Dzień ostatni w roku. I o co tyle szumu?

[TEMAT KONKURSOWY]

Koniec roku zbliża się nieubłaganie. Już za kilka godzin rozpoczniemy ostatni dzień roku. Za za kilkanaście kolejnych 2014 pozostanie już wspomnieniem. Niby to tylko zmiana daty. Nie dzieje się w tę noc nic szczególnego, nie starzejemy się ani bardziej ani mniej niż w każdą inną noc w roku, z szaf nie wyłażą potwory ani nie przyjeżdżają książęta na białych rumakach. Co jest w niej takiego szczególnego i dlaczego wszyscy muszą witać Nowy Rok wyjątkowo?

Zacznijmy od historii.

Skąd się wziął sylwester?

Według wielu przekazów, tradycja świętowania tego dnia sięga przełomu lat 999 i 1000. Chociaż patronem tego dnia jest papież Sylwestra I, który zmarł 31.12.335 r. (stad imieniny Sylwestra właśnie 31 grudnia). Niemniej istotniejszą postacią zdaje się tu być papież Sylwester II, który wprowadzał Kościół w nowe tysiąclecie. W roku 1000 bowiem, według proroctw Sybilli, miał nastąpić koniec świata. A według legendy miał on wyglądać następująco: w noc przełomu roku 999 na 1000 zbudzi się straszny smok – Lewiatan, który został uwięziony w lochach Watykanu przez Sylwestra I, i ziejąc ogniem, zniszczyć świat. Gdy zbliżał się wieczór 31 grudnia 999 r. ludzie w panice kryli się po domach lub/i odprawiali pokutę – rozpacz i przerażenie narastały. Pamiętacie „pluskwę milenijną” sprzed 15 lat? To pomóżcie te obawy i zachowania przez co najmniej tysiąc. I odejmijcie spoooro wiedzy. To jednak było średniowiecze :) Dlatego my, mimo wciskanych nam obaw i ostrzeżeń, bawiliśmy się podczas przełomu tysiącleci (proszę mnie nie uświadamiać, że tysiąclecie, jak wiek, zaczyna się w roku zakończonym na 1. Wiem o tym. Ale jak inaczej ująć te daty?), a tamci ludzie w strachu oczekiwali końca świata. Gdy ten nie nadszedł i Lewiatan nie zaatakował nawet po północy, ludzie wpadli w szaleńczą euforię, bawiąc się i radując do białego rana, kiedy to papież Sylwester II po raz pierwszy w historii  udzielił kultywowanego do dziś błogosławieństwa urbi et orbi („miastu i światu”).

Stąd właśnie wziął się sylwester w naszej kulturze europejskiej. Początek nowego roku świętowano bowiem już od starożytności, jednakże wedle różnych kalendarzy, a więc i o najróżniejszych porach roku. Na przykład starożytni Rzymianie, przed reformą kalendarza przeprowadzoną przez Juliusza Cezara, świętowali Nowy Rok 1 marca. W starożytnym Egipcie Nowy Rok przypadał we wrześniu, gdy wylewał Nil. Chiński Nowy Rok od wieków przypada miedzy końcem stycznia a końcem lutego.

A jak to było w Polsce?

W Polsce sylwester nie ma wielowiekowej tradycji. Zwyczaj ten przywędrował do nas z Zachodu w XIX w. Co ciekawe, lokalne zwyczaje sylwestrowe w Europie, np. jedzenie jednego winogrona w takt każdego z 12 uderzeń zegara w Hiszpanii, zaczęły kształtować się już w XX w.

Wróćmy jednak do kraju. Wigilię Nowego Roku świętowano niemal tak uroczyście, jak Wigilię Bożego Narodzenia. Właściciele majątków ziemskich za dnia bywali na polowaniach, wieczorem w odświętnym stroju siadali przy stole. Na wieczornej uczcie nie mogło zabraknąć słodkości, m.in. pączków, pierników czy chrustu, i, oczywiście, trunków alkoholowych, którymi o północy wznoszono toasty i składano sobie życzenia. W pałacach i bogatych domach mieszczańskich sylwester zawitał zaś w postaci hucznych zabaw i balów. Zarówno w przypadku jednych, jak i drugich, noc sylwestrowa często służyła wróżbom. Wylewano wosk, wypowiadano zaklęcia, pod talerze wkładano narysowane na kartkach symbole – wszystko to miało wskazać, jaki będzie ten przyszły rok. W tych odległych dla nas czasach sylwestrowi często towarzyszyło kolędowanie, a w pewnych regionach np. strzelanie z biczów na szczęście.

fireworks-346900_1280

Jak jest dzisiaj?

A dziś? Dziś jest podobnie. Nadal to szczególna noc, szczególnych wrażeń, marzeń, zwyczajów. Wierzymy, że to noc zmian – dokładnie tak, jak ludzie z przełomu lat 999 i 1000. Ale dziś sylwester to już nie tylko szczególny wieczór, spędzany w gronie rodziny i znajomych czy hucznie na placu miejskim. Nie, dziś nie wypada spędzać sylwestra spontanicznie albo w zamknięciu. Barykadować się z Polsatem, Dwójką czy tvn-em i czekać, co przyniesie północ. Odpada. Bliżej nam do bogatych pałaców i domów mieszczańskich przełomu wieków XIX i XX. Bo przecież: zastaw się, a postaw się! Więc jeśli w domu, to tylko jeśli robisz wypasioną domówkę. Koniecznie planowaną od co najmniej miesiąca! A jeśli nie? Nie ma rady, TRZEBA gdzieś wyjść. Wielki bal, szalona impreza w klubie, party na działce u znajomych, litry alkoholu w akademiku, koncert pod chmurką… I nieważne, że będzie tam pięć osób na krzyż lub nieznany tłum: już od listopada – ba!, nawet października – planujemy fryzury, oglądamy buty, przerzucamy kiecki… prawie jak na ślub, byle  tylko wybrać ten jeden jedyny „look” na tę jedną jedyną noc w roku. Bo kto wie, co się zdarzy? Może ukochany mi się oświadczy? A jak nie, to przynajmniej strojem i fryzurą przyćmię wszystkich innych, o!

Jakkolwiek, cokolwiek, gdziekolwiek – byle nie jak Bridget Jones: samotnie i przed telewizorem. Nie masz jeszcze planów na sylwestra?! Siedzisz sama/sam w domu? W łóżku? Aha… ale nie sama/sam? Sama/sam?! Przespałaś/przespałeś północ? Phi! Musisz mieć strasznie nudne życie i być strasznie nietowarzyską osobą, której nikt nie lubi.

Co o tym wszystkim sądzi Ana?

O to zapytała już MARTA, która zajęła II miejsce w urodzinowym konkursie Świata zblogowAnego:

Chętnie poczytałabym Twoje zdanie na temat „presji Sylwestra”. Co o tym myślisz? Trzeba gdzieś na siłę wychodzić czy można zostać w domu i przeżyć go na spokojnie? Ulegasz tej presji czy robisz swoje?

Nie da się ukryć, że owa „presja sylwestra” gdzieś tam nad nami wisi. Zewsząd słyszymy pytania o nasze plany i opowieści o sylwestrowych planach innych. Telewizje zapraszają nie tylko przed odbiorniki, ale i na place miast, w których urządzają swoje najlepsze na świecie imprezy. Kluby, restauracje, sale balowe – ich właściciele kuszą specjalną wystrzałową ofertą sylwestrową. Witryny sklepowe lansują najnowsze trendy i to trendy tylko na tę jedną noc. Cóż w niej takiego szczególnego?

Magia zmiany daty. Tylko tyle i aż tyle. Nie tylko, jak widać, w średniowieczu i dawnej Polsce wierzono w magiczną moc tej nocy. Nasz pęd ku spędzeniu jej w szczególny sposób jest tego najlepszym poświadczeniem. Wierzymy, nawet podświadomie, że jak spędzimy sylwestra i powitamy nowy rok, tak będzie się nam wiodło do kolejnego 31 grudnia. Nie chcemy zatem spędzać tego wieczoru nijak, jak każdego innego w roku. Z pilotem w ręku czy książką na dobranoc. Nawet jeśli nie wyobrażamy sobie, by móc przegapić choć jeden odcinek programu „Jaka to melodia?”, a poprzedniego wieczoru ledwo oderwaliśmy się od lektury, to przecież program powtórzą zaraz po Nowym Roku, a poczytać możemy na kaca. Nie chcemy też być w tę noc sami. Niech to będzie jedna czy dwie osoby – ale bliskie, ważne. Ale niech będą. Dziś i przez cały rok. A może nawet życie?

Ale czy aby spędzić supersylwestra, trzeba od razu poddawać się presji superimprezy, superzabawy, superkiecki, superwyglądu itd. itp.? NIE. Zdecydowanie nie. Jeśli nie czujesz klimatu sylwestra, którego wizją jesteś atakowany zewsząd, po prostu nie poddawaj się mu. Nie musisz spędzać tej nocy jak każdy inny supertowarzyski znajomy. Jeśli lubisz, możesz wybrać się w podróż do miejsca, które chciałabyś/chciałbyś zwiedzić o tej porze roku. Chcesz odwiedzić Pragę? Jedź! (Tylko bilet zarezerwuj wcześniej). Możesz też zaszyć się w domu i przygotować wieczór tylko dla siebie. Na przykład upiecz swoje ulubione ciasto, przyrządź fajną kolację, zrób sobie domowe spa, a o północy wypij lampkę szampana, oglądając przez okno pokazy fajerwerków z całej okolicy. I uśmiechnij się: właśnie skończył się stary rok, a nowy będzie na pewno dużo lepszy!

Podobny scenariusz możesz napisać wraz z ukochanym/ukochaną. Czy musicie od razu iść na ogromną imprezę lub bal, by ta noc była dla Was wyjątkowa, a nowy rok rozpoczął się wspaniale?

picjumbo.com_HNCK2125

Ale możesz też ulec presji wielkiej nocy. Pójść na bal na sto par. Albo więcej! Jeśli chcesz, nic ne stoi na przeszkodzie. Baw się wybornie do białego rana, a o północy ze wszystkimi gośćmi odliczaj: 10, 9, 8… Potem znów szalej na parkiecie i, a co tam!, nawet możesz pokomentować umiejętności taneczne innych, czy długość kiecek co bardziej wystrojonych dam. Nic w tym złego. No, może w obgadywaniu jest, ale to polska i ludzka przywara – musimy mówić o innych, najczęściej po to, by samemu się dowartościować. Jeśli nie przekraczamy granic dobrego smaku, w tę noc – wolno nam. Ale czy to potrzebne nam do dobrej zabawy?

Ulegając presji wielkiego sylwestra, możemy też wystroić się i pójść do klubu na dyskotekę. Albo na miejską imprezę pod chmurką. Czy na domówkę do znajomych. Na 50 osób albo zaledwie 5. Pić wino, piwo, wódkę, przekąszać kabanosem. Niech ktoś w kącie cicho zagra na gitarze. Albo ktoś inny głośno włączy „Ona tańczy dla mnie”. O północy tradycyjny szampan pod blokiem z sąsiadami. Fajerwerki. Życzenia. Tańce do białego rana.

Możemy też ruszyć na wielkiego sylwestra gdzieś w świat. Jeśli nas stać – czemu nie! Paryż, Londyn, Praga, Berlin, nawet Nowy Jork czy Tokio. Jak się bawić, to się bawić. Będziemy mieć co wspominać na starość!

Słowem,

presja tego dnia będzie na nas ciążyć zawsze, im bardziej konsumpcjonistyczny staje się nasz świat. Ta presja ma nas po prostu przekonać do wydawania większej ilości kasy na te zaledwie kilka godzin. A czy to jest najważniejsze w tym dniu i tej nocy? Czy to podlega presji? Nie, bo jeśli cokolwiek się liczy w sylwestra, to na pewno nie droga sukienka, wytworny bal czy imprezka w modnym klubie czy topowej restauracji. Nie rzeczy i miejsca. Choć miejsca może czasem są ważne. Ale to nie cena biletu czy balu, nie obecność gwiazd muzyki na scenie sprawia, że ta noc staje się wyjątkowa.

By dobrze zakończyć stary rok i pożegnać jego smutki, a jeszcze lepiej wejść w nowy, nie potrzeba nam czego i nikogo oprócz nas. Szczypty dobrego samopoczucia i humoru. Myśli, że dobrze przeżyliśmy ten rok. Ewentualnie bliskiej osoby czy osób u boku: żony, męża, dzieci, rodziców, przyjaciółki, sąsiada. A nawet tylko siebie samego. Bo to ludzie czynią tą noc wyjątkową. My sami i nasi bliscy.

Ja jeszcze nie wiem, jak będę spędzać tegorocznego sylwestra. Nie przejmuję się tym kompletnie. By pójść na bal, brakuje mi osoby towarzyszącej. Bo bale są „od pary”. Ale i kompletnie mnie tam nie ciągnie. Zwłaszcza na te, na których bawi się pół firmy – współpracownicy nie są dla mnie aż tak ważni, bym chciała spędzać z nimi każdy dzień i nawet sylwestra. W każdym razie, może ciałem i wiekiem powinno mnie już ciągnąć na jakieś bale i poważniejsze dansingi, ale duchem to ja mam 23 lata i prędzej widzę się na luźnej domówce czy imprezce w gronie znajomych, a nawet na zwykłej dyskotece, niż na takiej „dużej” imprezie. Bo jednak ważniejsze jest dla mnie, z kim spędzam sylwestra. Nie gdzie. Może więc pójdę do koleżanki lub ona wpadnie do mnie, posiedzimy, pogadamy, pośmiejemy się, wypijemy szampana o północy, nawet z Polsatem w tle. A może obie zaskoczymy koleżankę, która miota się między własnym domem a mieszkaniem chłopaka, postawimy ich przed faktem dokonanym i zabalujemy z nimi? A może, jak w ubiegłym roku, około południa zdeklarują się znajomi też jeszcze bez planów na wieczór i przejadą pół Polski, by pójść ze mną na sylwestra pod chmurką w rytmie disco w najbliższym mieście? A może… niech mnie ten sylwester zaskoczy! Po to jest :)

Czego i Wam życzę!

hand-113546_1280

PS: Cóż, pewnie nie odpowiedziałam Wam tym tekstem, co z tą presją sylwestra, ale powiem Wam jedno: nie przejmujcie się nią. Spędzajcie ten dzień, jak chcecie. Pamiętajcie, że najważniejsi są ludzie. Nawet jeśli przyjdzie Wam spędzać ten dzień tylko z samym sobą – przecież to najważniejsza osoba w Waszym życiu, prawda? Jak tu się nie cieszyć jej obecnością? Niepotrzebnie wyrzucamy sobie: „I znów w sylwestra nigdzie nie wychodzę!”. Bo nawet w domu można ten czas spędzić sympatycznie. To zależy tylko od nas – nie od tych, którzy pójdą na wielkie bale i modne imprezy.

I to wcale nie znaczy, że jesteście nudni i nikomu na Was nie zależy – to często ci otoczeni tłumem są najbardziej samotni. I wbrew przechwałkom, najgorzej spędzają sylwestra.

Mam taki plan: spędzić sylwestra po swojemu. Tak, by nie żałować.
Czyli nie przejmuję się presją i sylwestruję po swojemu. A Wy?
Wpis powstał w wyniku KONKURSU URODZINOWEGO bloga Świat zblogowAny i jest realizacją jednego z 2 tematów zaproponowanych przez laureatkę 2. miejsca MARTĘ. Wyniki konkursu i pozostałe nagrodzone tematy znajdziecie w TYM WPISIE.
  • Amisha

    Ja swojego Sylwestra mam 3 dni Po Ano, więc ten-teges – jakkolwiek nie tęsknię za hucznymi imprezami, to jednak takowa mnie nie ominie ;-). Inne wesele już by nie robiło na mnie wrażenia, bo swoje już „wychodziłam” (ileż tego było, o rany!!!), ale akurat TO jest jedyne, dla mnie może najważniejsze. Sylwestra zatem spędzimy w domu z chłopakami. Pewnie padną nam około 22, a my… No cóż, ja muszę dziś wychlorzyć mnóstwo kawy, by nie paść razem z nimi ;-).

    Tak jak napisałaś – nieważne gdzie, ważne z kim i w jakim humorze. Dobre towarzystwo i uśmiech są tu bezcenne. Nigdy nie miałam ciśnienia na bale i inne wielkie imprezy – wolę kameralnie, wyjazdowo, żywiołowo. Jednego z fajniejszych Sylwków spędziłam około 10 lat temu w Zakopanem. Wyszliśmy z naszej chaty i pytamy pierwszą napotkaną osobę – Panie, gdzie tu jakaś impreza? A On – a wszędzie – tu i tam. No i wspięliśmy się po śniegu do połowy Gubałówki, gdzie było już sporo ludzi i tam piliśmy szampana i wino, poznawaliśmy się z towarzyszami ze zbocza, oglądaliśmy fajerwerki i panoramę Zakopca, a potem zjechaliśmy na tyłkach na dół i ruszyliśmy na Krupówki, gdzie każdy był bratem każdego, było tłumnie i klimatycznie. Spędzałam też Sylwka na Rynku w Krakowie (super), na Rynku w Warszawie (ten 1999/2000 – było okropnie zimno i nie bawiłam się wcale!), w akademiku na wszystkich piętrach po kolei, na różnych domówkach w Białym, Kolnie, w P., w Irlandii w Navan – najpierw w domu, potem klub, potem disco (super!). Także – rozmaicie to bywało. Ważne zawsze były głównie emocje i osoby – miejsce też, owszem, ale chyba jakby mniej (choć ta Gubałówka miała znaczenie, bo tak to rzadko się ten czas spędza, ha ha).

    Odkąd mamy dzieci, mamy też ograniczone manewry na polu organizacji tego wieczoru, ale wcale nas to nie boli. Z nimi też jest fajnie!

    Podsumowując Aniu – co do Sylwka mam podobne zdanie, co i Ty.

    Dzięki też za rys historyczny tego zwyczaju!

    • Ana

      I jak tam, Amisho, dotrwałaś do północy? :)

      Zazdroszczę Ci trochę tego sylwestra na Gubałówce – takie właśnie spontaniczne imprezy są najlepsze, bo choć miejsce ciekawe, to zawsze, ale to zawsze w spontanie najważniejsi są ludzie i emocje. Właśnie tak, jak napisałaś. Nawet z dziećmi w domu można spędzić niezwykłego sylwestra. Wczoraj akurat odwiedzałam koleżankę, która ma córeczki w wieku 3 i 2 lat. Sylwester, maski, balowe sukienki księżniczek – wszystko trwało w najlepsze już przed południem :)

      Dziękuję Ci za ten głos!

  • Uwielbiam Cię! Za rozsądek i podejście do życia. Zrezygnowałam w tym roku z wielkiego balu nad morzem. Miał być super hotel, super, jedzenie i wielki sylwestrowy szum. Pewnie spędziłabym go na bogato, ale kiepsko czułabym się w towarzystwie nieznanych mi osób. Zostaję w domu. Będzie garstka ludzi i domowe jedzenie, które właśnie przygotowuję. W nosie mam nadętą imprezę i sukienkę z cekinami. Wolę spędzać Sylwestra po swojemu. Tak jak i pozostałą część roku. Wszystkiego dobrego w 2015! <3

    • Ana

      Wszystkiego dobrego, Marto! Wierzę, że spędziłaś supersylwestra w supertowarzystwie w supernastroju, który towarzyszy Ci jeszcze dziś. Bo jaki Nowy Rok, taki cały!

  • Ana

    Na pewno mężczyźni nieco inaczej patrzą na tę całą presję sylwestra :) Mam wrażenie, że przez to, iż najbardziej tę presję rozdmuchują programy i pisma stricte kobiece. Już w październikowych, a może i wcześniejszych, wydaniach czasopism pojawiają się trendy na ostatni dzień roku. A że kobiety lubią się stroić, fryzować, malować, wiele z nich lubi bale, bo mogą poczuć się wyjątkowo (ach, ta kobieca próżność;), stąd to one są bardziej pod presją tego dnia.

    I również wszystkiego dobrego nie tylko w Nowym Roku, ale i całym 2015! :)

  • Zuza | Zaczytana Susan

    Gdyby było tak, że „jak spędzimy sylwestra i powitamy nowy rok, tak będzie się nam wiodło do kolejnego 31 grudnia” to niestety większość ludzi byłaby pijana calutki rok (albo chociaż przez drugą połowę z kompletmnym zgonem przy końcu :P)

    Co do samej idei świętowania, bardzo podoba mi się cytat z „Tequili” Krzysztofa Vargi: ” Do dobrej impry trzeba mieć pałera. Dlatego rzadko są fajne sylwki. Zawsze jest drętwo do północy, chyba że się jacyś goście totalnie złoją albo jakaś elegancka panna zacznie się rozbierać na stole czy coś w tym stylu. Bo sylwek to jest ściema. Nikt nie ma ochoty na imprę, a trzeba imprezować, trzeba się wyjątkowo odpierdolić i o północy wszystkim, nie wiadomo z jakiej paki, składać życzenia. Jacyś kliencki, których nie znam, jakieś ich żony, i ze wszystkimi trzeba przybić pięć i zbratać się, bo jest północ. Nie lubię sylwków.”

    Może nie oddaje mojego stosunku do tej imprezy w 100%. niemniej jednak, coś w tym jest (hmmm.. jakieś 80% :P). Też czuję presję. Wkurza mnie to. Wkurza mnie nawet bardziej niż fakt, że czy chcę czy nie jej ulegam i dzwoni w głowie myśl „kurde, a my znów w domu, znów tak… zwyczajnie – dzień jak co dzień”, ale właściwie. nie jest to dzień jak co dzień? Nie lubię przymusu – każdy „coś” robi, to i ja. Aczkolwiek jak się trafi coś fajnego – fajna ekipa, fajne miejsce, fajna atmosfera – to czemu by nie, tyle, że to trudno przewidzieć :)

    • Ana

      Gdyby brać tego sylwestra tak dosłownie… oj, to mogłoby się dziać w roku ;)

      A co do Twojego podejścia i cytatu – masz rację, tak w 80% to tak właśnie się wszystko odbywa. Ludzie idą na imprezy, spotykają się ze znajomymi, bawią się, nie dlatego, że chcą, tylko że nie wypada wrócić po feriach / urlopie / przerwie / weekendzie do pracy i powiedzieć, że się przesiedziało w domu, w kapciach, przed tv… Np. w mojej okolicy ludzie lubią chadzać na bale. A potem się licytować, na którym było lepiej. Prowincja. Tym razem jednak ta przez małe p. . Ja tego nie lubię. Rok temu z koleżanką we dwie przesiedziałyśmy przy likierze i filmie. Jak co jakiś czas na naszym babskim spotkaniu. Tylko ciut dłużej. Była po prostu ostatnia w tamtym roku okazja się spotkać. W tym roku jadę do Olsztyna. Bo to okazja się zorganizować, po prostu. Bo mam dzień wolny w pracy i dodatkową czerwoną kartkę w kalendarzu. Czyli dla mnie to w sumie też dzień jak co dzień, może tylko bardziej mobilizujący i sprzyjający i tak planowanemu „kiedyś” spotkaniu. Do fajnej ekipy, miejsca i atmosfery nie trzeba więc wiele więcej niż zwykle :)

  • Okej, pierwszy raz ilość tekstu zmusiła mnie do przerwania lektury. Ale wrócę do niej jeszcze w tym roku! W końcu kawa na mieście prędzej czy później się kończy…
    Pozdrawiam. ;)

    • Ana

      Postanowienie noworoczne: nigdy więcej takich elaboratów! ;)