Weekendowa playlista (2): TOP 5 energetyków

Jak ten czas leci… mamy już kolejny weekend! Zacznijmy go więc dobrze. Od zastrzyku energii. Obiecywana zakładka nie zginie, poczeka, a sobotę rozpoczniemy wspólnie przy moich Tigerach, Burnach i innych Red Bullach. Czyli piosenkach, które dodają mi energii samym swym istnieniem. Które sprawiają, że nie usiedzę w miejscu. Nie zawsze robią to mocnym uderzeniem dźwięku. Nie zawsze megapozytywnym przekazem płynącym z tekstu. NIe zawsze są to do tańca kawałki. One po prostu mają w sobie coś takiego, że gdy ich słucham, lepiej, gdy mnie nie widzicie. Lepiej, bym nie zapomniała opuścić rolet i nie widzieli mnie sąsiedzi. Bo przy nich automatycznie podnosi się poziom głośności w moich głośnikach (spokojnie, sąsiedzi żyją i nie walą do drzwi – z warunkami dźwiękowymi mojego lapka moc jest niewielka:) i zaczynam gestykulować, skakać, tańczyć, a nawet śpiewać. Ładując tym akumulatory. Zobaczcie zatem i posłuchajcie, czym. 

Tak, ja wiem, że to typowy kiczowaty produkt amerykanckiej popkultury. Tak, tak, pamiętam – Wojewódzki gdzieś o tym mówił. Ale co ja zrobię, że lubię Kelly? A tę piosenkę najbardziej? OK, mówi o oczywistych oczywistościach, jak mawiał klasyk, ale czy to źle? Mi wystarczy, że ładuje akumulatory nie tylko energią, ale taką megapozytywną energią. Chcę skakać, tańczyć, śpiewać. Bo to taka piosenka i taki typ energetyka, że mimo najbardziej kiczowatej oprawy wierzysz, że co cię nie zabije, uczyni z ciebie wojownika, a dopóki marzysz i śnisz w kolorze i robisz, na co masz ochotę, spełniasz się, realizujesz plany, who cares? Kogo obchodzi, że piosenka Kelly płynie z Twoich głośników? Mógłby ją śpiewać nawet Weekend. A nie, wróć. Przepraszam Kelly.

Miejsce 5.: Kelly Clarkson – Stronger (What Doesn’t Kill You)

OK, to teraz pora na energetyk nieco bardziej stonowany. Ten daje mi kopa w szczególnych warunkach. Chyba właściwie zaraz po  jakimś crush and burn, gdy jestem halfway gone. Gdy tak sobie drepczę i nie wiem: do przodu, do tyłu, a może zostać, bo tak mi dobrze? Więc if I take too long, energetyzuję się za pomocą…

miejsca 4.: Lifehouse – Halfway Gone.


A w środeczku – bomba energetyczna z  mojego ukochanego Olsztyna. Jeśli pamiętacie, jak prawie rok temu góra przybyła do Mahometa w same walętynki – nie muszę dodawać ani słowa. Więc dodam :) tylko tyle, że z płyty, na której znalazła się ta piosenka, jako pierwsza dopadła mnie Lili. Dopiero potem nastąpiła fascynacja właśnie numerem 5. w dzisiejszym TOPie (by ostatecznie ujęła mnie i porwała Symetryczno-Liryczna). Wśród utworów tego wykonawcy – jak już się domyślacie: zespołu Enej – z dzisiejszym no. 5 konkurować mógłby tylko ten, w którym „Lolek” śpiewa… właściwie to samo: żeby żyć każdą chwilą, która nas otacza. Bo życie ma smak! Ale dziś wygrywa jednak…

… miejsce 3.: Enej – Tak smakuje życie!

I… ex aequo. No co… nie mogłam się zdecydować! Mam sentyment do chłopaków, ale cóż – ja ich mogę słuchać godzinami :) I wolę – mimo wszystko – te bardziej energetyczne kawałki: ŻyjKortowiada (nawet! A nawet: no jakżeby inaczej!), Myla Moja czy właściwie połowa ostatniej płyty… Gdybym mogła, co energetycznego TOPu wybrałabym wszystkie. Głupia ja, że ograniczyłam się do piątki! Ale jeśli już ktoś stawiałby mnie pod ścianą pod groźbą rozstrzelania, to chyba wybrałabym stary, dobry Enej, o którym jeszcze mało kto słyszał. Utwór, od którego moja miłość do tego zespołu się zaczęła. I wielu prawdziwych fanów. Piosenkę, dzięki której momentalnie i – co ważne! – nienostlagicznie, a baaardzo przyjemnie przenoszę się do Olsztyna. Na te jego ulice. Starówkę. Kortowo. Paradę. KORTOWIADĘ! Choć przyznam szczerze, że singiel z ostatniej płyty – Tak smakuje życie – mooocno konkuruje z tym kawałkiem. Ale nie mógł być wyżej w zestawieniu.

Powitajmy miejsce 3. ex aequo: Enej i Ulice.

PS: Te donice są chyba głównie po to, by po nich skakać ;)

Im bliżej – jak mawiają komentatorzy i dziennikarze sportowi: czuba tabeli, tym trudniej. Tak naprawdę miejsc pierwszych w tym zestawieniu powinno być co najmniej kilka. Ale że lubię sobie utrudniać życie, a nie umiem wybierać… pozostaje wierzyć w cuda. Tego człowieka nie można nie znać. Tacy artyści pozostają nieśmiertelni – czegokolwiek by się o nich nie mówiło, jako artystom nie można im nic zarzucić. Jako ludziom – pewnie szybciej, ale przecież nie od tego jest ten wpis. Ten wpis jest o tym, jak człowiek (czyt.: Ana) chciałby nauczyć się moonwalku, ale jest beztalenciem. Jak chciałby uczynić świat lepszym miejscem, ale ktoś mu musi przypomnieć, że powinien zacząć od człowieka w lustrze. A tak w ogóle to nie jest sam i gdy believe in miracles, it don’t matter if you’re black or white… się zrobiło jakoś tak z lekka melancholijnie? Przerwijmy więc to energią z przesłaniem :)

Miejsce 2.: Michael Jackson – Black or White

Kolejny artysta, z którym mam problem, gdy mam wybrać TOP. Bo on ma wszystko na tip-top! A największy problem mam od 19 czerwca 2013 r. Bo nie dotarłam do Gdańska! (W tym roku ma być Justin, też mam ochotę jechać, ale ten Gdańsk mi nie po drodze…). Od czasu do czasu katuję się więc zapisem koncertu z tamtego dnia, zazdroszcząc wszystkim szczęśliwcom, którzy się na nim znaleźli. Ale do rzeczy. Jest tyle piosenek Bon Joviego, przy których ładuję akumulatory (więcej niż Eneja, zdecydowanie!), że wybór był megatrudny. Dlatego nawet nie będę próbować wymieniać ex aequo. Nawet nie będę próbować wymieniać, z jakich piosenek wybierałam – jeżeli ten weekendowy cykl przetrwa na moim blogu, zapewne w każdym odcinku znajdziecie Jona. Dobra, nie bądźcie już tak szczegółowi. Że w ostatnim go nie było? Ale on nie ma nic na/dla lenia! :P 

Co zatem wybrałam jako dzisiejszy no. 1? A zgadnijcie, czego Wam życzę na sobotę i cały weekend. I saaaay… ;)

Miejsce 1.: Bon Jovi – Have A Nice Day!

PS: Wiecie, mogłabym zestawić tu jeszcze inne piosenki. Ale co by mi zostało do innych TOPów? :)

PPS: I, oczywiście!, nie zapomnijcie podzielić się ze mną swoimi energetykami. Możecie to zrobić tu, poniżej w komentarzach, ale również i tu: fb logo (szczególnie ten kanał społecznościowy polecam), i tu: Twitter_logo_blue.

  • bon jovi jackson dają radę, reszty nie jestem w stanie słuchać :D

    • ana

      Oj tam, oj tam, otwórz się bardziej na muzykę ;) I pozwól otwierać innym – podrzuć mi kilka linków, zobaczę, czy ja będę w stanie słuchać Twoich ulubieńców :)

  • no kochana na muzyke jestem otwarta na maksa, jestem muzykiem ;-) po prostu nie przypadły mi do gustu te utwory i napisałam to, czy to znaczy że nie jestem otwarta na muzykę? I chyba nie każe Ci się zamykać na jakies doznania słuchowe? ;)

    • ana

      Hola, hola! To nie miało zabrzmieć aż tak! :) „reszty nie jestem w stanie słuchać” można różnie interpretować, ale już po komentarzu w poprzednim wpisie zdołałam się zorientować, że np. Kelly Ci do gustu nie przypadnie ;) Niemniej z tym otwieraniem się to zupełnie nie tak! W pierwszym zdaniu miał być to taki luźny żarcik (jak to u mnie, nieudolny :P ), a w drugim chodziło mi o to, żebyś podrzuciła mi kilka swoich ulubionych linków. Nawet jeśli nie przypadną mi do gustu, poznam coś nowego. Swego czasu też otwierałam się na Korna, dzięki koleżance – wielkiej fance. Nawet przebrnęłam przez którąś całą płytę. Ale, niestety, jest dla mnie jednak zbyt ciężki :)
      PS: Jesteś muzykiem? Więcej szczegółów poproszę!I wywiad chcę! :D

  • Kelly Clarkson wyretuszowana w swoim teledysku do granic przyzwoitości cudownie wypada przy bohaterach amatorskich filmików :D radosny, iście karnawałowy numer, reszta oczywiście również gra w mojej duszy przyjaznej wszystkim dźwiękom, które świetnie wypadają w koncertówkach :D cóż ja będę więcej pisała, Ana została totalnie zenejowAna! :)

    • ana

      Oj, tak, zEnejowAna zdecydowanie :D Na mojej Prowincji aż zostałam poniekąd gwiazdą koncertu: w pustej loży 3 osoby, w tym ja szalejąca do granic :P – Lolek aż musiał skomentować, że robię/imy im konkurencję, urządzając na górze drugi koncert :P