fot.: morguefile.com

Między życiem a śmiercią

Jakie to życie bywa przewrotne. Jeszcze przed chwilą z uśmiechem na ustach flirtowałam z życiem Danki, kończąc lekturę wywiadu rzeki z piękną i pełną życia spełnioną aktorką i kobietą. A teraz miotają mną refleksje z pogranicza życia i śmierci.

Gdy Wy będziecie zagłębiać się w lekturę tego tekstu, ja będę na smutnej uroczystości. Która nigdy nie powinna była mieć miejsca. Nigdy. To nie pierwszy pogrzeb osoby, która nie powinna była jeszcze odchodzić z tego świata. Jeszcze za wcześnie. O wiele za wcześnie. I nie jest to ktoś dla mnie bliski. A jednak wszystko odczuwam bardzo mocno. I dlatego muszę się tym z Wami podzielić. Bo gdy to piszę, jest już ciemno, późno, noc. I mam wrażenie, że łatwo nie zasnę.

Niemal 13 lat temu zginął młody chłopak z mojej miejscowości. Wracał z wesela swojej sąsiadki i mojego kuzyna. Mówił, że kolejne, na którym będą się bawić, będzie jego.

Też lata temu, tuż przed rozpoczęciem ostatniej klasy gimnazjum (bo nie podstawówki? Widzicie, stara już jestem, a pamięć ludzka bywa zawodna, niestety), w wypadku zginęła moja kuzynka. Równolatka. Mocno mną to wstrząsnęło. Mną, dzieciakiem, jeszcze tak naprawdę niewiele rozumiejącym.

Jakoś gdy byłam w ogólniaku, sznur na szyi zawiązał brat mojego kolegi z klasy z podstawówki. Chyba jeszcze w trakcie moich studiów, w okolicach Bożego Narodzenia, na podobny „gest” szarpnął się kolega mojego brata.

Kilka dni przed obroną mojej pierwszej magisterki koleżankę pożegnała moja najmłodsza siostra. 17-latkę pokonała choroba.

A 2,5 miesiąca później, tuż przed drugą moją obroną, w wypadku samochodowym zginęła niedoszła maturzystka, siostra innego mojego kolegi z podstawówki. W szpitalu zmarł też jej kolega poszkodowany w tym samym wypadku. A jej brat kilka tygodni wcześniej pochował rok od niej starszą swoją dziewczynę, chyba nawet narzeczoną.

Niedługo po mojej drugiej obronie, gdy ja koczowałam w stolicy, moi rodzice byli na pogrzebie dalszego kuzyna, niewiele starszego ode mnie, który też zginął w wypadku.

Wiele niepotrzebnych, zbyt wczesnych śmierci, które „gdyby tylko…, toby…”. Ale tego jednego malutkiego „gdyby” zabrakło. I wszystko znika z bólem. Wszystkie te powyższe odejścia, zwłaszcza tragiczne tych najmłodszych i tych, którzy sami targnęli się na swoje życie, mocno odbijają się w psychice rodziny i przyjaciół. Jednak nie pozostają też bez wpływu na wszystkich, którzy znali ich trochę, znali ich bliskich lub mieszkali blisko czy chodzili z nimi do jednej szkoły czy klasy.

Człowieka dopada tysiące myśli i miliony refleksji. W takich chwilach człowiek dziękuje Bogu (jeśli wierzy – a ja wierzę, więc nie wiem, komu bądź czemu mogą dziękować niewierzący, wybaczcie), że takie wydarzenia omijają jego najbliższych. Dziś modlę się, by nikt nigdy z moich najbliższych – nieważne w jak dobrych czy złych stosunkach z nim jestem – nie wpadł na tak egoistyczny pomysł. Choć zapewne dla wpadającego na niego, jest to ostatnia deska ratunku…

Wydarzenia ostatnich trzydziestu kilku godzin mocno mnie dotknęły, mimo że zmarłego nie znałam. Widziałam go może 4 razy w życiu, w tym 3 przez ostatnie 2 tygodnie. Ale te wydarzenia po raz pierwszy były obok, a byłam jakby o włos od centrum. Po raz pierwszy dotknęły tak blisko mojego najbliższego otoczenia. Dwóch osób, z którymi pracuję i spędzam sporo czasu. W tym jedna jest dodatkowo blisko związana mężem z moją rodziną. Tak naprawdę to z nią spędzam więcej czasu niż aktualnie z najbliższą rodziną: 5 dni w tygodniu po niemal 8 godzin dziennie. Czasami w sobotę widzimy się w pracy, a niedzielę spędzamy przy jednym stole. Do mamy wracam na średnio 48 h, z których jakieś 16 prześpię. I nie zawsze co tydzień.

Gdy taka historia brutalną bezsilnością ociera się o ciebie, świat zatrzymuje się, wszystko nagle staje się mniej ważne, zawieszasz się w pracy i po pracy. Tym bardzie że wszyscy wokół wiedzą, rozmawiają, gadają, przeżywają na swój sposób. Atmosfera jest ciężka i dziwna. Karcisz się nawet za drobny, spontaniczny uśmiech. I mimo wszystko, mimo że wiesz, że odpowiedzi nie będzie, pytasz sama siebie: dlaczego? Co musi się dziać, jakim silnym i jednocześnie słabym trzeba być? Powiedzieć coś? Milczeć? Dlaczego…

Mimo wszystko, mimo że nie był to dla ciebie ani nikt ważny, ani nikt, kogo w jakikolwiek sposób znałaś, jest strasznie. Ponuro. Ciszej niż zwykle. Bo to nie był nikt ważny dla ciebie, ale bardzo ważny dla osób w ten czy inny sposób ważnych dla ciebie. Ich cierpienie boli – boli tym bardziej, że tego zmarłego już nic nie obchodzi i nic mu życia nie zwróci. Obok ciebie są żywi zawieszeni między życiem swoim a śmiercią jego. On śpi spokojnie, oni się miotają. Obok nich jesteś i nie wiesz, co powiedzieć. Co mówić. Jak się zachować. Co myśleć. Jak pomóc, bo tu tak naprawdę nie da się pomóc. Nie tu. Nie teraz. Niby wystarczy być, ale wydaje się, że to tak mało i za mało… I ten rój myśli w głowie, bez ładu i składu jak treść tego wpisu, nagle pustka i odrętwienie, łzy w oczach, nogi jak z waty… Nawet nie chcę sobie wyobrażać procenta – ba! – promila tego, co muszą czuć najbliżsi zmarłego. Zwłaszcza tak zmarłego.

Dobrze jest mieć uczucia, ale w takich sytuacjach człowiek sobie myśli, że czasem ci o kamiennym sercu mają jednak lepiej…

Nie cierpię takich „imprez”. Kompletnie nie umiem się na nich zachować, nie wiem, co mówić, jak składać kondolencje, gdzie patrzeć i czy patrzeć… Ta dzisiejsza będzie najmniej komfortowa ze wszystkich tych najmniej niekomfortowych. Nie wiem, co tam będę robić… ale po prostu będę.

fot.: morguefile.com