3 sposoby na to, by dobrze czuć się we własnej skórze

Trzy sposoby na chandrę, wiosenne porządki, czyste okna, zdrowy sen, piękne włosy, smaczny obiad, porządki na blogu, znalezienie pomysłów na teksty na bloga… „Trzy sposoby” to temat rzeka. Trzy, cztery, pięć czy dziesięć – jeśli znasz się na tym, o czym piszesz, możesz znaleźć i tysiąc metod. A jakie sposoby może podać Wam Ana, która stara się wiedzieć coś o wszystkim i wszystko o czymś, czyli w sumie nic o niczym, a do tego mówi Wam, że poradników u niej nie szukajcie? Pewnie Was zaskoczę, ale ten tekst chyba będzie z cyklu poradnikowych. Oto do czego doprowadzają wyzwania blogowe Uli!

Żadna ze mnie specjalistka od spraw życiowych. A jeszcze gorszy doradca. Jednak gdy widzę i słyszę, jak ludzie teoretycznie szczęśliwsi ode mnie narzekają, mam ochotę nimi potrząsnąć. I jeśli taki maruda kiedykolwiek zajrzy do Świata zlogowAnego, to najlepiej niech zacznie od tego wpisu. Zapozna się z nim, zapamięta i zastosuje, jako i ja stosuję. Bo w życiu nie można mieć wszystkiego, a mimo to być szczęśliwym. A przynajmniej: dobrze czuć się we własnej skórze i nie zarażać innych wyimaginowanymi problemami. Oto moje trzy sprawdzone sposoby.

3. Zadbaj o ciało, wygląd i samopoczucie.

Niby ważniejsze jest to, co mamy w głowie, ale w końcu jak cię widzą, tak cię piszą. Stety bądź niestety. Bo, przyznajcie sami, kiedy czujecie się lepiej:
a) wyspani, wypoczęci, zrelaksowani, w optymalnej dla siebie wadze: nie za grubi i nie za chudzi, z uśmiechem na twarzy, ubrani odpowiednio do sytuacji i figury, uczesani, z choćby lekkim makijażem (to ostatnie tyczy się kobiet, ale jeśli panowie też lubią… wolnoć Tomku:),
b) zmęczeni, narzekający, ospali, ociężali, ze zbędnym tłuszczykiem tu i ówdzie albo ze wstrętem do jedzenia, zapłakani, z grymasem na twarzy, z potarganymi włosami, w porwanej bluzce i brudnych spodniach albo za ciasnej modnej mini, która kompletnie nie pasuje do figury?

Na pewno w pierwszym przypadku. Dlaczego? Bo w odpowiednim stroju i odpowiednim ciele nie zwracamy uwagi na nasze wady czy nasze widzimisię ich dotyczące. Skupiamy się na sytuacji, otoczeniu i rozmowie, czy raczej: rozmówcy i towarzystwie obok nas. Nie myślimy, jak inni oceniają nasz wygląd i strój, bo sami czujemy się w nim dobrze – myśli przekierowujemy więc na to, o czym porozmawiać. Co zrobić, by było sympatycznie. Relaksujemy się, czujemy i zachowujemy swobodniej. Jest nam dobrze ze sobą, a innym – z nami. Dlatego warto poświęcić kilka chwil raz w tygodniu na czysty relaks – choćby miała być to tylko pachnąca 10-minutowa kąpiel – i szczególną pielęgnację ciała – choćby miało to być tylko wsmarowanie w ciało balsamu i pomalowanie paznokci. O, właśnie. Nie wiem, jak to z mężczyznami, bo przecież – patrz wyżej – specjalistka ze mnie żadna, ale taki jeden fajny akcent czy to w makijażu, czy w ubiorze, zdecydowanie poprawia samopoczucie. Cóż, z tego wynika, że chyba najszczęśliwsi są ludzie próżni :)

2. Nie uzależniaj swojego szczęścia od innych ludzi.

Otacza mnie wiele osób, które uważają, że ich szczęście zależy od mamy, brata, przyjaciółki, chłopaka, męża, żony czy dzieci. Że bez nich nie mogą być szczęśliwi. Stają się albo zachłanni, albo interesowni. Zawłaszczają każdą chwilę osoby bliskiej, chcą być z nią non stop, sami nie mają poza nią innych ludzi obok sobie i tego samego wymagają od niej. Albo zamykają się w czterech ścianach, nigdzie nie można ich wyciągnąć, ale zawsze zaproszą na kawę, bo może przypadkiem wybierasz się tam, gdzie one mają potrzebę się wybrać. Mają z chłopakiem/dziewczyną tylko wspólnych znajomych, wspólne zainteresowania, wspólne zajęcia, nawet jedno miejsce pracy. Dla innych ciągle nie mają czasu, bo coś z nim / nią zaplanowali, a tak naprawdę siedzą w czterech ścianach i wcinają kolejna paczkę czipsów przy nudnym tasiemcu. Albo wiecznie boli ich głowa / noga / ręka / brzuch / serce  / wątroba / migdałki / wybierz-sobie-organ, a potem udostępniają na facebooku smutne cytaty o samotności. Czy też mając w perspektywie ostatnie spotkanie po obronie z koleżankami i całe życie z ukochanym, odmawiają koleżankom godziny przy lampce wina, bo muszą być z nim. Albo po zerwaniu z pierwszym/drugim/piątym chłopakiem albo pierwszym dłuższym związku, podczas którego już zaczęły w myślach szyć wymarzoną białą sukienkę i snuć plany wesela, nocy poślubnej i gromadki dzieci, narzekają na brak szczęścia w miłości i stwierdzają, że jak nie ten, to żaden i to już koniec, kaplica, grób, już żadnych mężczyzn, będą wieść smutne samotne życie…

Ludzie! Zrozumcie jedno. Nigdy nie będziecie szczęśliwi, jeśli będziecie sami się dobijać. Jeśli będziecie uważać, że uszczęśliwi was tylko biała sukienka i książę na białym rumaku. Przypomnijcie sobie dzieciństwo. Czy aby cieszyć się życiem, potrzebowaliście mieć kogoś na własność? Czy nie wystarczyło wam wybiec na podwórko i po prostu bawić się z innymi? Sami byliście wolni i wolni byli wasi kumple. Dlaczego gdy dorastacie, chcecie zawładnąć czyimś życiem, uzależnić się od niego, zamiast po prostu zadbać zdrowo, ale egoistycznie o własne szczęście? Pójdźcie do kina – dla siebie; wyjdźcie do dyskoteki – bo macie chęć i nie słuchając, że „w twoim wieku to nie wypada!”; pojedźcie w samotną podróż – by odnaleźć siebie. Od czasu do czasu odpocznijcie od swoich bliskich, odetchnijcie głęboko. Powtarzam to chyba po raz kolejny, ale jeśli sami z siebie nie będziecie szczęśliwi, to nigdy i z nikim nie będziecie. A poczucie szczęście to poczucie spełnienia, które pozwala dobrze czuć się we własnej skórze.

1. Miej pasję.

Nie wiem, czym moje życie byłoby bez pasji. I ludzi, z którymi miałam i mam okazję je dzielić. Dzięki nim czuję, że nie tracę życia. Że mam jakiś cel i jednocześnie rozrywkę. Fajnie, jeśli twoja pasja to twoja praca. Jeśli nie – fajnie, bo czymś się interesujesz, zdobywasz nową wiedzę, możesz o niej porozmawiać, możesz pojechać na drugi koniec Polski, a nawet świata, poznać nowe miejsca i nowych ludzi. Pasje dają emocje, ale też pozwalają uwolnić te zakorzenione gdzieś w naszym wnętrzu. Pozwalają się wyżyć fizycznie lub psychicznie, czasem nawet 2 w 1. Są znakomitym ujściem dla stresów dnia codziennego. Ileż przyjemności daje zwykła lektura, majsterkowanie, decoupage albo mecz w hali czy na stadionie. A ile jej daje blogowanie!

Jeśli macie pasję, nie macie problemu z nudą. Bo podczas leniwego dnia wolnego od pracy możecie zrobić coś samodzielnie – jakiś element dekoracji mieszkania, coś praktycznego lub po prostu twórczego. Możecie spotkać się z ludźmi, którzy podzielają wasze pasje, bo prędzej czy później, a raczej prędzej spotkacie ich na swojej drodze. Ja dzięki mojej pasji do sportu i pisania poznałam wielu wspaniałych ludzi, głównie piszących o sporcie, bo pomeczowych wywiadów za wiele w swoim życiu nie przeprowadziłam (a, jak wiecie choćby z grudniowego tekstu o prezentach, mam kilku ulubieńców, których chciałabym poznać, porozmawiać z nimi, ale znam ich tylko z widzenia lub przez ekran telewizora. Choć miałam ich nawet tak blisko, jak na wyciągnięcie ręki nad bandą reklamową. Ale w trakcie meczu reprezentacji nie wypada wpadać na boisko;). Teraz pasja pisania pozwala mi rozwijać bloga, a głód poznawania innych ludzi sprawia, że zaniedbuję swojego bloga kosztem wizyt u innych blogerów – bo w blogosferze też poznałam wspaniałych ludzi. I nie zamierzam przestawać ich poznawać, tak jak nie zamierzam rzucać pisania, bo brak mi czasu (a moja praca wiele ode mnie w tej kwestii nie wymaga), ani kibicowania moim ukochanym sportowcom, bo opuściłam miejsca, w których mogłam to robić na żywo.

woman-591576_1280

Reasumując, może przykład z życia wzięty, jako skrót z powyższego. W ostatnim czasie trochę brakuje mi takich chwil, w których zastosowałabym wszystkie trzy sposoby, ale pierwsza, jak przychodzi mi na myśl, to wesele mojej Panny Młodej. Czułam się wyśmienicie we własnej skórze i we własnym towarzystwie, bo:

1) byłam zadowolona ze swojego wyglądu. A w moim przypadku to rzadkość na takich imprezach. Zwłaszcza gdy jestem „na świeczniku”, zawsze gdzieś do czegoś się przyczepię. A tu – nic kompletnie nie zajmowało mojej uwagi. Nawet konieczność czyszczenia kiecki 5 minut po jej założeniu, bo padało i gdzieś się ubrudziłam o samochód, ani wywrotka na śliskim parkiecie podczas pierwszego czy drugiego tańca na tym weselu nie popsuły mi samopoczucia. Makijaż nie spłynął, fryzura przetrwała (a i cerę, i włosy mam trudne) – cuda jakieś czy co to było, ale przez całą noc moim problemem było tylko odpowiednie trzymanie sukienki przy obrotach (bo do ziemi była!);

2) nie uzależniałam swojego samopoczucia i dobrej zabawy od innych. Świadkowałam, więc pewnie powinnam. No, i było z tym nieco zamieszania, bo skoro sama nie znalazłam kandydata na świadka, to Młodzi mi go znaleźć musieli. Znaleźli. Mimo że się nie znaliśmy (a okazało się, że znaliśmy i to z takich czasów, które oboje ledwo pamiętamy. I to ja powinnam lepiej, bom ciut starsza, a chyba mu dzwoniło w bliższym kościele;), a na jednym spotkaniu organizacyjnym nawet gdyby trwało dobę pewnie za wiele byśmy się nie dowiedzieli – jakimś cudem podczas wesela kompletnie mnie to nie stresowało. A bałam się, że się nie zgramy, że nie będziemy się potrafili razem bawić, będziemy przecież bez innej pary, a tu, na Prowincji, na weselu bez pary możesz podpierać ściany albo upić się i zasnąć pod stołem. Co nam akurat by nie wypadało jako świadkom. Tymczasem mam wrażenie, że nawet pół wesela spędziliśmy osobno, bo on czynił honory świadka w jednym rogu sali, podczas gdy ja rozkręcałam koleżanki Młodej i moje, bo strasznie zamulały. Nie zauważyłam kiedy, a był już ranek i po weselu. Wniosek? Na pewno pomógł mi punkt „ciało – wygląd – samopoczucie”, bo dobrze się czułam z tym, jak wyglądam. Ale jeszcze bardziej pomogło mi nastawienie: nie koncentrowałam się na tym, że wśród 170 gości znam może 5-10 osób i muszę tylko i wyłącznie czas spędzać z jedną osobą i tylko z nią – bez względu na to, czy miałabym tu na myśli świadka, czy swoje powinności wobec Młodej. Starałam się po prostu dobrze bawić, wykonując przy tym swoje drobne obowiązki, nie czekając, że ktoś zainteresuje się mną, ale sama interesując się innymi;

3) pasja. Tam byli nią ludzie i zabawa – coś co lubię i co znakomicie się łączy, bo nie cierpię maruderów i ludzi wiecznie narzekających. Plus niektóre tematy do rozmowy. To połączenie sprawiło, że nie krępowali mnie obcy ludzie, bo mimo tego, że „obracam” się wśród różnych ludzi i różnych środowisk, bardzo wielu, to jestem z natury nieśmiała i introwertyczna, przez co ten pierwszy kontakt zwykle do najłatwiejszych nie należy. Wiecie, z kim mi się najgorzej tam rozmawiało? Nie z zupełnie obcymi, a z koleżanką ze szkoły. Bo chyba wciąż nie dorosła i, miałam wrażenie, nie potrafiła dopasować do sytuacji.

Coś więc w tych moich sposobach chyba jest, prawda? A może jednak nie? Śmiało, czekam na Wasze opinie w komentarzach. O ile nie pomarliście w trakcie czytania tej epopei ;)

PS: Bo miało być krótko, a znów się rozpisałam. Znienawidzicie mnie. Bo kolejny tekst (chyba) jutro :)

PPS: Zauważyliście, że nadużywam „a”? :)