#100. Sto wpisów i tylko dwa grzechy

Stówka. Magiczna granica pokonana. Czy teraz już będzie z górki? Nie wiem. Wiem tylko, że to świetna okazja, by się troszkę przed Wami… potłumaczyć.

#100

Zastanówmy się na początek, kim jest bloger? Najbliższe mi definicje znajdziecie u Michała Góreckiego i Jakuba Prószyńskiego, a oni chyba wiedzą, o czym piszą. Właściwie – napisali już kilka lat temu. Tymczasem co chwilę w sieci pojawia się kolejny tekst definiujący. Albo wskazujący, co robić lub czego nie, by być blogerem. Poczytnym / sławnym / bogatym / lubianym / cenionym (niepotrzebne skreślić). Tak naprawdę, pod żadnym  z tych (nie)odkrywczych zestawień nie mogę się podpisać. Bo nie piszę regularnie, codziennie lub kilka razy w tygodniu. Bo piszę dłuuuuugaśne teksty. Bo używam emotek. Bo potrafię przywitać się z Wami na początku tekstu, a na koniec ni z gruszki, ni z pietruszki zapytać: „A co Wy o tym sądzicie?”. Bo raczej nie umiem pisać recenzji, a jednak próbuję to robić. Bo wyciągam do tego niekoniecznie nówki sztuki. Bo staram się nie tabloidyzować Świata zblogowAnego. Bo nie chwalę się statystykami (w sumie, zwykle nie ma czym. Chyba że akurat napiszę o Robbiem i zleci się pół fanklubu:). Bo popełniam dwa największy grzechy blogera: przepraszam, gdy mnie nie było (choć zwykle robię to na facebooku, nie na blogu), i dziękuję, gdy komentujecie. Bo…

Mogłabym mnożyć te wszystkie „bo”. Ale po co? Nie jest ważne, czy w czyimkolwiek mniemaniu jestem blogerką czy nie. I czy zblogowAny.pl to blog. Ważniejsze jest to, że nawet jeśli zaprzeczam jakimkolwiek definicjom, to to, co robię, ma sens. Bo widzę, że wracacie. Że pojawiają się nowi Czytelnicy. Że lubicie pozostawić po sobie ślad, niekoniecznie w komentarzach pod wpisem na blogu czy linkiem na facebooku. Dlatego tym bardziej nie tylko mam ochotę, ale wręcz czuję obowiązek, by popełnić te dwa największe grzechy.

Podziękować. Za te sto wpisów – że byliście, jesteście i będziecie. Stałym, nowym i przyszłym Czytelnikom bloga.

tłumaczyć się. Dlaczego piszę tak rzadko i robię tak długie przerwy w pisaniu. Właściwie, są tego dwa powody: życie offline i mój szacunek do Was, Czytelników. Praca zabiera mi zwykle więcej niż 8 godzin dziennie (choć tyle zapisanych mam w umowie), podczas których mogę jedynie ukradkiem przywitać się z Wami na facebooku. Czasami wymaga spędzenia kilku, a w wiosenno-letnim sezonie eventowym – kilkunastu godzin w biurze lub terenie w sobotę i/lub niedzielę. Poza pracą – jak u każdego z Was – jest rodzina, znajomi, domowe i inne obowiązki. Czasami dochodzi złośliwość rzeczy martwych: komputera czy internetu. A często doba jest po prostu zbyt krótka i po kilku zarwanych nocach zasypiam na stojąco zaraz po obiedzie. Z wyrzutami sumienia, że jednak jeszcze powinnam wrzucić Wam coś do poczytania i komentowania. Z wyrzutami sumienia, ale tu jednak zapala mi się światełko ostrzegawcze. „Coś”. Zawsze uważałam, że lepiej powiedzieć mniej, ale wtedy, gdy się ma faktycznie coś wartościowego do powiedzenia, tak i wychodzę z założenia, że nie warto pisać dla samego pisania i tylko po to, by pojawiło się cokolwiek. Za bardzo szanuję Wasz czas, by wrzucać cokolwiek. Ochłapy. Byle co. Byle coś było, byle była ta regularność, częstotliwość tak podkreślana przez każdego blogera, którego teksty czyta więcej niż pięć osób i dorobił się już kółka wzajemnej adoracji. Nie stworzyłam tego miejsca tylko dla siebie, ale nie stworzyłam go też dla codziennego pitu-pitu o wszystkim i o niczym. Mimo że ten blog jest tak po trochu i o wszystkim, i o niczym. Niemniej gdy piszę, piszę o konkretach, z jakichś względów dla mnie istotnych. Nie piszę, by pisać, ale by podzielić się z Wami swoim zdaniem, swoimi obserwacjami, pasjami czy emocjami. Skomentować sprawy ważne. Lub błahe, ale aktualne. Czasem wrzucić przyjemny przerywnik, ale ten z reguły ma pozwolić Wam poznać lepiej mnie, moje najbliższe otoczenie i mój światopogląd.

No, i najczęściej piszę dużo, więc nie chcąc was zamęczyć, tym bardziej nie powinnam pisać codziennie. A co najważniejsze: mam nadzieję, że małą częstotliwość tekstów broni niezła ich jakość. Bo broni, prawda?

Z drugiej strony, mam jednak wyrzuty sumienia, że szanując Wasz czas i nie zmuszając do czytania pięciozdaniowych bzdurek… nie szanuję Waszego czasu. Czasu tych wszystkich osób, które regularnie zaglądają do Świata zblogowAnego, poszukując nowych treści. Poświęcają chwilę, którą mogliby przeznaczyć na coś zupełnie innego, by zapukać do drzwi Świata. Was najmocniej przepraszam za milczenie i jednocześnie dziękuję, że się nie zrażacie. Ale, przyznajcie sami, chcielibyście czytać treści pisane na siłę i byle jak? Czy jednak wolicie poczekać na wenę Any?

Po tych podziękowaniach i tłumaczeniach pora na coś ekstra. Obietnicę. Z wykształcenia jestem przecież dziennikarką, a mój blog nie jest niczym innym, jak swoistym internetowym magazynem. Lub czasopismem. A te charakteryzują się pewną regularnością wydań. Dlatego od maja postaram się wydawać kolejne wpisy regularnie, pozostawiając furtkę dla wydań specjalnych, czyli komentowania spraw bieżących. Mam kilka pomysłów, które tę regularność mogą zapewnić. Nie zmienię jednak podejścia do niemocy twórczej – nie będę tworzyć na siłę, by oszczędzić Wam marnej jakości wypocin.

Wstępnie, co powiecie na wtorki i piątki około godziny 21:00? :)