Krótka piłka: Polskość – duma czy wstyd?

Wczoraj mieliśmy Święto Wolności, 25. rocznicę pierwszych, choć nie w pełni demokratycznych, ale w końcu częściowo wolnych wyborów. Wspominamy sławetne: „4 czerwca ’89 r. skończył się w Polsce komunizm”. Polacy się cieszą, organizowane są koncerty, debaty, konkursy, wystawy, imprezy sportowe… Nie można nie odnieść wrażenia, że Polacy cieszą się, że są Polakami. Że historia ich kraju tak się potoczyła, lepiej niż niektórych sąsiadów, pewnie gorzej niż innych, ale że to właściwie fajnie, że są w takim, a nie innym miejscu na mapie. W cień odchodzą problemy bieżącej polityki, słowem: wszyscy jesteśmy Polakami. Nawet Obama.

Ale czy na pewno?

Wczoraj w pracy musiałam się zmierzyć z czymś mimo wszystko antypolskim. Z, moim zdaniem, politycznym podejściem do… żywności. Pracuję w firmie z branży spożywczej, a więc nasi klienci to konsumenci produktów żywnościowych. Jeden z takich klientów wychwalił nasze produkty: że smaczne, że lubi, ale… Wiecie, czego dotyczyło to „ale”? Tego, że promujemy się przez polskość. Zdaniem naszego klienta termin „polskość” ma wydźwięk pejoratywny, bo odnosi się do bylejakości, nierzetelności, taniości, nieuczciwości, wadliwości i w ogóle wszystkiego be. Wybaczcie mi moją niedojrzałość w tym momencie, ale mam tylko ochotę wstawić mema następującej treści:

Bo pierwsze, co mi się nasuwa na myśl, to czołówka „Hell’s Kitchen”. Na początku każdego odcinka piekielny szef Amaro podkreśla, za co otrzymał pierwszą i jedyną w Polsce gwiazdkę Michelin, „kulinarnego Oskara”. Ni mniej, ni więcej – za polskość. Polski szef kuchni, na polskiej ziemi, wykorzystujący i szanujący polskie produkty. Jeśli więc ta tak mocno zaznaczana polskość ma wydźwięk pejoratywny, to chyba nie chcę wiedzieć, jaki wydźwięk ma ta „właściwa”.

Pozostając tylko przy żywności, jej polskość jest mocno ceniona tak w kraju (dla wielu ludzi staje się coraz ważniejsze, by kupować „nasze”), jak i – a może nawet jeszcze bardziej – poza jego granicami. Polska wyeksportowała żywność za 20 mld euro, co stanowi ponad 13% całego eksportu. W tym roku ten eksport ma wzrosnąć o kolejne 10%. Bylejakości chyba nikt by nie sprowadzał, bo za taniość płaci się małym, chińskim rączkom. A tacy Niemcy, którzy najwięcej naszej żywności kupują, raczej z zamiłowania do bylejakości nie słyną.

Dlaczego więc polskość niektórym kojarzy się źle? Wydaje mi się, że jest to niepotrzebne wiązanie wszystkiego, co polskie, z brudną polityką. Z hasłami partii skrajanie prawicowych wycierających sobie gęby Polską, Polakami i polskością. Z niezadowoleniem z działań partii rządzących pod hasłem: „by Polakom żyło się lepiej”, zamiast których pozostaje pytać: „Jak żyć, panie premierze, jak żyć?”. Ale czy polskość to tylko polityka? Czy polityka to naprawdę polskość? Pozostając w kręgu przedsiębiorczości, polska polityka jej nie pomaga, więc skoro firmy promują się jako polskie, to trzeba im bić brawo, a nie równać do jakości polskiej polityki.

Jestem Polką. Jestem z tego dumna. Jak każdy mieszkaniec Polski lubię sobie ponarzekać na ten kraj, jego rząd, zarobki, pracę, sąsiadów, ceny, wyniki polskich piłkarzy, rozkopane drogi… Ale polskość sobie cenię. Polskie krajobrazy są boskie! Mimo że czasem trafi się zabita dechami wiocha albo szaro-bure osiedle. Sama chciałabym pojechać tu i tam, ale najbardziej lubię wracać do domu. Do polskiej rodziny w urokliwym polskim regionie, nawet jeśli jest on u Pana Boga za piecem i poza kilkoma drzewami i rzeczką nic więcej tam nie ma. Kocham polską kuchnię (choć potrawami inspirowanymi innymi kuchniami świata też nie pogardzę:). Kocham polskich sportowców. Kibicuję im z całej siły, chętnie ubieram barwy narodowe.

Swoją drogą, to ciekawe. Polskość taka zła, a tylu Polaków ubranych w polskie barwy narodowe kibicowało Polakom na EURO 2012 w polskich miastach – czy to na stadionach, czy pod, czy w strefach kibica, czy przed telewizorami. Wszyscy byli Polakami. Wytłumaczycie mi, jak wtedy można było nie ubrudzić się polskością? Albo dziś, znaczy wczoraj, gdy nawet Google bardzo polskimi doodlami atakowało?

25th-anniversary-of-first-free-elections-in-poland

Słowem, mi polskość w żadnym wypadku nie kojarzy się negatywnie. W połączeniu z polskimi firmami i markami – tym bardziej. Co prawda, lubię niemieckie słodycze z Lidla, ale najczęściej zakupy robię w polskiej, choć zarządzanej przez portugalski koncern, Biedronce, w której produkty spoza Polski stanowią nikły procent. Żywność jest tam naprawdę dobra – chyba nie zaprzeczycie. A że tania? Czy to aż tak pejoratywne dla naszego domowego budżetu?

Podziwiam więc wszystkie firmy, które mając mimo wszystko kiepski start, bo niezbyt przyjazną polskim przedsiębiorcom polską biurokrację i ekonomię, zdobywają świat. To, że polska wódka jest znana na całym świecie, chyba wie każdy. Ale czy wiedzieliście, że Islandia od ponad 60 lat kocha Prince Polo? Ja do niedawna nie. I ręka do góry, kto od pierwszej chwili wiedział, że to polski batonik :) A czy wiedzieliście, że obcokrajowcy lubią Ziaję i uwielbiają Dr Irenę Eris? I w życiu nie powiedziałabym, że Inglot jest polską firmą! A Solaris? Oknoplast? Fakro? Jutrzenka? Goplana? Wawel? Tymbark? Caprio? CCC? Może już nie wszystkie te marki są w rękach polskich, ale polskie będą zawsze – bo powstały na ziemi polskiej, w polskich warunkach, stworzone przez Polaków i dla Polaków. Dodatkowo wiele z nich jest laureatami programów takich jak: „Doceń polskie”, „Dobre, bo polskie”, „Teraz Polska”, „Polski Znak Jakości”, „Poznaj Dobrą Żywność”, która przed 2004 rokiem była programem „Polska Dobra Żywność”… Czy te wszystkie programy promujące polskie produkty świadczą o pejoratywnym charakterze rzeczownika „polskość”? Czy Wam on również kojarzy się negatywnie?

Dla mnie polskość to duma. I żadna nieudolna polityka ani prawy bądź lewy jej fragment nie sprawi, bym tę dumę zmieniła na wstyd.