Weekendowa playlista (1): TOP 5 w czasach lenistwa

Tematów na dzisiejszy wpis przemknęło mi przez myśl całkiem sporo. A to moja słabość do sportowców pechowców, a to moja słabość do kadry polskich skoczków, a już najbardziej ich pięknego gestu dla kolegi z Austrii (który, swoją drogą, należy do tych moich ulubionych sportowców – niestety – pechowców), a to dwa słowa na temat Gali Mistrzów Polskiego Sportu 2013, a to coś o finale WOŚP, a to może w końcu kolejny odcinek Zmiennika, a to jakieś poważniejsze rozmyślania nad kubkiem gorącej herbaty, a to… I z tego wszystkiego wyszło mi, że z tą gorącą herbatką (a właściwie kubkiem z aspiryną) napiszę krótką notkę o nutkach, które towarzyszą mi, gdy nic mi się nie chce. Albo  jak dziś, gdy właściwie to nawet chciałoby się, ale zatoki mówią: Leż! I ani waż się ruszyć! To leżę i piszę. I słucham. W końcu w CSO mam kategorię: „Słucham„, więc warto przybliżyć Wam czego. Na początek: 5 leniwców. Piosenek do leniuchowania, do nieśpiesznego przeganiania lenia, do włączenia sobie „w tle” zajęć, na których wykonanie mogę sobie pozwolić w tempie wolniejszym niż zawsze. Wybaczcie, że nie ma tu największych hitów z list przebojów. No i Ellie z wczorajszego Facebooka też musi poczekać.

5. Bardzo lubię piosenki Bruno Marsa. Jego Locked Out Of Heaven towarzyszyła KAŻDEJ mojej jeździe z obojgiem instruktorów (mimo że słuchali innej muzyki i innych stacji radiowych), gdy przez ponad pół roku (a, różne to były przeboje i wyboje, że wyjeżdżenie 30 godzin aż tyle mi zajęło…) przygotowywałam się do zdawania prawka. Oczywistym jest zatem, że na dzisiejszej playliście nie może zabraknąć hymnu takich leniwych dni. Przed Wami miejsce piąte i Bruno Mars z The lazy song:

4. W leniwe dni zwykle tęsknię. Za ludźmi, miejscami… A jak już tęsknię za ludźmi i miejscami, to zawsze w głowie tłucze mi się: I fell in love with the city… Zgadniecie, w jakim? :) Tymczasem Monika Brodka zaśpiewa Wam o Varsovie:

3. O tej piosence wzmiankę wzmiankę czytaliście już  TU. Pora, by była jednym z głównych bohaterów, tak jak jest jedną z tych piosenek, których słucham często (trudno powiedzieć, że zawsze, bo czasami mam nastrój na mniej nastrojowe piosenki), a na pewno wtedy, gdy leniwie przenoszę się do klimatycznego somewhere only I know. Więc… może pójdziecie ze mną i Lifehouse do Somewhere Only We Know?

2. Robbie bardzo długo pracował na to, bym polubiła jego twórczość. Jakoś nie mogłam się do niego przekonać, ale gdy usłyszałam tę piosenkę, pokochałam ją od pierwszego przesłuchania. Przesłuchałam kolejne, ubiczowałam się za opieszałość w zostaniu fanką Robbiego. I od tamtej pory w takie nieśpieszne dni, szczególnie when I’m lying in my bed, lubię sobie po prostu pokontemplować, gdy Robbie Williams śpiewa o Angels.

1. I niekwestionowana liderka zestawienia. Nie powiem, że jestem jej fanką „od zawsze”, bo spośród wyżej wymienionych jej fanką zostałam chyba najpóźniej. Jej nazwisko usłyszałam najpierw całkiem przypadkiem, a potem gdzieś w jakimś programie muzycznym typu talent show. Wskoczyłam więc do internetu, odszukałam piosenki i zostałam najgorętszą fanką głosu. Och, jak ja uwielbiam takie charakterystyczne głosy! A kobiece – szczególnie. Z utworów zaś najbardziej spodobał mi się chyba ten, który wprowadza mnie w tak błogi nastrój… że mogę się lenić godzinami. Panie i Panowie: nieśmiertelne I say a little prayer  w najlepszym możliwym wykonaniu – Arethy Franklin!

A teraz Wasza kolej. Jestem ciekawa, co płynie z Waszych głośników, gdy przychodzą takie dni, gdy nic się nie chce, za oknami szaro, buro i ponuro. Macie podobnych faworytów jak ja, czy słuchacie zupełnie innej muzyki? A może wolicie lenia przeganiać i włączacie piosenki, przy których nie da się spokojnie wysiedzieć, bo nogi same rwą się do tańca i różańca? :)

PS: Zachęcam Was do odwiedzania mnie tu: fb logo (szczególnie ten kanał społecznościowy polecam) oraz tu: Twitter_logo_blue.

  • hehe coś zupełnie odmiennego, jedno co mi przychodzi na myśl z kawaków mega pozytywnych i radiowych to HAPPY pharell Williams’a. Reszta to jakieś crashdiet, cinderella, whitesnake, aerosmith, i na zmułe the doors żeby lepiej się spało :P

    • ana

      Kojarzę Aerosmith i The Doors, Pharella poznałam dzięki Tobie, a resztę – trudno mi powiedzieć, czy słyszałam, bo często trudno mi przypomnieć sobie piosenki artystów, gdy mam ich nazwisko albo nazwę kapeli i odwrotnie – znam piosenkę, ale trudno mi ją dopasować do artysty :) Dziwna jestem, wiem :D
      PS: Na megapozytywne zestawienie przyjdzie czas, to to takie pozytywne, ale zamulacze troszkę :)

  • spoko, jeszcze trochę i będziemy znów słuchać last christmas, bo zapowiadają że ciężka zima idzie, więc jak już przylezie i nas zgniecie mrozem i śniegiem (pfffff zobaczymy) to się zarzuci coś meeeeega pozytywnego :)

    • ana

      W sumie w tym roku przegapiłam „Last Christmas” (brak radia w pracy, a po pracy playlista na spotify, niestety:), więc pewnie trzeba będzie nadrobić zimą śnieżną :) Acz mam nadzieję, że znajdę sobie przytulniejsze kawałki ;)

  • „I say a little prayer” Arethy w wykonaniu Ruperta Everetta z „my best friend’s wedding” – ach! :D od razu humor wraca… :))

    • ana

      Chyba muszę nadrobić. Ale Aretha i tak pozostanie no. 1 :)

  • Aniu, Somewhere Only We Know? bardzo pozytywnie na mnie działa, dziękuję, że mi przypomniałaś ten numer :). Robbiego uwielbiam całego, mam to po mamie, ale najbardziej powala mnie Come Undone: http://www.youtube.com/watch?v=4D35vfQ7eZg całuski weekendowe!

    • ana

      Do usług :) A „Come Undone” też bardzo lubię. Ale może Ty wolisz teledysk od piosenki? :P