Weekendowa playlista (10): Urodzinowe TOP 5

Ten weekend mam zamiar spędzić lekko i przyjemnie – w końcu nie co dzień (a tylko raz w roku) następuje drastycznie odczuwana przez pewne jednostki, zwłaszcza kobiety (lub mężczyzn tuż przed 40. urodzinami), zmiana cyferki z przodu lub z tyłu. Mi jest całkiem przyjemnie w mojej skórze i z moim wiekiem, ale… chwalić się nie będę.  Ukrywać go też nie – od dawna możecie go sobie sami wyliczyć, o tu. A w związku z własnym sympatycznym planem urodzinowym i dla Was mam lekturę lekką i przyjemną.

Kolejne 18. urodziny (tym razem, z okrąglutkim VAT-em. I nie, datę urodzenia mam smuklejszą niż okrąglutki w brzuszku i biuście 8 maja;) to świetna okazja, by przyjemnie cofnąć się w czasie. Do przeszłych sympatii muzycznych. To naprawdę ciekawe doświadczenie: zobaczyć, co cię kręciło dawno temu, a ku czemu teraz skłaniasz ucho. No, i przy okazji możesz sprawdzić, co się stało z twoimi idolami sprzed lat. Tak oto powstało poniższe, trochę sentymentalne TOP 5 piosenek, tym razem ułożonych nie wedle jakiegoś klucza „NAJ”, a zwyczajnie chronologicznie.

5. Ricky Martin La Copa de la Vida

Zawsze miałam słabość do języka hiszpańskiego, ale do tej pory nie miałam jeszcze okazji się go nauczyć. Na pewno to nadrobię! Tym bardziej teraz, gdy robiąc rekonesans po przeszłych sympatiach muzycznych, zauważam, jak wiele z nich ma hiszpańskojęzyczne korzenie. I, cóż, od zawsze miałam też słabość do sportu, więc siłą rzeczy to go, go, go, allez, allez, allez doskonale znam i lubię – bo, moim zdaniem, nie ma drugiego takiego hymnu mistrzostw świata w piłce nożnej jak właśnie ten utwór.

4. Enrique Iglesias Bailamos

Boski Enrique… większość tych, które kiedyś mniej lub bardziej skrycie się w nim kochały, pewnie się już do tego nie przyzna. Ja miałam jakieś plakaty na szafie. Jeszce sprzed kosmetyki twarzy (to był jednak dobry ruch z jego strony). Dobrze, że ścian zawsze mi było szkoda, bo obok wisiało Ich Troje. Brr… współczuję tej starej szafie tego ciężaru :) Wracając do meritum, piosenki Enrique były niezaprzeczalnie hitami, a on sam bożyszczem nie tylko nastolatek. Jako nieposiadająca specjalnych preferencji muzycznych, od zawsze lubiłam słuchać mainstreamowych rozgłośni radiowych, które męczyły największe przeboje. I choć chyba bardziej lubię Iglesiasowe Hero, to Bailamos zawsze i wszędzie będzie dla mnie tą pierwszą.

3. The Rasmus First Day Of My Life

Dla równowagi coś z nieco innego bieguna. Któremu w jakiś sposób pozostaję wierna. Bo o ile Ricky i Enrique mogliby już dla mnie być na emeryturze gdzieś od momentu, gdy zdawałam maturę (sorry, chłopaki), o tyle do The Rasmus i samego Lauriego wracałam regularnie. Gdyby nie chęć pokazania Wam szerszego przekroju moich dawnych ulubieńców obok First Day Of My Life pojawiłoby się z pewnością In The Shadows, a potem Heavy. ale to TOP 5 piosenek ma tylko 5 miejsc. Cienie odłóżmy więc na inna okazję.

2. Lifehouse Crash And Burn

Pora na odkrycie z pewnej letniej sesji. Jak wiecie, gdy człowiek uczy się do ważnych egzaminów, zawsze znajdzie milion innych zajęć. Zwłaszcza gdy ciągnie dwa kierunki i ma po kilka egzaminów dziennie w dwóch różnych punktach miasta. Tak i jak, przypadkiem, przeglądając zasoby internetu, trafiłam na tę właśnie piosenkę w tle jakiegoś materiału zdjęciowego na Youtube. Wstyd się przyznać, ale to chyba była jakaś radosna twórczość fanek nie siatkówki, a siatkarzy – cóż, te wszystkie blogi z opowiadaniami, ś.p. ciacha.net (ale nie ma tego złego – ten serwisik wykorzystała w swojej pracy magisterskiej:) i filmiki to w sumie niezły… kabaret. W każdym razie, pół nocy spędziłam wtedy nie na nauce, a wpisywaniu w wyszukiwarkę milionów kombinacji wyrywkowo usłyszanych fragmentów z tej piosenki, zanim trafiłam na ten utwór w całości i poznałam nazwę zespołu. Poznałam bliżej i tak naprawdę to chyba była moja pierwsza świadoma muzyczna miłość. Paradoksalnie, wszystko zaczęło się od upadku, roztrzaskania się i spalenia…

1. Bon Jovi Because We Can

W tym miejscu równie dobrze mógłby się w tej chwili pojawić Robbie Williams, ale ostatnio jestem w jego kwestii mocno nieobiektywna, dlatego postanowiłam zakończyć to urodzinowe TOP 5 piosenek moją późno odkrytą, ale bezgranicznie wielbioną sympatią muzyczną. Czyli właściwie jeszcze bardziej nieobiektywnie, zwłaszcza gdy dodam, że urodziny obchodzę w tym samym dniu, co jeden z jego synów :) Dla zachowania przyzwoitości (i nie tworzenia peanów na cześć twórczości Bon Joviego), chronologii i, OK, niewątpliwie także wyróżnienia artysty jedynką, wybrałam piosenkę z ostatniej płyty.

Tak prezentuje się, bardzo wybiórczo, przekrój hitów słuchanych przeze mnie na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Mam wrażenie, że moje muzyczne sympatie ewoluują wraz z moim wiekiem – i robią to w odpowiednim kierunku. Ciekawa jestem, czy macie podobnie, jeśli chodzi o muzycznych ulubieńców.
  • Za The Rasmus przybijam Ci wirtualną piątkę :P

  • Całe lata ich nie słyszałam!

    • Ana

      Przyznam szczerze, że… właściwie ja też! Poza ostatnimi dwoma, bo ich mam na płycie w samochodzie :)

  • Dzięki za przypomnienie The Rasmus. Słuchałam ich w podstawówce :D