach, mniejszy dostęp do „cywilizacji”, a mimo to niezłe wyniki w szkole i na studiach – jakbym czytała o sobie. I ten kij w rowerze! A jakże! Nasz P. leży na koloniach, więc nie było sąsiadów w podobnym wieku, ale zawsze ktoś u nas bywał, a później latało się do pobliskiej wioski do rówieśników – kameralne dyskoteki w garażach, ogniska, potem wypady w wakacje na zabawy w remizach… Było inaczej, ale jakoś tak pełniej, ciekawiej, wiele rzeczy ekscytowało, dziś ciężko o takie emocje i odczucia, bo „wszystko jest”… a najmniej w tym wszystkim człowieka i zdrowych, przyjaznych, bezinteresownych z nim relacji… Staram się więc wozić swoich chłopaków na wieś i utrzymywać kontakty chociażby z rodzeństwem i ich dziećmi – w tym jest siła i trzeba to pielęgnować. Tablet tego nie zastąpi, ani półka z bajkami na dvd, która u nas się niestety ugina ;-).

    Dziękuję za ten wpis. Jest „mój” :-)))))).

    • Ana

      Proszę :)

      Mój dom rodzinny pod siódemką też stoi na bardzo urokliwej kolonii! :) I sąsiadów to właściwie w naszym wieku nie bywało – tylko kuzyni z Wrocka na lato. A dopiero później sprowadzili się sąsiedzi z córkami w wieku mojego najmłodszego rodzeństwa. Ale u nas zawsze było mnóstwo dzieciaków. Chyba to urok miejsca, jakie daaawno temu wybrał dziadek do osiedlenia się :)
      I zupełnie zapomniałam o ogniskach i remizach! Ale one były już dla „doroślejszych”, więc może dlatego nie skojarzyłam ich bezpośrednio z dzieciństwem.