Twój głos jest ważny, nie zmarnuj go! Czyli po co iść na wybory i jak zagłosować

Jako magister politologii czuję się w obowiązku napisać ten tekst. Jako Polka czuję, że to, co chcę napisać jest ważne. Dla mnie, dla Ciebie, dla Polski. Bo to nie jest tak, że Twój jeden głos niczego nie zmieni.

wybory

Już w niedzielę odbędą się szóste wybory prezydenckie w historii III RP. Zewsząd zalewa nas festiwal debat, przemówień, wystąpień i innych obrazków z kampanii, a mimo to mam wrażenie, że nie dzieje się zupełnie nic. A już na pewno niewiele z tego wszystkiego wynika dla potencjalnych wyborców. Jak z wtorkowej debaty – pustej merytorycznie, nudnej i do tego sztucznie włożonej w ramki. Monologowania na zadany temat, nie debaty. Ale chyba wszyscy my, Polacy, tak mamy, że nie wiemy, czym jest debata. Nie umiemy rzeczowo – ba!, najczęściej w ogóle nie umiemy – dyskutować. Nie umiemy spierać się, rzeczowo argumentując, dla osiągnięcia wspólnego celu. Boją się tego nawet media i kandydaci na najważniejszy wybieralny urząd w państwie.

Nic dziwnego, że frekwencja wyborcza w Polsce rzadko przekracza 50%. Chociaż jeśli już – to właśnie w wyborach prezydenckich, co mnie dziwi – bo to mimo wszystko rząd ma w Polsce większe kompetencje i to pretendentów do teki ministra ministrów, czyli premiera, powinniśmy selekcjonować staranniej. Tymczasem dajemy się omamić jałowej pogoni kandydatów, stwierdzając, że nie mają nam nic do zaoferowania, więc właściwie po co iść na wybory? Przecież mój jeden marny głos i tak niczego nie zmieni…

Każdy, kto tak myśli, bardzo się myli. Gdyby każdy tak myślący choć raz ruszył swoje mniej lub bardziej zgrabne cztery litery do lokalu wyborczego, moglibyśmy mieć frekwencję o może nawet 20-30% (optymistka!) wyższą. Z tych nie przedstawiających rzekomo żadnej wartości pojedynczych głosów może się nazbierać poparcie dla kandydata, który przejdzie do drugiej tury wyborów lub je wygra, nawet w pierwszym podejściu. Widzicie różnicę między jakimiś 15 a 21-24 milionami oddanych głosów? To już nie są pojedyncze głosiki, to już się robią poważne punkty procentowe.

Niestety, w Polsce trudno jest i będzie o taką mobilizację. Było łatwiej, gdy Polacy jeszcze zmagali się z pozostałościami po starym systemie, byli rozczarowani przemianami ustrojowymi i liczyli na zmianę, którą mogłaby przynieść zmiana we władzach ustawodawczych i/lub wykonawczych. Teraz Polakom jest wszystko jedno. Kto nimi będzie rządził (bo przecież wszyscy oni są tacy sami) i gdzie przyjdzie im żyć (Polska to kraj bez perspektyw, a w razie ewentualnych kataklizmów i wojen można przecież uciekać do Australii). Polacy zrobili się zbyt leniwi, by wziąć sprawy w swoje ręce. By wzorem sprzed 24 lat dać prztyczka w nos obecnym władzom, przelewając głosy na polityczne kurioza – może to pokazałoby przyrośniętym do stołków politykom, że nic nie jest dane na wieki. Bo bez takich sygnałów nadal będziemy tylko narzekać, że nasz głos niczego nie zmieni. Znad klawiatury i sprzed ekranu telewizora – na pewno.

Dlatego zachęcam Was, byście nie byli leniwi. Byście wzięli w swoje ręce decyzję, na kogo państwo wyda kolejne złotówki, organizując drugą turę wyborów. A może będzie zaskoczenie (choć, niestety, nie podziewam się go) i przyszły prezydent będzie się w końcu musiał wykazać nie tylko pustymi słowami, ale zrobić to tak przekonująco, by nie wkurzyć wyborców jeszcze bardziej, bo a nuż wybiorą zaskoczenie? I w końcu: Wasi rodzice i/lub dziadkowie wywalczyli Wam prawo głosu – wolnego, nieskrępowanego, niezagrożonego więzieniem czy nawet śmiercią. To prawo to ogromny przywilej – pamiętajmy, że były takie czasy w historii naszego kraju, gdy szary Kowalski nie miał wpływu na to, kto będzie reprezentował Polskę w kraju i poza jego granicami. A do tego miał szereg uprawnień. Nie marnujmy więc swojego głosu. Nie pozwólmy wybierać za nas innym, często zdyscyplinowanym i zaślepionym. To nie głos nie zmieni niczego, a bierność.

W tym miejscu zapytacie zapewne, na kogo głosować, skoro… nie ma na kogo głosować. Powiedziałabym, że warto postawić raczej na mniejsze zło niż głosowanie przeciwko komuś, ale jeden z dziesięciu uczestników telewizyjnej debaty powiedział coś… właściwie: wyjątkowego. Z tym zdaniem nie sposób się nie zgodzić: że powinniśmy głosować nie na mniejsze zło, a wybrać większe dobro. Spojrzeć perspektywicznie i szeroko, nie tylko skupiać się na walce wieczoru, czyli urzędującego prezydenta z jego najpoważniejszym rywalem. Czyli zagłosować nie na partię i nie na człowieka, ani tym bardziej przeciwko innemu kandydatowi, ale na to, co chce zrobić. Pozwólcie, że przedstawię Wam mały poradnik świadomego wyborcy.

  1. Postaraj nie kierować się swoimi sympatiami politycznymi, jeśli takie masz. To może być trudne, ale pamiętaj, że prezydent jest z założenia bezpartyjny. Z drugiej jednak strony, zastanów się, czy zależy Ci na prezydencie sympatyzującym z partią rządzącą i/lub najsilniejszą opozycję – jakie są plusy i minusy koligacji głowy państwa ze sprawującymi władzę i/lub ich oponentami. A może chciałabyś / chciałbyś mieć prezydenta nieuwikłanego w antagonizmy na linii rząd – opozycja? Odpowiedzi na te pytania pozwolą Ci przeprowadzić pierwszą selekcję.
  2. Charakter, charyzma, wyraziste poglądy, ale i otwartość na inny światopogląd – którzy kandydaci go mają? Pamiętaj, że prezydent będzie Twoim prezydentem, ale i prezydentem wszystkich Polaków. Prezydent musi mieć własne zdanie, ale i szanować innych. Chyba że chciałabyś / chciałbyś, by miał Cię gdzieś? To, że zapomni o obietnicach – to pewne. Ale pamiętaj, że musisz wymagać przynajmniej przyzwoitości.
  3. Spójrz teraz na aparycję i sposób zachowania WSZYSTKICH kandydatów. Pamiętaj, że będzie to osoba, która ma reprezentować Polskę i naród, czyli Ciebie też, na zewnątrz. Dlatego istotne jest, jak wygląda, ale bardziej: jak potrafi się zachowywać w sytuacjach oficjalnych. Chociażby podczas wtorkowej debaty. Wygląd zewnętrzny, ubiór, zachowanie, sposób wysławiania się – weź to pod uwagę. Fajnie byłoby też zerknąć na znajomość języków obcych. Już? Ktoś odpadł? Super! Kolejną selekcję masz za sobą.
  4. Obejrzyj spoty kandydatów, których nie odrzuciłaś / odrzuciłeś w punkcie pierwszym, jeśli takie powstały. Dotrzyj do debaty. Dzięki nim poznasz główne cele, jakie wyznaczyli sobie kandydaci, oraz wartości, jakimi kierują się zarówno w polityce, jak i w życiu. Porównaj to ze swoimi oczekiwaniami wobec głowy państwa oraz wartościami, jakimi TY kierujesz się w życiu. Odpadną kolejni kandydaci.
  5. Przypomnij sobie, jakie uprawnienia ma prezydent. Skonfrontuj z wiedzą z punktu 4. – być może przed kolejnym etapem będziesz mieć mniej kandydatów do prześwietlenia, bo odpadną ci, których wizja prezydentury znacząco mija się z realnymi możliwościami. Pamiętaj, że wielkie zmiany i obietnice – to zwykle zwykła, kiepskiej jakości kiełbasa wyborcza, a 5 lat na rewolucje w betonowym państwie to bardzo mało.
  6. Przeczytaj programy wyborcze pozostałych w walce o Twój głos kandydatów. Skonfrontuj z realnym zakresem uprawnień prezydenta oraz realnie oceń planowane przez kandydatów zmiany i udogodnienia. Odrzuć największych bajkopisarzy. Wybierz tego kandydata, w którego programie znalazłaś / znalazłeś najwięcej punktów spójnych z własnym światopoglądem i swoimi oczekiwaniami wobec idealnej głowy państwa. Możesz też wrócić do kogoś z wcześniej odrzuconych – być może ma lepszy program. To on jest tu najważniejszy.
  7. Został jeden? Super – w niedzielę postaw swój krzyżyk przy jego nazwisku. Zostało kilku? Zrób sobie krótką przerwę, jeśli to możliwe – odłóż decyzję na następny dzień. Powtórz punkty 1-6. Do skutku.
  8. Nie został nikt, na kogo chciałabyś / chciałbyś oddać głos? Masz dwie opcje: pójść i oddać głos nieważny albo pozostać biernym jak miliony Polaków i nie oddać głosu w ogóle. Pierwsza opcja przy wyborach prezydenckich w Polce się nie sprawdza, bo niewielki odsetek głosujących decyduje się na oddanie nieważnego głosu. Będzie to więc niesłyszalny głos sprzeciwu. Może byłby donośniejszy, gdyby karta do głosowania zawierała dwunastą krateczkę obok zapisu: „Żaden kandydat mi nie odpowiada / Program żadnego z kandydatów nie jest przekonujący”. Druga opcja jest zaś dla słabych, leniwych marud, które lubią sobie pojęczeć, jak to im źle, ale nic z tym nie robią. Nie lubimy takich w Świecie zblogowAnym. Oraz dla osób, którym jest dobrze, jak jest – po wyborach narzekać nie będą.

Ja jeszcze nie wiem, na kogo zagłosuję. Jestem po debacie, która… niczego mi nie rozjaśniła. Jako – jak wyżej – magister politologii decyzję podejmę po zapoznaniu się z programami. Zagłosuję na ten, do którego będzie mi najbliżej.  Który ma najwięcej punktów stycznych z moim obrazem prezydentury i tego, co może ona dla mnie robić.

A Wy – wybieracie się na wybory? Macie już swojego kandydata?