Dlaczego nie możesz świętować walentynek dziś?

Słodkie, różowo-czerwone, megakomercyjne święto zakochanych za nami. W Stanach dziś hucznie obchodzi się Dzień Singla (w końcu taki stan deklaruje aż połowa mieszkańców tego kraju). Ta moda powoli dociera i do nas. Pytanie tylko: PO CO?

Zarówno walentynki, jak i dzień niesparowanych to tylko i aż święto handlowców. Co mają wspólnego z miłością – czy to drugiej osoby, czy do samego siebie – zalewające nas zewsząd czerwone serduszka, kiczowate słodkie karteczki, promocje w restauracjach i SPA czy potrzeba obejrzenia właśnie tego dnia „50 twarzy Greya”? Co wspólnego z uczuciami mają wręcz kłótnie na linii sparowani – bez pary, komu te święta są potrzebne, a kto i dlaczego je krytykuje? Czy nie można po prostu cieszyć się życiem i towarzystwem innych?

Przyznam szczerze, że nie rozumiem osób, które wiele sił poświęcają na przygotowania do 14 lutego. Które uważają, że tego dnia „trzeba”, „wypada”, „muszą”. Że to dzień wyjątkowy, że potem spokój na kolejne 364 (lub 365, jeśli to rok przestępny) dni. To smutne, że potrzebujemy święta, by świętować miłość, związki, bliskość. Że potrzebujemy do tego miliona pierdółek w sieci i sklepach. Że potrzebujemy chwalić się na fejsach, jak to nam cudownie razem i niechaj single zazdroszczą. Albo na odwrót: ile zalet ma bycie singlem i jak lubimy butelkę, którą nie musimy się z nikim dzielić. Że potrzebujemy 14 czy 15 lutego nie po to, by cieszyć się własnym życiem, a by kolorować je bardziej niż tęczę na Placu Zbawiciela i taką hiperbolą chwalić się przed innymi. Po to nam 14 czy 15 lutego? Naprawdę?

Kilka przykładów

Para A spędziła walentynki… oddzielnie. Ona z koleżankami zaplanowała babski wieczór, wybrały się m.in. na ten walentynkowy „hit” o Greyu. On z mężami jej koleżanek pojechał na imprezę w Polskę na cały weekend. Ona ze śmiechem mówiła, że boi się, iż impreza skończy się jako „kac Poznań”. Widać, że mu ufa. On jej też, co pokazał w stosunku do pewnej historii z jej udziałem, tajemnicy lokalnego poliszynela. Są szczęśliwym dość młodym małżeństwem, rodzicami 3-latka. Cudownie się ich obserwuje zarówno razem, jak i osobno.

Para B jest dość młoda stażem, emocji między nimi jest co niemiara. Ona jest przed trzydziestką, on od niej nieco starszy. Nieważne, co on zrobi, ona i tak mu wybaczy. Traktowanie jej jak gorszej, bo jest kobietą. Ograniczenia – bo on może, ale ona nie. Może nawet zdradę. Bo nie chce zostać starą panną, bo na Prowincji to już dawno powinna mieć gromadkę dzieci. Trzyma się więc go bez względu na wszystko, bo innego już nie znajdzie, a co dopiero lepszego. Ja na jej miejscu już dawno bym go rzuciła. Ale co ja tam wiem o życiu w związkach?

Para C to małżeństwo z 18-letnim stażem, przedstawicielka handlowa i kierowca tira. Dwa niewdzięczne zawody, zwłaszcza on ciągle w rozjazdach. Widują się rzadko, bo on jeździ daleko za granicę. Gdy już znajdą chwilę dla siebie, lubią porozmawiać przy kieliszku nalewki. Dzięki temu on nie szuka towarzystwa kolegów do butelki jak małżonek sąsiadki. I ze względu na charakter swojej pracy cieszy się, że ona nie siedzi w domu, tylko potrafi wyjść na imprezę z koleżankami, a z czystym sercem odmawiać im towarzystwa, gdy on wraca do domu. I wilk syty, i owca cała.

Para D spędza czas właściwie tylko ze sobą. Bal karnawałowy? On woli posiedzieć tylko z nią. Dyskoteka? Ona twierdzi, że jej nie wypada pójść, że jest za stara, że bez niego – jak to tak? Spotkanie z jej znajomymi? Przecież ciągle się z nimi spotykamy! (A raptem spotkali się w większym gronie może 3-4 razy przez cały ponad 2-letni związek). Jego znajomi? A to jacyś są?! Rozrywki? Wypad do galerii i kino wystarczą! Tacy młodzi, a… też macie wrażenie, że jak emeryci?

E jest singielką. Ale taką strasznie zdesperowaną. Tuż przed trzydziestką, nie ma nikogo i całe swoje życie podporządkowała znalezieniu męża. Nigdzie nie wychodzi, trudno wyciągnąć ją nawet na spacer przy ładnej wiosennej czy letniej pogodzie i babskie pogaduchy. Siedzi i szuka. W internecie. Księcia z bajki. Spotyka się nawet z trzema na raz, bo w końcu przecież znajdzie. Pasje? Zainteresowania? Choćby książka? Tylko telenowele, „Dlaczego ja?” i portale randkowe. W walentynki umówiła się na pierwszą randkę. Być może ostatnią albo jedną z ostatnich. Jej związki nie trwały chyba dłużej niż 3 miesiące, a zwykle już po pierwszym spotkaniu zaczynała… narzekać. O tak, narzekanie na brak szczęścia w miłości, mężczyzn, pecha w życiu i chyba wszystko, na co się da narzekać, ma opanowane do perfekcji. Pomijając fakt, że siebie uważa chyba za ideał.

F była singielką, ale od niedawna spotyka się z kimś, z kim została wyswatana przez koleżanki. No bo wiecie, ona też już jest w wieku, w którym powinna mieć męża. Koleżanki myślą, że jest wielce zakochana, ona nie wie. By się dowiedzieć, wszystko rzuca dla niego i pod niego układa plan tygodnia. Chcesz wpaść na kawę? Dziś nie, bo umówiła się z nim. Jutro? Jutro jedzie do mamy. Pojutrze też nie, bo pewnie on… i tak dalej. Za trzy dni już się do niej nie dodzwonisz, bo przez 4 godziny wiecznie trafiasz na zajętą linię.

G też jest singielką. Gdy patrzy na koleżanki mężatki i koleżanki w związkach, nieco im zazdrości. Ale swatania – „bo już pora”, „bo kiedy”, „bo twoje koleżanki” – nie cierpi. Może i marzy o romantycznej miłości, ale też nie chce niczego na siłę. Nie szuka ideału, księcia. Łapie okazje, ale szybkie zamążpójście nie jest dla niej obsesją. Szybciej da się ponieść swoim zainteresowaniom, pasjom, znajomym w całej Polsce, którzy zapraszają ją w odwiedziny albo do których ona sama się wprasza, niż pędowi ku znalezieniu partnera teraz, zaraz, już i zamążpójściu zanim skończy 25 lat. Bo już słyszała, że 26-latka jest starą panną młodą (z ust samej panny młodej). Nie ma ochoty zadręczać się jak E, nie chce osiągnąć stanu B i D.

Pytanie do Was: myślicie, że którejś z tych „literek” potrzebne są walentynki albo Dzień Singla? Moim zdaniem: kompletnie nie.

Reasumując

Mimo iż dla mnie walentynki są kompletnie niepotrzebnym i sztucznym tworem, to nie można im odmówić, że idea stworzenia dnia tylko dla zakochanych do mnie przemawia. Nie przemawia do mnie wszechobecna komercja i konsumpcjonizm, w które przerodził się zwyczaj wysyłania listów i liścików miłosnych, a z czasem także obdarowywania się drobnymi upominkami. Niemniej nawet będąc antywalentynkowym i – analogicznie dnia następnego – antysinglem, warto skorzystać z okazji. I zdać sobie sprawę z tego, że święto zakochanych i od niedawna następujące tuż po nim jeszcze bardziej sztucznie stworzone święto niesparowanych – oba są świętem dla każdego. I oba są równie zbędne. Problem ze zrozumieniem tej bardzo prostej kwestii mają i osoby w związkach, i osoby bez pary – i stąd te antagonizmy w okolicach 14 lutego.

Hmm… a może jednak w dzisiejszych czasach te dwa dni są potrzebne, bo nie są potrzebne?

Jaśniej? Słowem (OK, wieloma): walentynki mogą przypomnieć, że najpierw trzeba pokochać siebie, by pokochać kogoś. Przypomnieć zwłaszcza zrzędzącym singlom i osobom w związkach, które będąc z kimś, zapominają o sobie. Walentynki pomagają też uświadomić sobie, jak bez sensu jest wielkie „WOW” tylko na jeden dzień w roku – bo przecież nie potrzeba walentynek, by kochać. Spotkać się, zrobić wspólnie coś wyjątkowego. Prawda?

Drugi dzień tych „świąt” może zaś pokazać, że nie trzeba wszystkiego i zawsze robić razem, oddychać sobą 24 godziny na dobę. I wręcz przeciwnie: że związek wcale nie ogranicza swobody jednostki. Dobry związek, bo toksyczne i uzależniające z pewnością to czynią. To „święto” pokazuje więc, że w związku warto czasem spuścić drugą osobę ze smyczy. A zdesperowanym singlom –  że nasze szczęście nie musi być uzależnione od bycia z kimś. Pamiętajcie, jeśli sami będziemy szczęśliwi, będziemy w stanie dać szczęście innym. Inni będą chcieli czerpać z tego szczęścia. Może dzięki temu singiel znajdzie tę swoją upragnioną drugą połówkę. A jej czy jego nie rzuci ta druga połówka. Bo kto chce opuszczać ciekawych ludzi? Smutnych i wiecznie marudzących raczej unikamy, wolimy być z ludźmi, którzy zarażają dobrą energią. Nie wiem, jak Wy, ale przynajmniej ja tak mam.

Ktoś powie,

że dobrze, że mamy dzień nawet w randze święta, który przypomina nam o tym, co jest ważne. OK, dobrze. Fajnie, że cały świat przypomina nam o tym, by być dla siebie dobrymi, wyjątkowymi – zarówno dla siebie samych, jak i dla innych, ale powinniśmy o tym pamiętać codziennie. A nie zapominać już 16 lutego.

Razem, a jednak osobno

PS: Podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń w tym tekście jest przypadkowe ;)

  • Komercja od wszystkiego odpycha, a niestety dzisiaj na wszystkim, co ważne, się zarabia: śluby, pogrzeby… A przecież najważniejsze jest uczucie. I zrównoważone podejście, nie osaczanie, ale też nie za dużo luzu… Trzeba pokochać samego siebie – jak piszesz – jeśli ktoś sam ze sobą nie jest szczęśliwy, to z nikim innym nie będzie. Nie można siebie leczyć kosztem drugiej osoby.

    • Ana

      „Nie można siebie leczyć kosztem drugiej osoby.” – napisałam epopeję na temat, który Ty ujęłaś to w jednym zdaniu!

      • A no tak jakoś… :-) miałam dzisiaj zaliczenie na uczelni i mój mózg jeszcze nie zszedł z obrotów :-)

  • Święto Zakochanych, Święto Singli, a gdzie Święto Samotnej Matki? Też chciałabym poświętować :D

    • Ana

      Takiego chyba nie ma, ale za to możemy poświętować razem 31 października. Będzie Dzień Rozrzutności ;)

  • Zgadzam się w pełni ; )

    • Ana

      A podczas nowiu? ;)

      • Księżyc w nowiu -> Zmierzch -> zmierzamy w niebezpieczne rejony.

        • Ana

          Jeszcze nie zbłądziłam w te rejony, ale profilaktycznie mam w domu czosnek.

  • singielkazodzysku

    W XXI w. większość z nas czuje się samotna, wirtualny świat zastąpił nam ten realny…
    Nie potrafimy że sobą rozmawiać, nie potrafimy rozumieć innych…
    Rzadko kiedy spotykamy się z kimś na mieście przy kawie aby porozmawiać, tylko dlatego że jesteśmy wygodni i wolimy porozmawiać przez telefon, wtedy nie musimy udawać że słuchamy…
    Jesteśmy dla siebie mili tylko dlatego ze ktoś nam wmówil że to się opłaca, „będziesz miły dostaniesz coś w zamian” wiec jesteśmy dla siebie mili na Instagramie, Twitterze i Facebooku tylko dlatego że jak będziemy czegoś potrzebować będziemy mieli do kogo się zwrócić i prosić o pomoc..
    Wszystko jest sztuczne, tak jak rzęsy, piersi i opalenizna większości dziewczyn…
    Sztuczne związki, tworzone forma sms, spotkania raz w miesiącu tylko po to aby pójść razem do łóżka, ale oszukujemy sami siebie ze tak jest dobrze, bo przez to czujemy się kochani, potrzebni i wartościowi w tym świecie, świecie w którym ważniejsze są pieniądze niż zdrowie, rodzina i miłość. W świecie w którym osoby wrażliwe są uważane za niestabilnie emocjonalnie, w świecie w którym ludzie szczerzy i bezinteresownie mili są rzadkością i zagrożonym gatunkiem.

    Sztuczne są nawet Walentynki … wszystko na pokaz, wszystko komercyjne, wszystko wymuszone.
    A nie uważacie że Walentynki są już przereklamowane ?? Co roku to samo, te same ozdoby, ten sam scenariusz dnia : kolacje romantyczne w restauracjach + sex… Czy nie wydaje Wam się że święto zakochanych przechodzi do lamusa.. ? Moim zdaniem tak, a ludzie, którzy uważają się za pomysłowych, inteligentnych a co więcej nowoczesnych powinni wychodzić na przeciew takim świętom i stworzyć swoje… np. w postaci codziennego szacunku, okazywania miłości, wierności ? To jest dopiero uczczenie miłości, :) … takie niecodzienne wyzwanie !

    Pozdrawiam. I zapraszam do siebie :)
    Mniej więcej o tym jutro napiszę … dziś padam na twarz :P
    Praca mnie wykończyła a to dopiero początek tygodnia.

    singielkazodzysku2016.blog.pl

    • Ana

      Niestety, przyszło nam żyć w czasach bardziej wirtualnych niż realnych. Dlatego ja tak bardzo sobie cenię czas spędzany na kawie z przyjaciółmi. Którego pewnie miałabym mniej (lub wcale), gdybym nie mieszkała na mojej spokojniej Prowincji. Minusem za to jest ciągle słuchanie pytań, czy kogoś mam i kiedy wyjdę za mąż, gdy wolnych i SENSOWNYCH partii w realu brak. Trzeba chyba odwiedzić jakąś większą galerię ;)

      Czekam na tekst!