Robbie – fuckin’ perfect showman – Williams. Uczcie się, gwiazdy!

Długo nie mogłam sobie darować, że z różnych względów nie dotarłam na koncert Bon Joviego w Gdańsku w czerwcu 2013 roku. Katowałam się nagraniem stworzonym przez fanów bardzo często. W końcu postanowiłam: gdy będę mieć okazję wybrać się na dobrze zapowiadające się muzyczne show, na koncert artysty, którego lubię, którego piosenki znam, którego chciałabym zobaczyć na żywo – rzucam wszystko, biorę wolne w pracy, jadę. I tak znalazłam się na imprezie pt. Robbie Williams w Krakowie.

Pierwsze podchody zaczęły się jeszcze w grudniu. Zapaliłam się do pomysłu koleżanki, ale… no, nie wiedziałam, czy Robbie może mnie pocieszyć po Bon Jovim. Czy chcę wydać niemałe pieniądze na koncert, wyjazd, nocleg. Czy kombinować w pracy, by dostać wolne w tygodniu.

Ale nastała chwila ciszy. Zaczął się nowy rok. Koleżanka, która rzuciła pomysł, nie odzywała się. W końcu zafejsbukowała, jeszcze nienachalnie. Potem dorwała bilety, wrzuciła plan hali w prywatną wiadomość… Wciąż (teraz wiem, że… głupia!) wahałam się. Jednak stwierdziłam, że raz się żyje. Nie mam innych istotnych wydatków, a nie jestem z pokolenia moich rodziców, by wszystko gromadzić i nic z tego nie mieć. Mimo to kasę z konta na droższe bilety, ale w lepszej części hali (na tzw. inner pit się nie rzucałyśmy. Nie jesteśmy Marcinem Wójcikiem z Ani Mru Mru. Okazuje się, bliżej nam do Chodakowskiej:), wyciągałam z lekkim bólem serca.

Im bliżej wyjazdu, tym… wcale nie ekscytowałam się bardziej. Nawet nie zdążyłam sobie dobrze przypomnieć wszystkich tekstów, by je śpiewać z Robbiem (sorry, Robbie!) i całą publiką (buuu, Ana, buuu!). Kurczę, bałam się, że będę żałować, bo daleko było mi do euforii i oczekiwania choćby sprzed otwarcia mistrzostw świata siatkarzy, przed którymi przez dwa tygodnie nie miałam życia w pracy. Wszyscy z działu podśmiewali się (na szczęście, sympatycznie) z mojego szczęścia i odliczania do imprezy. Wtedy był ogień. Tym razem tak nie było. Była mała iskierka.

Jednak gdy dotarłyśmy z K. do Krakowa, gdy z pracy przestali już wydzwaniać (pomijając, że zdążyli mnie wkopać i do poniedziałku miałam o czym myśleć, a góra nawet mnie chciała ściągać z powrotem do pracy!) i w końcu naszym oczom ukazała się hala z wielkim napisem „Witaj Robbie – Welcome Robbie”… zaczęłam naprawdę chcieć tego koncertu. Znacie to przyjemnie niepokojące uczucie, gdy czekacie, nie wiedząc na co, a czas niemiłosiernie się dłuży? Całe szczęście, że wiecznie się grzebię i z hostelu wyszłyśmy… później, a dotarłyśmy nieco ponad godzinę po otwarciu bram. Trzy godziny oczekiwania na show byłoby mordęgą. Niepełne dwie to już była wieczność!

100_4418_a

Punkt 21.00 zgasły światła. Bałyśmy się, że nie zobaczymy Robbiego – do sceny miałyśmy kawałeczek, a telebimów ni widu, ni słychu. Ale na szczęście w tym perfekcyjnie przygotowanym show było miejsce na wielki ekran! Nasze niedowidzące oczka mogły spokojnie zerkać na catwalk, detali wypatrując jednak nieco ponad nim i w tle. A wszelkie moje wątpliwości i obawy, czy dobrze zrobiłam, wybierając ten koncert na pocieszenie po Bon Jovim, rozwiało samo wejście Williamsa. Intro pozwalające na interakcję z publicznością, wręcz jej wymagające, tuż po nim energetycznie inaugurująca koncert piosenka (tytułowa trasy) – znakomita zapowiedź dalszego show. Odpłynęłam już na początku, by na koniec mieć wrażenie, że całe wydarzenie trwało jakieś dwie minuty. A to było fantastyczne dwie godziny! Znakomita oprawa multimedialna (najbardziej spodobała mi się chyba przy „Monsoon”), efekty świetlne (wyjątkowo efektowne i bardzo oślepiające zwłaszcza przy „Kids”), przygotowanie zespołu i artysty, szacunek do fanów, żarty, anegdotki, dialog (nie monolog!), kontakt z publiką – genialne! I show, i jego główny bohater. Wszystko było perfekcyjnie zaplanowane, od początku do końca, pewnie nawet wprowadzanie w błąd obsługi technicznej sceny rzekomo niedziałającym mikrofonem. I własnego zespołu, któremu potem oberwało się za zbyt wczesne wejście w kolejną piosenkę.

100_4426_a

I… zakochałam się. Dawno nie widziałam na scenie – czy to na żywo, czy dzięki mediom – takiego wulkanu energii. On biegał, skakał, krzyczał, wywijał statywem jak laską w takt swingowych kawałków (swoją drogą, świetna sekcja dęta!). Kazał wybuczeć siebie i menedżment za te 12 lat koncertowej nieobecności w Polsce. Nawet jeśli korzystał z playbacku – bo nie wierzę, że w taką trasę wybrał się bez niego, zwłaszcza z koncertami po koncertach dzień po dniu – to nie dam sobie ręki uciąć, że z niego w ogóle korzystał. Ani nie powiem Wam kiedy. Perfekcyjnie przygotowany, dawał z siebie wszystko od początku do końca, pot płynął po nim już po 2-3 piosenkach, nie podczas odległej od inauguracji „Candy”, gdy nie tylko kokieteryjnie, a z pewnością był tired.

100_4403_aaTymczasem stworzył przepiękny klimat ze szwedzkim damskim trio Baskery (jako support było przyjemne, ale nie porywające, choć dziewczyny mają razem piękną barwę głosów), wspólnie wykonując „Road to Mandalay” cudne, ukołysało mnie. Jak chwilę później swingowe i magiczne „A Love Supreme”! Nie mówiąc o „Better Man” wyśpiewanym z ojcem, Peterem Williamsem – ten frak, ten głos, ten szyk cudownego, dziarskiego starszego pana, ta duma syna… byłam w niebie! Z którego wcale nie zabierały mnie scoverowane kawałki Queen czy U2, a nawet sprytnie wplecione AC/DC (o ile dobrze usłyszałam, ale gdzieś już wyczytałam potwierdzenie tego faktu, więc jeśli nawet – to nie tylko ja się przesłyszałam:) – tak płynne przechodzenie między różnymi stylami, energiami, gatunkami muzycznymi perfekcyjnie skomponowane w jedno show sprawiło, że ponad półtorej godziny koncertu minęło w mgnieniu oka i Robbie Williams już znikał na dosłownie dwie minutki, by przygotować się na bisy.

100_4435_a

Tu pora na dygresję, bo trzeba mu oddać co jego – światową klasę gwiazdy. Ileż razy przypominał mi się po tym koncercie nasz rodzimy celebryta, który „zaszczycił” swoim „występem” (cudzysłowy nieprzypadkowe) firmowo-branżową imprezę, w której brałam udział. Jakaż dysharmonia! Nie powiem Wam, kto to był, wybaczcie, ale powiem Wam, jak się zachowywał. Spóźnił się. Wyszedł w takim stanie, że ledwo stał na nogach. Zniknął na co najmniej 15 minut w trakcie zaledwie godzinnego koncertu i nie wiem nawet, czy się w tym czasie przebrał. Rzucał nieśmiesznymi żartami, w pewnym momencie wręcz obraźliwymi dla publiki. Bisów albo nie było, albo trzeba było go oklaskami i skandowaniem o nie długo błagać (nie pamiętam, bo nie on jeden i nie ostatni). A Robbie Williams w Krakowie? Intro weszło punktualnie, w punkt rozpoczęcia koncertu, przebierał się kilka razy, a w sumie przez dwie godziny nie było go może 5-10 minut. Polskie gwiazdy, uczcie się! (I nie tylko polskie).

Dobra, z tej dygresji wracamy z powrotem do przyjemniejszych chwil :) Podczas No Regrets Robbie otrzymał koszulkę reprezentacji Polski i nie założył jej ot tak, po prostu, a tym bardziej zaraz nie zdjął (OK, Bon Jovi też śpiewał w biało-czerwonej koszulce, ale sądząc po filmie – bo przecież w Gdańsku mnie NIESTETY nie było – to nie było to, nie ten gest, nie ta emocja. Acz równie duża), choć z właściwym sobie humorem żartował z jej – widocznie zbyt dużego dla niego (nie zauważyłam;) – rozmiaru. Prześpiewał w niej pół koncertu, co chyba ostatecznie mnie przekonało do słuszności decyzji o wyprawie na drugi koniec Polski i wciągnęło w emocje tego wieczoru. Fance sportów taki gest zapada w serducho wyjątkowo mocno. Wtedy nawet nie zazdrościłam Karolinie, która z Robbiem grała w „Candy”. I czy z nią, czy z wypełnioną po brzegi halą – integracja z fanami – poziom perfekt. Tak naturalnego kontaktu z polską publicznością nie potrafi złapać żaden rodzimy artysta (chciałabym się mylić, naprawdę) i chyba wielu zagranicznych. Z jakąkolwiek publicznością.

100_4455_a

I tak naturalnie doszliśmy do wątku polskiej publiczności. W którą, przyznam, nie wierzyłam na tym koncercie. Nie wierzyłam, że pomysł z flagą Polski na trybunach wypali. Bo jej organizacja taka trochę chałupnicza była. Spontaniczna, znaczy się. Byłyśmy przygotowane (to znaczy, K. była przygotowana za nas dwie), ale, no, nie wierzyłam. Jak cudownie się zawiodłam! I ten moment w połowie Angels, gdy halę rozświetliły reflektory i Robbie – jak później sam przyznał na czacie z fanklubem – zauważył, że to nie tylko kilka czerwonych kartek z przodu, ale cała Tauron Arena, że hala stała się żywą biało-czerwoną flagą… to zaskoczenie, rozglądanie się po całej hali, wszystkie gesty, łezka w oku i to jego „wow” na koniec – warto było tam być (więcej o fladze i filmy z tych cudownych momentów podczas Angels znajdziecie na blogu jednej z organizatorek akcji). Cudowne, piękne nie tylko muzyczne emocje! (Acz publiczność mogła się bardziej rozkręcić. Buuu, publiczności, buuu!:).

Kurczę, mogłabym Wam tak co chwilę wyciągać jakiegoś Robbiego z Williamsowego krakowskiego kapelusza, ale pewnie macie już dosyć :) Zatem, reasumując, po raz kolejny napiszę, że na wielu koncertach na żywo nie byłam – a już na pewno nie z gwiazdą tego formatu. Zapłakiwałam się tylko przed kompem, oglądając Bon Joviego z Gdańska. I wiecie co? Jeszcze bardziej będę płakać nad tamtym koncertem. Przez ten koncert. Bo brakuje mi porównania i słów. Na usta ciśnie mi się tylko krótkie MEGA zakończone milionem wykrzykników. Czwarty dzień czuję się jak na kacu. Moja głowa nie wróciła jeszcze z koncertu Robbiego, w tle tworzenia tego wpisu leci Robbie, w samochodzie Robbie, w pracy katuję wszystkich Robbiem, pod nosem śpiewam kolejną piosenkę… a gdzie tam ja! To Robbie Williams śpiewa mi w głowie wersję koncertową!

100_4448_a

Pamiętacie, gdy dawno temu pisałam, jak energetyczny koncert przypomniał mi, że nie sama pracą człowiek żyje? Że można znaleźć odskocznię od codziennego wyprania psychicznego, będąc wypraną fizycznie po koncercie? Zapomnijcie o tamtych emocjach! Robbie Williams w Krakowie 100 razy szybciej, mocniej, intensywniej i bardziej sprawił, że wróciły mi siły psychiczne. I zgłodniałam. Chcę więcej. Ten głód ciężko będzie zaspokoić. Ale tego było mi trzeba. Tak bardzo mi trzeba takich wzruszeń, emocji i energii…

Jechałam z mieszanymi uczuciami, czy dobrze ulokowałam swoje złotówki i co z tego wyjdzie. Piosenki Robbiego lubię, znam, nie wszystkie, a do tego Williams ostatnio nie wydał żadnego wielkiego przeboju – ostatnia to chyba „Candy” też już kilkulatka. Ale dzięki temu, że była to kompilacja największych jego przebojów zmiksowana z kilkoma coverami, połączona ze świetnym kontaktem artysty z publicznością, jego znakomitym wokalem oraz jeszcze lepszymi umiejętnościami robienia show, to ja, cóż, pozwolę sobie zanucić:

well,
you know you make me wanna shout,
kick my heels up and shout,
throw my hands up and shout,
throw my head back and shout,
come on now
shout!

20150417_213736

PS: Jeśli chcecie choć trochę zobaczyć tego, co się działo w Krakowie, znalazłam dla Was zapis CAŁEGO koncertu. Ostrzegam jednak, że to jak lizanie najlepszej czekoladowej pralinki przez papierek. Zobaczycie formę i barwę, ale prawdziwego smaku nie poczujecie.

PPS: I chyba muszę zrobić nowy ranking TOP 5 piosenek Robbiego, bo chyba tworząc go, zapomniałam co najmniej o „Better Man”, a „Supreme” w wersji swingowej rob(b)i(e) mnie bardziej!

Wybaczcie jakość zdjęć. Ciągle odkładam na lustrzankę…

  • Obejrzałam fragment i dalej nie będę, bo mi smutno, że nie mogę polizać tej pralinki przez ten cholerny papierek ;) pewnie teraz mam to samo co Ty, kiedy oglądasz nagranie z Bon Jovi, na którym nie byłaś :D
    Świetna sprawa, nigdy nie byłam na koncercie, gdzie jest popierwsze taka gwiazda, po drugie taka publika. To musi być power i moc! Ale kiedyś pojadę i po lekturze tego tekstu i obejrzeniu nagrania jestem tego pewna! :)
    Nic tylko dziękować za przekazanie choć malutkiej części z tego prześwietnego wydarzenia! :D

    Chyba zazdroszczę :D

    • Ana

      Jedź, jedź, naprawdę warto! Pokombinować, poświecić czas, energię i trochę oszczędności, by zobaczyć taki koncert na żywo. Przez ekran czy radio to nigdy nie będzie to samo. Najpierw do wszelakich live’ów przekonały mnie mecze siatkówki, potem Enej, teraz Robbie – chyba najdobitniej. Sprawiając, że muszę zmodyfikować nieco plany Marzeń do Spełnienia :) Ale może to też kwestia głodu innych emocji niż codzienne?

  • Ven

    Robbie jest mistrzem, muszę się kiedyś wybrać na jego koncert ;>

    • Ana

      Wybierz koniecznie! Za dwa lata planuje jakąś trasę, może wróci do Polski, może będzie szansa słuchać i oglądać tego mistrza razem :)

      • Ven

        Jest naprawdę świetny, wkłada w wykonanie utworów tyle emocji i do tego potrafi zrobić świetny show, mało kto potrafi to połączyć.

        • Ana

          Na pewno zależy to od gatunku muzycznego, umiejętności łączenia różnych gatunków, otwarcia na inne gatunki i innych wykonawców, ale przede wszystkim od osobowości artysty – można być genialnym piosenkarzem, ale kiepskim wrażeniowcem (także jeśli chodzi o emocje) i showmanem i odwrotnie. A ja najbardziej lubię, gdy jest 2w1 – i Robbie to ma :)

  • Dawno nie byłam już na koncercie z takim prawdziwym przytupem, pora to wreszcie nadrobić :)

    • Ana

      Jak widać na załączonym obrazku, tfu, tekście – gorąco polecam!

  • Mateusz

    Taka to pożyje :) Mnie tam nie było, a czytając relacje czuję, się jakbym na własnej skórze przeżył koncert. Na koniec cieszę się, że nie żałujesz i dobrze ulokowałaś swoje złotówki :D

    Pozdrawiam!

    • Ana

      To ja się cieszę, że tak się czyta :)