Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało…

… no nic, zupełnie nic – tylko tak zwyczajnie i po prostu zostaliśmy Mistrzami Świata! OK, nie my wszyscy – ONI. Polscy siatkarze. Nie piłkarze, jak zamarzyło się naszemu prezydentowi. W mediach temat powoli traci świeżość, bo nasi złoci chłopcy wznieśli w górę złoty puchar i kurczowo ściskali w dłoniach złote medale już całe trzy dni temu. Ale ja ciągle niedzielna. Ciągle czuję się jak po ostatniej piłce wygranego 3:1 meczu finałowego z Brazylią. Dlatego pewnie nie ma sensu, byście czytali treść miedzy tym zdaniem a ostatnim. Bo pewnie ze względu na rozemocjonowanie niedzielnym rezultatem ta treść poniżej nie będzie mieć ładu, składu i większego sensu :)

Dwa lata temu napisałam, że tak tworzy się historia. Tamta historia – to w porównaniu z aktualną prehistoria i pikuś. To była euforia i wielkie oczekiwanie, bo Liga Światowa to jednak nie ta najważniejsza impreza – tak w roku, jak i w ogóle. Wtedy tuż po niej była ta najważniejsza impreza w życiu każdego sportowca i jego kibica. Wielkie święto sportu: igrzyska olimpijskie. Wtedy, te dwa lata temu, czekałam na sukces w Londynie. Pamiętam emocje, które mi wówczas towarzyszyły. Nawet nie wiecie (a może wiecie?), jak z perspektywy czasu zaskakuje mnie ocena tego, co działo się we mnie, zapalonej kibicce. Tamte emocje mogę ocenić jako entuzjastyczne ściskanie kciuków w obawie, że to jeszcze nie to, że to nie ten czas. Ale może… ale jednak. Jednak wtedy się nie udało. Cóż – czekamy dalej. Czekamy na Rio.

Tymczasem odbyła się inna historia. Rozpoczęła się 30 sierpnia i zakończyła 21 września anno Domini 2014. Wydawało mi się, że będąc dwa lata starszą, z innym bagażem doświadczeń i w związku z tym z mniejszym zaangażowaniem w bieżące śledzenie wydarzeń w mojej ulubionej dyscyplinie, jakoś mniej emocjonalnie podchodzę do tego turnieju. Tym bardziej że nie udało mi się kupić biletu na mecz otwarcia – jedyny, na jaki mogłam sobie pozwolić. Że zmienił nam się trener, a Stephane Antiga schodzący wprost z boiska na ławkę trenerską budził moje obawy. Że w końcu słoneczna stacja zakodowała mi mundial. I chyba przekupiła Rai Sport, bo to ucięło sygnał na Polskę.

Mimo miernych emocji związanych z organizacją wielkiego turnieju w Polsce (mam wrażenie, że więcej wiedziałam o piłkarskim Euro 2012, kompletnie się nim nie interesując, niż o siatkarskim mundialu 2014, którym się jednak interesowałam od lat), z drugiej strony zazdrościłam tym wszystkim, którzy będą oglądać mecze na Narodowym i w halach. Już niemal równiutki rok moja noga nie przekroczyła progu hali, w której odbywał się mecz siatkówki! Ani ligowy, ani reprezentacyjny. Ach, gdyby tak jednak udało się pojechać na choć jeden mecz… cóż, marzenie ściętej głowy. Do meczu otwarcia zostało nieco ponad 10 dni. Po ptokach.

Dlatego na poprawę humoru, trochę nieco ponad tydzień przed meczem otwarcia, obejrzałam film „Drużyna” (o nim miało być przed jakimikolwiek wpisami mundialowymi, ale z pewnych względów będzie później). I to było samobójstwo. Dopiero i w końcu udzieliły mi się emocje, które zdrzemnęły się po moim wyjeździe z Olsztyna. Ten film miał być dla mnie dodatkiem, nie zamiennikiem mistrzostw świata oglądanych na żywo! A tu z jednej strony kombinowanie, jak tu sobie odkodować mundial, z drugiej – brak biletów na mecz otwarcia. Prawie płakałam koleżance w rękaw, gdy wychodziłam z kina. Mimo dość średniej oceny filmu – jako filmu. Nawet nie wiecie, jak mi tu, na mojej prowincji, brakuje siatkówki. Tych meczów, tych nawet ligowych, tych nawet oglądanych w skromnym towarzystwie kilkuset kibiców na trybunie. Tych meczów na żywo. A tu za pasem TAKA impreza i to w Polsce – a mnie na niej nie będzie! Dramat Any w pełnej krasie… Spuszczajcie już kurtynę.

Ale kurtyna nie opadła. W dół zamiast spaść w górę mknie do gwiazd. Tak, do samych gwiazd, wprawiając Anę w stan euforii na około 10 dni. Bo albo to szczęście głupiego, albo przypadek, albo cud. Wszystko tak samo (nie)realne. Z kina wróciłam późnym wieczorem, a już rano po moim załamaniu brakiem biletów nie było śladu. Bo tak się złożyło, że dzień po mojej wizycie w kinie na „Drużynie” odblokowana została pula biletów zarezerwowanych, ale z jakichś względów ostatecznie niewykupionych i zwolnionych do ponownej sprzedaży! Dosłownie kilka godzin po filmowej drużynie pół firmy wiedziało, że jadę oglądać realną drużynę. I tak oto BYŁAM NA MECZU OTWARCIA MISTRZOSTW ŚWIATA SIATKARZY! Otwarciu tych mistrzostw, które  pięknie się zaczęły:

Mniej więcej taki miała Ana widok na boisko podczas meczu otwarcia mistrzostw świata siatkarzy na Stadionie Narodowym. Dałam radę bez lornetki ;)
Mniej więcej taki miała Ana widok na boisko podczas meczu otwarcia mistrzostw świata siatkarzy na Stadionie Narodowym. Dałam radę bez lornetki ;)

i jeszcze piękniej skończyły.

Ale wiecie… mimo braku elementarnej wiedzy na temat kadry (no dobra, skład obił mi się o uszy. Wybór trenera, powrót Wlazłego, brak Bartmana i Kurka nie przeszły przecież bez echa) i jej tegorocznych wyników (acz kilka meczów widziałam, tej nieszczęsnej Ligi Światowej głównie. Niezbyt obiecujący Memoriał Huberta Jerzego Wagnera w Krakowie „wizualnie” mnie, niestety, ominął, ale wyniki odnotowałam skrupulatnie) pojechałam na mecz z nadzieją, że mimo dobiegających zewsząd typowań, iż to Serbia wygra na Narodowym i to 3:0, w porywach 3:1 (po rozmowach z lepiej zorientowanymi i szybkim zasięgnięciu choćby minimalnej wiedzy o letnich występach Polaków i Serbów też skłaniałabym się ku temu „w porywach”),  to jednak polska reprezentacja wyciągnie tie-breaka. Tym bardziej że lubię też serbską siatkówkę. Jakoś tak, po prostu, podoba mi się (a może bardziej: podobała. Grbić, Gerić, Gerić, Miljković…). A w tie-breaku to już wszystko mogło się zdarzyć. Tymczasem Polscy siatkarze zaczęli z wysokiego C i mimo iż narkotyzowałam się atmosferą trybun [bo sami posłuchajcie, skoro zobaczyć zbyt wiele Wam się raczej nie uda, niestety, jak brzmiał choćby hymn odśpiewany przez ponad 62 tysiące gardeł:



(i, sorry, panowie Kułaga i Magiera, ale najbardziej podobały mi się momenty spontanicznego życia stadionu i zagłuszania was przez kibiców)], naprawdę nie mogłam uwierzyć, że oni to zrobili. Że tak łatwo wygrali. Jak? Co się stało? Przecież my nie… a  Serbowie… a jednak. Na Narodowym było cudownie (głód meczów zrobił swoje), atmosfera przebiła nieco wynik, ale z każdym kolejnym meczem, nawet tym z Amerykanami, coraz mniej ściskałam kciuki, a coraz wyraźniej widziałam polskich siatkarzy w finale. Nawet po wylosowaniu grupy śmierci: Brazylii i Rosji na ostatniej prostej. Coraz mocniej przypominałam sobie, dlaczego tak kocham i tę dyscyplinę. Przypomniałam sobie, jak się zaklina mecze. Opowiada o nich ludziom niezorientowanym w temacie, nie zwracając uwagi, że ich to właściwie nie interesuje. Jak dyskutuje się z telewizorem (ekhm. Taka metafora. Cytując Margaret: thank you very much, Polsacie). Komentuje komentatorów. Wsłuchuje w odgłosy trybun i tylko one powstrzymują przed wyłączeniem dźwięku. Śpieszy do domu, by obejrzeć (gdziekolwiek na czymkolwiek) kolejny mecz. Bo jak nie oglądałam fragmentu, to był mecz z  Kamerunem. Amerykanami. I Iranem. Wiecie, kibic poza zaklinaniem meczów ma też pewne rytuały. Na przykład cały mundial 2006 w moim wykonaniu to było coś na kształt kibicowania rywalom Polaków. Dopiero w meczu finałowym stwierdziłam, że nie mogę nie kibicować Polakom. I co? I przegraliśmy złoto. Moja wina!

Wracając do teraźniejszości. Strasznie żałowałam, że finał oglądam w domu. Dobrze, że w towarzystwie koleżanki i jej rodziny – bo w naszej okolicy nie było żadnej, nawet minimalistycznej, strefy kibica. W marzeniach była(by)m w takiej:

Choć wystarczyłoby kilka – kilkanaście osób, by poczuć się niemal jak na meczu w hali. Bo, wierzcie mi, emocje tam, a przed telewizorem – to bardzo różne bajki. Milion razy lepsze piszą żyjące trybuny. Ale na dobrą sprawę wystarczy mieć z kim dzielić te emocje – nawet online czy przez telefon.

Niedzielny mecz był… no właśnie. Wiecie, z czego zdałam sobie sprawę, ale już po finale? Że naszego zwycięstwa nad Brazylią byłam pewna jak pierwszego olimpijskiego złota Stocha. Ja nigdy w życiu tak spokojnie nie oglądałam meczu siatkówki. A co dopiero tak ważnego finału! Spokojnie, mimo że w środku żyłam każą piłką, atakiem, blokiem, zagrywką. OK, na zewnątrz trochę też ;) Moje świeżo malowane paznokcie też prawie nie ucierpiały. Gardło mocno nie bolało. Nie siedziałam tak spokojnie 8 lat temu w akademiku, nie siedziałam tak spokojnie 5 lat temu, nawet będąc zmuszona kibicować cichaczem w kuchni domu rodzinnego. Daleko to od tej pewności, że z Serbią raczej nie wygramy, do pewności, że Brazylia nie sięgnie po raz czwarty po mistrzostwo świata. I mimo to dalej nie wierzę, że oni to zrobili. Tak po prostu zostali mistrzami świata. Ja dalej nie wiem, co napisać. Mimo że wyżej natworzyłam wyzbytych emocji, a dotyczących dni pełnych emocji, banialuków ;)

Tak cieszyli mistrzowie świata. Tak cieszyła się cała Polska. I Ana :) Fot.: poland2014.fivb.org
Tak cieszyli się mistrzowie świata. Razem z nimi cieszyła się cała Polska (przynajmniej ta siatkarska). I Ana :) Fot.: poland2014.fivb.org

Niewątpliwie, polscy siatkarze tworzą historię. Piękną historię. A ta lubi się powtarzać. Oby po raz kolejny – szybciej niż za kolejne 40 lat. Może więc powtórka z lat 1974 – 1976 w latach 2014 – 2016? Ja nie mam nic przeciwko. A Wy? :)

  • Zrobili to! Zrobili! Zostali mistrzami świata i przez cztery lata będą dzierżyć ten tytuł. Piękna niedziela, ale piękne były całe MŚ. I dobrze, po jednak nic zapowiadało, że polski mundial będzie tak udany. Ale jednak i z pewnością zapamiętamy go do końca życia! Choć już minęło kilka dni to emocje z niedzieli ciągle jak żywe, ciągle widzę siebie przed telewizorem: ściskam, klaszcze, modlę się i skaczę w górę ku uciesze… Pragnę teraz, aby tak było w Rio, niech tak będzie w Rio! Pozdrawiam!

  • Ja powróciłam do świata żywych, a co się z Tobą dzieje? :)

    • Ana

      Żyję offline, ale jeszcze mi mało :) Na dniach wrócę i do świata online.