http://pixabay.com/en/tulips-flowers-tulip-bouquet-violet-320151/

Słowo jedyne TY

Pamiętasz pierwsze kolorowe zdjęcia, których – masz nadzieję – nie widział nikt, poza Wami. Właściwie to te chyba nie były pierwsze. Ale jakie… Długo nie mogłaś jej darować TAKIEJ sesji! Bo dzięki niej rozbieraną sesję już masz.

Do tego  – świadomie czy nie – Ona już wtedy uczyła cię – świadomą tego czy nie – tolerancji, bo gdy ci cykano foty, ty z ciekawością oglądałaś lalkę o czarnym kolorze plastiku.

Kolejne fotki. Na nich jesteś z albo z nimi, albo z Nią. Te są gdzieś u „obcych”. A Ona dumnie trzyma cię na rękach. Uśmiecha się.

Pamiętasz sukieneczki, w które cię ubierała. A w które potem ty ubrałaś brata.

Zastanawiasz się, jak musiała ci ufać, że zostawiała 7-latkę przy wózku śpiącej, 7 lat młodszej, najmłodszej siostry. A potem ganiła za to, że kilkanaście miesięcy później wzięłaś ją na kolana. Właściwie tylko na to prawe. Bo tobie wydawało się: ot, ona taka malutka, ręce masz zdrowe, właściwie wszystko masz zdrowe, tylko to lewe kolano zabandażowane. A Ona po prostu bała się, że jakbyś nie uważała, to jeszcze z ciebie dzieciak, do tego z jeszcze mniejszym, niewiele myślącym drugim dzieciakiem na rękach i te szwy pod tym lewym kolanem są zbyt świeże, że coś ci się stanie. Ale Tobie było smutno, bo siostry nie widziałaś kilka czy kilkanaście dni, a ona zabrania ci się z nią bawić…

Teraz śmiejesz się, jak wspominasz, jak bardzo nie chciałaś, by poszła (a poszli oboje) na twój bal kończący gimnazjum, bo przecież rodziców twoich kumpeli nie ma! Będzie taka stypa… A ostatecznie było całkiem fajnie – oni osobno, wy osobno, została z tobą do rana, do samiusieńkiego końca imprezy. Gdyby Jej tam nie było, pewnie wróciłabyś do domu jako jedna z pierwszych, a nie ostatnia.

Pamiętasz, jak potem to ty odwiedzałaś ją w szpitalu, w którym spędziła dwa, może trzy dni na badaniach. I jak się głupio czułaś, gdy opowiadała ci o mamie Twojego kolegi z klasy (dlaczego głupio? No, jak to dlaczego, pytanie!), którą znała z wywiadówek, a wspólny oddział sprawił, że było im raźniej, nawet się chyba polubiły, nie tylko wspólnie chodziły na seriale i wymieniały przepisami.

Pamiętasz, jak wyprawiała cię na studia i tłumaczyła, że masz nie kombinować, nie bać się, brać taksówkę i trafisz. Ze sobie poradzisz, że Ona nie musi cię prowadzić za rączkę. A potem pakowała słoiki. Wcale nie do Warszawy.

Pamiętasz, jak dzwoniła, pytała, co u ciebie. A ty siadałaś na podłodze w rogu pokoju w akademiku i prowadziłaś z Nią, miałaś wrażenie, dziwne rozmowy – twoje współlokatorki jakoś inaczej rozmawiały ze swoimi… Ale już tak samo chwaliłaś się pierwszymi zdanymi egzaminami – właśnie Jej. Bo jak dzwoniłaś, to wolałaś rozmawiać z Nią. Nie z ojcem, bratem, siostrą. Z Nią.

Pamiętasz też te gorsze chwile. Wasze nieporozumienia, kłótnie, trzaskanie drzwiami, ciche dni… Ale co by to nie było i jak mocno by się nie potoczyło, ZAWSZE to mijało niepostrzeżenie.

A teraz… teraz to już nawet przestało cię denerwować, gdy tak co chwilę wypytuje, kiedy doczeka się zięcia.

Ona. MAMA. 27 lat temu po raz pierwszy świętowała, a ty jej z tej okazji z pewnością wydałaś wspaniały koncert. Pewnie całodniowy i północny. Nieco ponaddwutygodniowego niemowlęcia.

I dziś świętuje. A ty wieczorem dzwonisz, że zapomniałaś dać jej prezent. Niech go sobie znajdzie w twoim pokoju. Wszystkiego najlepszego!

I tak już 27 lat :) I czekasz na kolejne 27, i kolejne 27, i nie wyobrażasz sobie, by jej nie było za jeszcze kolejne 27…

 

 bukiet