Lato w pigułce, cz. I: Czerwiec

Długo milczałam, bieżących tematów zbyt wiele, zbyt skomplikowanych, zbyt błahych lub zbyt pospolitych, w politykę iść mi się nie chce, sport też już jakoś tak omówiony… Dlatego ku pamięci potomnych, a także w ramach spowiedzi i zadośćuczynienia zaglądającym tu po cokolwiek, podsumowanie czerwca u Any. Jeśli chcecie przeczytać, że w sumie to nic ciekawego się nie działo, poza zabójczym tempem pracy i okolicznymi imprezami głównie w rytmie disco, to przyjemnej lektury życzę :)

Czerwiec zaczął nam się szaro, buro i ponuro. Maj kończył całkiem przyjemnie, choć niekoniecznie przyjemnymi zdarzeniami. Pierwsze dni, zwłaszcza w pracy, mijały wolno i cicho. W tym czasie przypadła też rocznica 4 czerwca 1989 r. Kibice sportów zimowych poznali osobiste wyznanie Justyny Kowalczyk, a mnie się przypomniała inna smutna data – z kart mojej ulubionej siatkówki. Bo też w dość nietypowy sposób mnie ta data, czy bardziej: informacja zastała. Oglądaliście „Nad życie”? Mnie film nieco zawiódł (mniej lub bardziej drobnymi szczegółami – ale to film, nie biografia przecież), a i tak się wzruszyłam. Bo za każdym razem przypomina mi się ten piękny, słoneczny 4 czerwca 2008 r., gdy miałam wychodzić na zajęcia, a dostałam SMS-a z pytaniem, czy to prawda, że Agatka nie żyje. Miało już być przecież lepiej, jak to? Pośpiesznie włączyłam tv, bo miały być Wiadomości w południe. I niestety potwierdziły treść SMS-a. Człowiek nawet nie wie, kiedy zżywa się ze swoja pasją tak, że jej aktorzy stają się jakąś cząstką życia. Zwłaszcza tacy. I jak człowiek takie daty mocniej odczuwa, gdy właściwie wręcz odmiennie nacechowane tragedie zdarzają się obok. 

W każdym razie, nawet nie wiem, kiedy minął pierwszy tydzień, a potem kolejny. Ten pierwszy – jak wyżej – mijał spokojnie, nawet zdążyłam podzielić się z Wami przemyśleniami nieco patriotycznymi (chyba nieco udzielił mi się klimat całych tych obchodów 25-lecia wyborów ’89). Ten drugi śmigał już szybciutko, zwłaszcza około piątku, gdy dowiedziałam się (nie pamiętam, czy nie właśnie w piątek… ale chyba jednak w czwartek), że w sobotę czternastego zamiast odpoczywać, pojadę sobie do Ogrodów SGGW. Na Piknik. Ot, w sumie na wycieczkę. Ot, bo przecież nie mam męża, żony, dzieci, to nie mam co robić. I spędziłam tenże event niemal w całości tuż obok sceny (może z kimś się gdzieś tam mogłam minąć?), w namiocie, popijając herbatkę z kolegami i koleżanką z warszawskiego oddziału mojej firmy, a mniej więcej 1/3 do 1/2 czasu – z paniami z takiej jednej słonecznej stacji. Spokojnie, żadnych gwiazd nie było (poza Kammelem tuż obok, na scenie), to tylko panie „od kuchni”. Niemniej tyle dobrego, że się nie przepracowałam i nie zanudziłam. I ten namiot to chyba było najlepsze miejsce podczas tego pikniku. Nie tylko biorąc pod uwagę tłum ludzi przy stoisku, gdy… no właśnie. Byłam w Warszawie 4-5 godzin, a przez ten czas przeżyłam co najmniej z 10 razy 1- do 5-minutowe oberwanie chmury. W moim domku jakieś 140 km dalej na wschód z lekki odchyleniem ku północy popadało tylko trochę. Stolica chyba nie ma szczęścia do dobrych pogodynek ;)

Dnia kolejnego postanowiłam odbić sobie pracowite tygodnie i sobotę w pracy. Dwa Dni Miasta Z. Pierwszy był z muzyką popularną, ja trafiłam na drugi. Z tą dużo popularniejszą i prostszą. Polo(wą). Ale powiem Wam, że choć dotarłyśmy z koleżanką tylko na miejscową, acz dość mocno (chyba) świecącą (przynajmniej wśród nastolatek, patrząc na reakcje hot13s*) gwiazdę i gwiazdę o wielkiego (bardziej w szerz) Zenona z Akcentu, bawiłam się świetnie. Odstresowałam, odmóżdżyłam, poskakałam. Daleko mi było do zrelaksowania Enejowego, ale kurczę – jeśli nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Najważniejsze, że czas spędziłam przyjemnie, na świeżym powietrzu, w gronie znajomych. Muzyka (lub coś na jej kształt) kompletnie nie przeszkadzała mi w zabawie i rozmowach. I można było w poniedziałek wracać do pracy.

Przypuszczam, że tu powinnam dać jakiś przerywnik. Ale ten, który dam, czyli fragment miejscowej relacji z wyżej wspomnianych Dni Miasta, będzie tylko dla osób o mocnych nerwach. Lub wychowanych na Podlasiu, biesiadzie lub Disco Polo Live. Bez wyrafinowanego gustu muzycznego i w większości – bez rozwiniętego słuchu muzycznego. Pozostali niechaj odpoczną, np. wyglądając za okno. I czytają dalej. Jeśli jeszcze się nie zanudzili na śmierć (bo wena  to mnie chyba opuściła po ostatnim wpisie, a nawet jeszcze przed nim).

Powspółczuliście już i choć trochę Anie, że zwykle tylko jeden rodzaj rozrywek okolica jej funduje? To kartkujemy kalendarz dalej :)

Gdzieś w tzw. międzyczasie zaczął się mundial w Brazylii, w Lidze Światowej grali też nasi biało-czerwoni siatkarze. To chyba pierwsze MŚ w piłce nożnej, które tak kiepsko śledziłam. Bo mimo że nie przepadam za kopaną, wszelakie mistrzostwa lubię pooglądać. W pełni oglądałam chyba jedynie mecz otwarcia wraz z kawałkiem ceremonii. I to chyba pierwsza LŚ, którą tak kiepsko śledziłam. Ale cóż, mistrzostwa daleko, LŚ jakoś nie po drodze, godziny niespecjalnie odpowiadające, terminy też, miesiąc do pierwszego razu. Jako świadkowa. A więc i powoli trzeba było ogarnąć krawcową, fryzjera, kosmetyczkę, panieński, prezent dla młodych, nauczyć się przyczepiać kokardki, znaleźć (!!!) i kupić buty niezbyt (!!!) wysokie, coby świadka nie przewyższać o głowę… to ostatnie to była trudna sztuka. Buty znalazłam chyba po miesiącu szukania, dwa dni przed weselem (a może dzień? Ale to już historia na cz. II – Lipiec;). Niemniej najważniejsze wyniki odnotowałam. I Polaków, i w mundialu, i w finale LŚ. Wszędzie, niestety, bez Polaków. Może gdyby byli…

Druga połowa czerwca to coraz szybciej zbliżająca się impreza firmowo-branżowa, w przygotowaniach do której miałam ważny udział. Wysyłałam zaproszenia. Wysłać ponad 500 zaproszeń, nie pomylić się, nie zapomnieć o kimś istotnym, potwierdzić patronaty, wydrukować plakaty, przygotować wstępny rys scenariusza, zorganizować tabliczki do pamiątkowych statuetek i wiele innych drobiazgów, przez które pot lał mi się strumieniami po moich zgrabnych czterech literach, plus sprawy bieżące… a tu jeszcze po pracy szukanie sukienki na tę imprezę, butów na wesele, planowanie panieńskiego, molestowanie Młodej o różne pierdoły… to były jednocześnie najdłuższe i najkrótsze dwa tygodnie w moim życiu. Zresztą, pierwsze dwa tygodnie lipca były podobne :)

Mimo to znalazłam czas na relaks w długi weekend. W moim mieście odbywał się Dzień Łabędzia (ten dumny ptak gości w godle miasta). Wybierałam się tylko na finałowy koncert – Perfectu. Dotarłam, wbrew pogodzie, ale na szczęście ta się zlitowała i choć lekko mokro i chłodno, to na szczęście parasol służył mi tylko jako podpórka :) Nie zawiodłam się: „pokrzyczałam”, że „Chcemy być sobą”, ponuciłam pod nosem „Autobiografię”, pobujałam się w takt „Nie płacz Ewka”, i choć szału wielkiego nie było, to „dziadki” – nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu. Wielu młodych nie ma tyle krzepy i energii na scenie – naprawdę dawali radę. I porywali, i niekoniecznie – ot, jak to na koncercie takiej gwiazdy w małym mieście. Było naprawdę dobrze, mimo że mam zaległości w nowej twórczości Perfectu. Deser – przyzwoity pokaz fajerwerków na koniec (chociaż rok temu na zakończenie Lata z Radiem pokaz był ciekawszy), zamknął ten długi weekend perfekcyjnie. Zdecydowanie lepiej niż „przerywnik” sprzed tygodnia.

A po długim weekendzie… szaleństwo pracy w pracy i planowania po pracy. Bo już na piątek 27.06. zaplanowany panieński. Współlokatorka się wypięła, choć też zaproszona. Nie pożyczyła pokoju (jej jest co najmniej 2x większy od mojego), z wielką łaską pożyczyła szkło, musiałam w mój malutki zapakować 6 osób (ostatecznie 7, bo współlokatorka przyszła na panieński… w dresie). Zorganizować miejsce, akcesoria, posprzątać, wyrzucić połowę gratów z mojego malutkiego pokoiku, przygotować nocleg dla jednej z koleżanek Młodej, zorganizować tort – fajny projekt wybrałam, prawda? (:

I, teraz, słuchajcie – najciekawsze. W piątek Panieńskiego chciałam wyjść z pracy nie później niż o 16:00, czyli zgodnie z końcem mojego dnia roboczego. Ze względu na odbywające się 6 lipca święto firmowo-branżowe i mnóstwo pracy, rzadko wychodziłam przed 16:30. I szczęśliwa, że mi się udało dzień ładnie zakończyć, o 15:55 powoli przybieram się do zamknięcia kompa, a tu zonk. Wpada szefowa, że trzeba przygotować materiały do wywiadu dla szefa szefów. Na jutro rano. Czyli dziś albo jutro do 8-9:00. „Ucieszyłam się”, jak mogłam. No to szukam. Szefowa wyszła. Może 10 minut później. A ja… w nieodkurzonym mieszkaniu, bez napompowanych balonów, przygotowanego czegokolwiek byłam ok…. no, zgadnijcie. 18:30. A o 20:00 musiałam mieć wszystko gotowe, jeszcze się wykąpać, umyć głowę i być już na dworcu po zamiejscową koleżankę Młodej. Prawie się udało. Koleżanka pomogła z balonikami, do startu imprezy jakoś się ogarnęłyśmy. Ponoć było niekiepsko, ale to nie mnie oceniać. Niemniej, moje drogie panie, jeśli marzy się Wam Panieński ekstremalny, polecam się ;) Sama impreza trwała zbyt krótko i minęła zbyt szybko. Było – mam nadzieję – tak fajnie, jak mi się wydaje, że było. Do zaplanowanego ideału było daleko, ale impreza się udała. Nawet trochę zaszalałyśmy, ale co się zdarzyło w Vegas, zostaje w Vegas ;)

No, i tak zakończył się czerwiec. Że 27.06. to nie ostatni dzień czerwca? A Wy myślicie, że ja jestem cyborgiem? ;)


* hot13s – inaczej piszczałki. Hot13s to pojęcie ukute przez moje koleżanki i mnie (a przynajmniej tak sobie wmawiamy) podczas obserwacji niemal sikających z wrażenia w majtki fanek siatkarzy. Siatkarzy, których owe fanki uwielbiały właściwie wyłącznie za urodę (a ta to rzecz względna, zwykle zastanawiałyśmy się… z której strony oni są przystojni. Acz niektórym udało się być nie tylko bardziej przystojnymi od diabła, ale nawet całkiem OK). Wiek takiej typowej fanki rzadko przekraczał 13 lat. Takie to były hot13s po prostu, no… Gorzej, że zdarzały się i takie hotki 30 albo 40+!

  • Ana! Uwielbiam Cię! Za te notki i za sytuacje z moim udziałem :P

    • Ana

      Twoje komentarze trącą brakiem obiektywności :P

  • Zastanawiam się, dokąd pędzi te czas. Za chwilę koniec wakacji…
    Jestem pod wrażeniem tego, że jednak udało Ci się dopiąć wieczór panieński. Znając siebie, to nie wyrobiłabym się w tak krótkim czasie :)

    • Ana

      Nie wiem, jak to z Tobą jest, ale ja zauważyłam, że u mnie czas pędzić zaczął na łeb, na szyję, gdy zaczęłam regularną pracę. I strasznie się z tym czuję…
      A z tym panieńskim – chyba lubię wyzwania ;)