Kamil Stoch podczas dekoracji drugim złotym medalem igrzysk olimpijskich w Soczi 2014

Jak zakochać się szczęśliwie?

Platonicznie i na zabój. Spokojnie, nie będzie to kolejny poradnik z serii: „Jak żyć? Radzi lepiej od Was wiedzący bloger”*. To będzie tylko i aż zapis nigdy nieskrywanych uczuć Any.

Wszystko zaczęło się dawno, dawno temu… nie pamiętam nawet kiedy. Na pewno nie  w szkole, w której zajęcia odbywały się na przysłowiowe(j) macie. Macie piłkę i grajcie. Tym bardziej że pierwszych latach szkoły zetknięcie z w-f-em było dla mnie trudne, bo trochę tych lekcji spędziłam, siedząc na ławce czy stojąc obok i patrząc, jak ćwiczą i bawią się inni. Potem zaczęły się wyjazdy na międzyszkolne zawody, głównie biegi. Które przestały bawić w momencie, gdy nauczyciel zmusił kilka z nas do wyjazdu, na który nie miałyśmy ani ochoty, ani okres wyjazdom nie sprzyjał. Ale cóż, pojechałyśmy. Trzy buntowniczki zakończyły przełaje na trzech ostatnich miejscach. Po drodze zbierając grzyby. To był chyba ten moment, gdy skończyła się moja wątpliwa kariera w czynnym uprawianiu sportu. Aczkolwiek teraz pluję sobie w brodę, bo mogłam zostać drugą Bjørgen. Co prawda, nie z astmą, ale są inne czynniki, które utrudniają mi normalne oddychanie podczas dłuższego wysiłku. Trzeba było ruszyć głową na tych grzybach!

Zauroczenie

Nie zmieniło się za to nic w kwestii pozostałych moich parasportowych zajęć i zacięć. Jak zawsze biegałam po podwórku i kopałam piłkę. Grałam w badmintona i czekałam nawet kilka dni na wiatr, żeby lotka spadła z drzewa i można było grać dalej. Różne piłki przebijałam nad bramą, a siedząc na płocie, komentowałam siatkówkę. Rowerem wykręcałam rekordy prędkości, by jak najmniej spóźnić się do szkoły. Nigdy nie byłam w górach, ale ktoś nam kiedyś kupił narty, które przeszły wszystkie pięć par stóp: moje i mojego młodszego rodzeństwa. Łyżew nie miałam, ale dziś mogę stwierdzić, że warunki miałam niemal jak nasz mistrz olimpijski w łyżwiarstwie szybkim: ja też ślizgałam się na lodzie własnej roboty, z kilku wiader wylanej wody! Sanki, worki i wszelkie inne jabłka też swoje ze mną przeżyły. Ale to jeszcze nie było to…

W rodzinie bez sportowych tradycji – nawet tylko w oglądaniu sportu i kibicowaniu – niełatwo jest odnaleźć swoje sportowe pasje. Musiałam więc odkrywać je sama. Początków upatruję w zauroczeniu lekką atletyką i pływaniem. Pierwsze medale, które obiły mi się o uszy i oczy, to – o dziwo – chyba już te z igrzysk w Atlancie w 1996 r. Byłam przecież beztroskim dzieciakiem, któremu w głowie tylko zabawa, ale jednak coś mi do tej pory świta: Robert Korzeniowski, Mateusz Kusznierewicz, Renata Mauer, Paweł Nastula… Bardziej świadomie świtają mi wyniki z Sydney cztery lata później i Aten w 2004. Z zimowych igrzysk – to tylko te z Adamem, czyli od Salt Lake City w 2002. Chociaż – chyba jak wszyscy – kojarzę i wcześniejsze wyniki pary Dorota Zagórska – Mariusz Sidek. Turyn, Pekin, Vancouver, Londyn i teraz Soczi to już kibicowanie z pełną premedytacją, choć pekińska rywalizacja była trudna do śledzenia ze względów technicznych: wichury szczególnie niszczycielskie m.in. w moim regionie pozbawiły mnie prądu na kilka dni. Najbardziej przeżywałam, że nie mogę oglądać zmagań mojej największej miłości: reprezentacji Polski siatkarzy! To była (jest!) piękna miłość…

Piękny (i zasłużony) widok: Polacy zwycięzcami Ligi Światowej 2012
To był chyba jeden z punktów kulminacyjnych mojej siatkarskiej miłości: Polacy zwycięzcami Ligi Światowej 2012 (fot. FIVB)

Miłość… dojrzała?

Jej początków upatruję w roku 2003, na informatyce w ogólniaku. Trzeba było przygotować 4-stronicową gazetkę, w parach, wybierając aktualne tematy. Ana, oczywiście, narzuciła koleżance tematykę. Sportową – jakąż by inną. Jak dziś pamiętam, jak na Macintoshu rysowałam na „jedynce” coś na kształt boiska ze złotymi gwiazdami symbolizującymi nasze Złotka. Złotka, które zostały Złotkami po raz pierwszy. Wtedy chyba pierwszy raz zetknęłam się z siatkówką w wydaniu innym niż „na macie”. Ale to jeszcze nie była miłość. Czarno-białe klatki newsa z 16 września 2005 roku też jeszcze – a może: tym bardziej – nie. Tak, to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Ta miłość zaczęła się latem 2006, na przełomie lipca i sierpnia, od przypadkowego Zagumnego w polu zagrywki jakiegoś meczu Ligi Światowej. Tym samym zdążyłam  na akcję „Dzika karta dla Polski!”. Którą dostali Włosi. Ale potem… potem to już samo poszło – i wszystko przez ten Olsztyn! Trafiłam do pokoju w akademiku z fanką siatkówki co najmniej z ojca, a może nawet dziada pradziada. Budziła mnie i parzyła nam kawę na mecze mistrzostw świata w Japonii. Kibicowałyśmy na niskim poziomie głośności, by nie obudzić trzeciej współlokatorki. Potem już wszystkie trzy trafiłyśmy na prezentację AZS-u Olsztyn. A gdy już (i dość szybko) koleżanka – najpierw jedna, potem ta bardziej zaangażowana – przestała chodzić na mecze, ja biegałam dalej. I kochałam mimo wyników. I AZS, i reprezentację.

Miłość pierwsza

Miłość Any zmienną jednak jest. Raz wymaga reanimacji, raz jest tą do szaleństwa. By nie było nudno, miłość nie może być jedna! Idąc tym tropem, wracamy do zamierzchłej przeszłości. Jeszcze bardziej wstecz, jeszcze mocno przed 2006. Oto w czasach mojej podstawówki, gdzieś w jej połowie, zaczęła się wielka ogólnopolska zimowa akcja „Leć, Adam, leć!”. Z ręką na sercu przyznaję, że nie pamiętam, kiedy obejrzałam pierwszy konkurs Pucharu Świata. Zapewne przypadkiem kiedyś przy obiedzie. Pamiętam, że w czołówce skakał jeszcze „Goldi”, Martin miał czerwone włosy, a „Hanni” najpierw wygrał wszystkie konkursy Turnieju Czterech Skoczni, a potem odważył się bić rekordy Wielkiej Krokwi i wygrywać przed naszym Adasiem (mimo tego i całej tej zimowej wojny polsko-niemieckiej śnieżkowa akcja Polaków w Harrachovie mnie oburzyła)! Adam był miłością całego kraju, moją też, ale pozwolił mi odkryć większą miłość. Tę, która złote owoce zbiera w Soczi. 

Gdy Adam zaczął święcić triumfy, miał mniej lub bardziej perspektywicznych kolegów, ale tę perełkę tak na dobrą sprawę zauważyłam w sezonie 2004/2005. Na zawodach Pucharu Świata w Pragelato. W dniu 33. rocznicy olimpijskiego złota Fortuny. Niemal jak filip z konopi wyskoczył na 7. miejsce (przed Adama!) młodszy ode mnie o całą 18-tkę (dni), czyli wówczas nieco ponad 17,5-letni Kamil Stoch. I tak oto po części ze względu na wyjątkowy rocznik, po części ze względu na głupie gadanie (już wtedy!), że po Małyszu skończą się skoki i niczego nie będzie (oo, to chyba nawet przed Kononowiczem!), i w ogóle jest tylko Adam i długo, długo nic (sorry, ale to był efekt systemu szkolenia), przy okazji nazywanie Kamila „drugim Małyszem”, a zaraz potem zrównywanie go z ziemią, uwierzyłam, że ten chłopak nigdy nie będzie drugim Małyszem, ale będzie pierwszym Stochem i jeszcze pokaże tym wszystkim ekspertom i komentatorom! Bo ten rocznik tak ma! :) I nawet sobie nie wyobrażacie, jak po tych 9 latach Stochomanii (a pewnie i ponad dekady ściskania kciuków za tego chłopaka) serce rośnie i się raduje, gdy Kamil niemal w 42. rocznicę złota Fortuny w końcu zastępuje go w złotej olimpijskiej koronie – i to w jakim stylu! A po kilku dniach dokłada kolejne złoto i zabiera drugi medal z meteorytem do Polski (pierwszy złoty meteorytowy zgarnął nasz najszybszy strażak, panczenista Zbyszek Bródka). Z sukcesów Adama tak się nie cieszyłam. Mistrzostwo Europy siatkarzy chyba mnie tak nie cieszyło (a swego czasu siatkówka wzbiła się u mnie na wyżyny, było z nią jak z Adamem i Kamilem w Pragelato: siatkówka i długo, długo nic, dopiero potem skoki. Od pewnego, już dłuższego, czasu szale wahają się jednak w okolicach równowagi). Pierwsza wielka miłość jest jednak tą najsilniejszą ;)

Kamil Stoch podczas dekoracji drugim złotym medalem igrzysk olimpijskich w Soczi 2014
Kamil Stoch podczas dekoracji drugim złotym medalem igrzysk olimpijskich w Soczi 2014

Co ma piernik do wiatraka?

Ano ma. W pierwszym słowie pisałam, że będzie o moich platonicznych miłościach. Bo oto jesteśmy chwilę po walentynkach i chwilę po triumfie w dyscyplinie – mojej wielkiej kibicowskiej pasji. Na takie wyznania nie ma chyba lepszego czasu :) Ale z tej całej bajki wynika i coś ważnego dla miłości mniej platonicznej. Pasja. Bo szczęśliwie zakochać można się tylko z pasją, za pasję i dla pasji. Pasja daje szczęście, wyznacza cele, pozwala nie czepiać się innych jak rzep psiego ogona, a dążyć do spełnienia własnych marzeń. Pasja zaraża – to dzięki niej i radość, i cele, i marzenia stają się wspólne. bez pasji jesteśmy nieszczęśliwi.

Ja miałam to szczęście właśnie tak się zakochać: z pasją, bo inaczej nie umiem kibicować, i za pasję moich ulubieńców. W dyscyplinach, w których miłość musi być cierpliwa, ale okazuje się łaskawa. I daje wiele radości. Nie zazdrości, bo nie ma czego. I komu. A już na pewno nie tym biednym kopaczom :) Może jedna z nich lekko szuka poklasku, ale druga jest wyjątkowo skromna, nawet z dwoma złotymi powodami do górowania nad innymi. Jak tu nie kochać? A że platonicznie? I taka miłość jest w życiu potrzebna!

* takich poszukajcie u topowych blogerów lajfstylowych. Oni powiedzą Wam, jak być fit, jak zrobić sobie/komuś dobrze i czym, jaki rozmiar jest najlepszy, z kim, dlaczego i po co warto iść do łóżka i czego nie wiecie o seksie. U mnie znajdziecie tylko nudne jak flaki z olejem pitu – pitu o bzdurach. Wybór należy do Was :)