Dlaczego nie zbanuję cię za link i nie skasuję twojego komentarza

Blogosfera natchniewa (tak, to słowo ze słownika Mariusha jest idealne!). Często w najmniej spodziewanym momencie. Dlatego dziś po raz kolejny poruszę oklepany już w blogosferze temat banowania i usuwania komentarzy. Opowiem Wam, jak często bardzo beznadziejne są to zagrania.

To już nie pierwszy raz, gdy widzę pewne kwestie inaczej niż blogowy mainstream. Albo ta jego część, która błędnie się za niego uważa. W każdym razie, już w tekście o hejtowaniu hejerów napisałam coś, co każdy bloger powinien sobie powtarzać jak mantrę: piszę dla czytelników, to ja jestem dla nich, a nie oni dla mnie. Mam wrażenie, że wielu blogerów o tym zapomina. Nie szanuje ich zdania. Ba! To zdanie nie jest w ogóle istotne – w końcu blog to ich poletko, ich własne cztery kąty, w których jedyną formą dyskusji jest monolog blogera. Ewentualnie jeszcze bezgraniczne uwielbienie i poddanie własnego zdania na rzecz tego właśnie monologu. Nie tylko wielu czytelników blogów nie umie dyskutować – mam wrażenie, że jeszcze większa rzesza blogerów tak ma, że to ich zdanie jest najichsze. I koniec kropka. Koniec dyskusji. Są jednak oporni czytelnicy, próbują wymieniać się poglądami między sobą albo z blogerem. I, o zgrozo, czasem również okażą się blogerem! Zupełnie odmienny światopogląd to pikuś – gorzej, gdy okażą się w jakiś sposób interesujący dla czytelników blogera i odważą się zajrzeć do konkurencji.

Co  zatem zrobić, by nic nie zakłóciło pięknego świata blogera? Ano tylko stworzyć sobie zasady. I najlepiej – ukryć. A jeszcze lepiej – stosować je zupełnie bezmyślnie.

Przyznam szczerze, kiedyś częściej zaglądałam do topowych blogerów. Potem pojawili się nowi, a wielu starych zrobiło się nudnych i smutnych, choć nadal utrzymują, że stanowią crème de la crème blogosfery. Wielu odeszło do swoich idei, zaczynając tworzyć pod publiczkę. Stając się swoimi własnymi idolami. Wzorując się na Kominku, teraz Jasonie, zawsze Tomku Tomczyku. Tyle że… daleko im do niego. On świadomie kreuje taki, a nie inny swój wizerunek, ci sięgający do jego porad w najgorszy sposób: kopiując go… cóż, robią to zwykle marnie i nieudolnie. I bezmyślnie. Niby czytają jego książki, wykorzystują rady, ale wcielając je w czyn, nie zastanawiając się nad ich sensem. Bo on to robi, inni to robią, to i ja to zrobię – i też będę wielkim blogerem. O!

Nie piszę tego wszystkiego, bo jestem jakąś wielką fanką „króla blogosfery”. Nie jestem, a czasami nawet mam wrażenie, że mogłabym się podpisać pod zdaniem, że się dla mnie skończył. Jak Kuba Wojewódzki. Niby lubię zajrzeć, poczytać, obejrzeć, ale jakoś mnie to nie kręci. Przynajmniej nie tak, jak wielu innych.

Ale wróćmy do meritum – zasad, komentowania i banowania. Temat wpisu posunęła mi blogerka, która kiedyś czasami zainteresowała mnie swoimi wpisami, swoim stylem – mimo że lubi być awanturniczką, a jej mniemanie o sobie dawno wyniosło ją pod niebiosa. Czasami jej punkt widzenia był jednak co najmniej ciekawy. A ja lubię zaglądać do tekstów nie tylko ciekawych, ale i do kontrowersyjnych czy kompletnie odmiennych od mojego światopoglądu. Do dziś zaglądałam do tej blogerki od wielkiego dzwonu – gdy pojawił się jakiś nośny tekst albo ktoś z obserwowanych przeze mnie blogerów ostawił u niej ciekawy komentarz. Ostatnio ją poniosło, ale płytkich tekstów staram się nie komentować. Choć czasem mnie korci. Skomentowałam za to inny. Odpowiedzi się nie doczekałam, bo mój komentarz nie przeszedł moderacji. Zdziwiło mnie to tym bardziej, że właściwie – i o dziwo – zgodziłam się z autorką. Ale OK, może napisałam coś, czego nie przepuszcza moderator – niestety, nie miałam możliwości się o tym przekonać, bo w żadnym widocznym miejscu na blogu nie ma zakładki dotyczącej zasad funkcjonowania w tej konkretnej przestrzeni blogosfery. W dyskusji same achy i ochy, żadnej polemiki, więc zapytałam wprost, o co chodzi. Dowiedziałam się, że wadą mojego komentarza była… umiejętność posługiwania się prostym językiem HTML. Pal licho treść! Najważniejsze, że trzy słowa były podlinkowane. Bo za link dostajesz tam bana. Ot tak, z zasady i dla zasady. Jak dla dziecka otrzymałam instrukcję – link do wpisu ukrytego gdzieś w gąszczu innych. Nie czuję, by którakolwiek z zasad (ale może nie rozumiem koślawej polszczyzny) miała najmniejszy związek z tym, co napisałam i jak to zrobiłam. Ale wystarczyło, że trzy słowa były aktywnym linkiem do mojego tekstu na ten sam temat i zostałam potraktowana moderacją. Nieważne, że moderacja jest od tego, by zostawić komentarz, usunąć link i ostrzec. Tam zostajemy potraktowani „z buta”. Bo po co szanować czytelnika, skoro można go bez słowa uciszyć i jeszcze na pytanie „Dlaczego?” poczęstować toną arogancji.

Nie wiem, czy mam tam bana, czy nie – dziś mnie to już nie interesuje. Nie zwykłam wracać tam, gdzie mnie nie chcą. Ani gdzie prowadzą się bezmyślnie. Nie powiem, że tam nie zajrzę – z natury jestem ciekawska, a nie lubię być obrażona na cały świat. A co ma do tego wszystkiego „król blogerów” ze wstępu do tego tekstu? Bardzo wiele. Konkretnie – kwestię zasad komentowania i banowania. Przypomniałam sobie bowiem sytuację, gdy nieświadomie złamałam jedną z zasad komentowania na którymś ówczesnym kominku. Funkcjonowała tam (i chyba dalej obowiązuje) ciekawa zasada – nieprzepuszczania emotki „:P”. Z ręką na sercu przyznaję: nadużywam emotikon, a tej szczególnie. Cóż, pokolenie gadu-gadu. Niemniej pamiętam, co się działo po moim komentarzu pod jakimś tekstem. Stado wiernych, ale baranów – ewidentnie ślepo zapatrzonych wyznawców – zaczęło jeden po drugim przywoływać „iwonki” (dobrze pamiętam? Tak się nazywają?) do usunięcia mojego komentarza. Poza nawoływaniem do użycia klawisza delete nikt w żaden sposób nie odniósł się do treści komentarza. Wszystkim przeszkadzało to jedno małe „:P” na końcu wypowiedzi – znając siebie, na pewno nie dwusłownej. Widocznie jednak poza „:P” zawarłam w tym jednym czy dwóch zdaniach jeszcze jakąś treść, bo mimo lawiny zgłoszeń o naruszeniu tej jednej zasady ani moderator(ki), ani autor nie usunęli mojego komentarza.

O czym to świadczy? Ni miej, ni więcej, a o mądrej polityce – nazwijmy to – banowej. Tomek jasno wytyczył granice swoim czytelnikom, ale nie usuwa komentarzy ani nie banuje użytkowników tylko dlatego, że stworzył taką, a nie inną zasadę i trzyma się jej rękami i nogami, nie robiąc wyjątków. Jakkolwiek by nie pisał, o czymkolwiek i w jakimkolwiek stylu, on i jego „iwonki” robią kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o moderowanie komentarzy. Nawet jeśli czasem poleci coś ze względu na widzimisię autora, to widać, że liczy się treść komentarza, a nie trzymanie się zasad, które gdzieś ktoś czasem świadomie lub nie przekroczy.

Druga sprawa – na Kominkowych blogach zasady łatwo było znaleźć, więc po tym incydencie dokształciłam się i już wiedziałam, że autor nie lubi tej emotikony. Czemu nie przeczytałam zasad wcześniej i wywołałam burzę w szklance wody? Przyznajcie sami, czy lekturę blogów zaczynacie od szukania zakładki z regułami przebywania w kreowanym rzez kogoś świecie? Na pewno czytacie je tak wnikliwie, jak wszędzie wszystkie regulaminy :) Po te blogowe sięgamy zwykle po jakimś ostrzeżeniu, skasowaniu naszego komentarza albo zbanowaniu. I tak było wtedy ze mną – najpierw trafiłam na tekst, potem skomentowałam, burza skierowała mnie do listy zasad panujących na blogu. Ale że ja lubię czasami się podrażnić, po pewnym czasie postanowiłam sprawdzić realizację zasady „:P”. Skomentowałam, tym razem świadomie i z premedytacją dołączyłam sporną emotkę i… znów komentarz przeszedł moderację. Bo zasady zasadami, ale olej w głowie też trzeba mieć.

woman-731894_1920

Ktoś powie, że to zły przykład, bo emotka to nie link. Linki bywają chamską autoreklamą. Ale tak jak w powyższym przypadku nie każda emotka była wrzucana do jednego worka „banuj”, tak samo bloger powinien rozsądnie traktować linki. Umieć odróżnić auto-, krypto- i reklamę oraz prymitywną promocję od zwykłego uzupełnienia wypowiedzi. Ja w tamtym spornym komentarzu nie zastosowałam żadnego innego zabiegu, jak ten, który znalazł się choćby już w pierwszym zdaniu tego tekstu. Podlinkowanie trzech czy czterech słów miało być uzupełnieniem poprzednich siedmiu i kolejnych piętnastu, punktem wyjścia do rozmowy bez pisania elaboratu w komentarzu. Nie było żadnego „obs za obs”, „pisałam o tym u siebie – zobacz, zostaw komcię”, „Zgadzam się. Zapraszam do mnie: www.zblogowany.pl” itd. To smutne, że dobre wzorce są tak beznadziejnie kopiowane i bezmyślne stosowane.

Dlatego ustalmy sobie jedno: w Świecie zblogowAnym możecie czuć się swobodnie, stosując się tylko do jednej zasady, zapisanej już półtora roku temuWasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna wolność Any. W przypadku bloga w większości dotyczyć to będzie wolności słowa. Możecie pisać, co chcecie i jak chcecie, byle kulturalnie, nie obrażając nikogo. Możecie korzystać ze znajomości języka HTML, możecie po prostu wklejać linki do swoich i nie tylko swoich tekstów i blogów – jednak pod warunkiem, że taki link ma uzasadnienie: odnosi się do komentowanej treści, uzupełnia Waszą wypowiedź. Nie chcę tu śmietnika ani słupa ogłoszeniowego. Chcę, abym nie tylko ja dobrze czuła się w moim Świecie, ale by i Wam było przyjemnie tu zaglądaćChcę z Wami rozmawiać, poznawać nowe miejsca w sieci, inne punkty widzenia. Od tego przecież mam opcję moderowania komentarzy, by usunąć zbędne według mnie rzeczy i ostrzec być może nieświadomego czytelnika. I by atmosfera robiła się gorąca, ale tylko podczas dyskusji – a nie przez zbędne i zwyczajnie głupie zagrywki.

I przede wszystkim: u mnie zawsze macie drugą szansę, bo mylić się jest rzeczą ludzką. Moją też.