Listopad w pigułce

Zmiennik rośnie zbyt wolno. Zanim pójdzie do przedszkola, jego autorka pójdzie do piachu. Ale nie ma tak dobrze! Odcinek czwarty już się pisze (od 11 listopada), a odcinek piąty – nie ma bata! – musi ukazać się 1 grudnia. Nic mi więc dziś nie pozostaje, jak tylko rozprawić się z kończącym się miesiącem w dwóch słowach. No, dobrze…. przecież ja nie umiem w dwóch, będzie więcej ;)

large[1]

Ostatni raz u spowiedzi blogowej byłam… spowiedzią to może nie było, ale było to dni 22 temu. Zaczynałam wówczas walkę o bycie skowronkiem. Cóż, opornie mi idzie, bo łóżko kocham nad życie, ale walczę z tą – bądź co bądź – trochę niezdrową miłością. Mam nieco ponad tydzień na wyciągnięcie wniosków z dotychczasowych bojów – obiecałam raport z pola bitwy po 30 dniach na froncie. Będę.

Jak podpowiada mi mój przyjaciel FB, 7 listopada zostałam bohaterką na swojej stancji: złożyłam biurko, które do mojego zagraconego pokoju wtachał kurier. Do pełni szczęścia brakuje mi fotela biurowego i będę mogła wygodnie nie tylko pisać kolejne notki, ale i pracować po pracy stacjonarnej. Bo najlepiej sprawdza mi się teksty koleżanki (planuję wrócić do korygowania tekstów nie tylko jej; tymczasem w ostatnim miesiącu zrobiłam jej dwie korekty) w pracy – przy biurku i w wygodnym fotelu biurowym (szkoda, że to szefowa ma wygodniejszy…). A dotychczas na stancji miałam tylko szafkę na kółkach pod telewizor (a telewizora u mjenia niet), potem wzbogaciłam się o stolik pod laptopa z Biedronki. Niezbyt komfortowe warunki do pracy i rozrywki. Teraz, gdy mam już biurko, mam… więcej miejsca w pokoju i połowę sukcesu do wygodnej pracy i relaksu na blogu po pracy.

9 listopada musiałam przyjść do pracy. Moja firma świętuje w tym roku 85-lecie. W sobotę odbyła się edycja dla seniorów. Dzień przed o godz. 14:00 okazało się, że sporo rzeczy jest niezrobionych. Bo miały je ogarnąć osoby, które z końcem października pożegnały się z pracą (spokojnie, z własnej nieprzymuszonej woli). Szefowa na wyjeździe, to kto musiał ogarnąć temat? Jej asystentka – nie asystentka. A w związku z tym zmienić plan na sobotni poranek i południe i przyjść do pracy.

11 listopada ze smutkiem oglądałam i czytałam doniesienia ze stolicy. Naprawdę nie przepadam za ściąganiem nad Wisłę różnych zwyczajów z Ameryki. Ale jeden jedyny sama bym przywiozła i wdrożyła nie siedem, a siedemdziesiąt siedem razy w ciągu tylko tego jednego dnia. Umiejętność radosnego świętowania dnia niepodległości. Z żalu nad brakiem szacunku „patriotów” do tego naszego święta zajęłam się swoją szafą. Efekty poznacie w 4. części Zmiennika.

Już od wtorku nie było jednak czasu na narodowe sentymenty. 14 listopada moja firma miała galę z okazji 85-lecia istnienia. Marketing biegał. A Ana w dniu imprezy nie tylko omal nie zabiła się, a w najlepszym wypadku nie rozbiła szklanych pamiątek dla najważniejszych gości, bo się zaplątała w jakiś futerał po sprzęcie pozostawiony na scenie, ale i strzelała gafę za gafą. Pierwszą, szczęście w nieszczęściu, nie sama :) I przez niedopatrzenie innych osób (co z tego, jak i tak wszystkiemu winien był ten markieting…). Oto pierwszą częścią obchodów była Msza św., podczas której Ana i dwójka jej sąsiadów zza ścian w pracy miała nieść dary. Znaczy: miało ich być pięcioro, było troje, darów cztery, a żadne nigdy ich nie nosiło. I zaczęło się zastanawianie: jak, kiedy, po ile… ksiądz po nich wybiegł, zgłupieli, zanieśli po jednym, kolega biegł po czwarty, je dwie zaczepiła organizatorka… poplątanie z pomieszaniem! Ale to… to jeszcze nic. O drugiej gafie pisałam już Wam na fejsie. Za dużo większą i dużo poważniejszą gafę pewnie trzeba uważać wygłoszony za plecami ważnych gości komentarz do koleżanki podczas oficjalnej części imprezy. Niby nic, bo mówiłam koleżance, że będę jej podawać to szkło, ale nie wiem, czy pan X, dla którego statuetkę właśnie trzymam w ręku, jest już na scenie, więc podaję po kolei, niech nasz prezesunio sobie radzi. Tu warto zaznaczyć, że Ana dyskrecją nie grzeszy, ale tu grzeszyć nie musiała – wokół było wystarczająco głośno. Ale i tak komentarz był wygłoszony dość głośno i wyraźnie tuż za plecami pana X, który odwrócił się z radosnym: „Jestem!”. Niemniej, przynajmniej pana dobrze zapamiętałam. A to ponoć przyszły minister gospodarki… No cóż, bez gafy nie byłabym sobą.  Ale – co ważniejsze – widać, że choć pan jest ważny, a z różnych źródeł wiem też, że cholernie dobry w swoim fachu, to przede wszystkim sympatycznie i niezarozumiale umie się odnaleźć w każdej sytuacji – bardzo rzadkie połączenie. Większość z osób obecnych na tamtej scenie w momencie, gdy on radości obwieszczał mi swoją obecność, odwracałaby się z oburzeniem, że jak to?!, jak można nie wiedzieć, która/y i kim on/a jest! A poza tym Ana ma fantastyczne zdjęcie z Babeczkami Podlaskimi (niejedno!), tylko musi ścignąć fotografa, u którego spędziła pół piątku 15-tego (pół dnia pracy, gwoli ścisłości), ze 2 godziny w sobotę, pół poniedziałku [całe pół dnia: od wyjścia do pracy do powrotu po pracy od fotopstryka i z wizytą w Biedronce po bułki na śniadanie (pieczywo czosnkowe i croissanty są boskie!) nieobecność na stancji wyniosła 12 h 30 min] i pół czwartkowego poranka. Tylko po to, by wybrać 25 zdjęć, podpisać je, druknąć 2x i trzeci raz do albumu. A kolejny pomysł szefostwa sprawia, że chyba zapytam w studiu, czy nie mogłabym się do nich wprowadzić na czas pracy – no bo przy jednym 25-stronicowym albumie biegałam 4 dni z jednego końca miasta na drugi, to co będzie przy większym projekcie? Całe szczęście, że jubileusze są średnio raz na 5 lat (widziałam materiały z ostatniego, był na 80-lecie, więc następny czeka pewnie za 5 lat).

19 listopada odetchnęłam nieco w pracy, po pracy po raz kolejny pokochałam CeZika i zakochałam się w Józku. Szkoda, że środa w pracy ściągnęła mnie na ziemię. Ale co się naradowałam, to moje!

piątek natomiast wysępiłam od szefowej wejściówki na sobotni „Mam talent”, bo na weekend miałam zaplanowany wypad do stolicy dla złapania oddechu. Zapytacie: jak to? Tak to: zwykle ludzie uciekają z wielkich miast, by odetchnąć świeżym powietrzem, ja zaś musiałam uciec z małego miasta i zmienić klimat, by odpocząć. Udało się. Spotkałam się z dwoma wspaniałymi dziewczynami, potem zabrałam koleżankę ze studiów i jej przyjaciółkę na „Mam talent” – wyszły zachwycone, ja mniej. Bo to już kolejny mój pobyt na publiczności talent showu. Ten program też najmniej lubię ze wszystkich tego rodzaju. I tym mniej mi się podobało, im mniejsze wrażenie robiło na mnie poczucie humoru duetu Prokop – Hołownia (a ten styl wzajemnych relacji uwielbiam! Albo może: rozumiem doskonale? Niemniej nudzą mi się już trochę chłopcy, tracą pomysłowość…). Niemniej najlepsze nastąpiło potem: do naszej trójki dołączyła inna koleżanka ze studiów i ruszyłyśmy w miasto. Tylko pogadać, ale się wygadać. W końcu, po długim czasie niewidzenia.

No i cóż, już mamy środę. Szefowej nie było dwa dni, jutro zacznie się ma-sa-kra. Uciekam więc spać z nadzieją, że troszkę ukoiłam Waszą ciekawość, co tam u Any słychać. Jak widać powyżej, niewiele.

podpis xoxo

PS: No i zapomniałabym o najważniejszym, co wydarzyło się w listopadzie! Mój ukochany AZS Olsztyn w końcu powrócił na należne mu miejsce po – nie bójmy się tego napisać – latach grania ogonów. 10 listopada 2013 r. ta drużyna w końcu znów pojawiła się na 1. miejscu w tabeli. Co prawda, teraz troszkę emocje opadły, a wraz z nimi spadł i AZS, ale w końcu najważniejsze, jak się kończy – a, mam nadzieję, w końcu ta drużyna skończy na przyzwoitym miejscu. Dużo tego „w końcu”, ale w końcu pora grać, chłopaki, jak potraficie. A potraficie namieszać nie tylko w sercach kibiców, prawda? :)

AZS na czele
Taki print screen (z: plusliga.pl) muszę zachować! Bo – obym się myliła! – prędko się może nie powtórzyć.
  • Sol

    Dzięki ogromne za komentarze i z góry przepraszam, że tak późno odpisuję. Mam ostatnio tyle na głowie, że z niczym się nie wyrabiam, a blog leży odłogiem… ;)

    Co do łuny świetlnej nad cmentarzem – wiem, co masz na myśli… :) Świetnie to wygląda. Niestety na tym konkretnym cmentarzu nie widać czegoś takiego, bo ogrodzony jest bardzo wysokim płotem, chyba nawet ponad 2-metrowym… Może w przyszłości przy jakimś innym cmentarzu uda nam się uchwycić coś takiego… :)

    • ana

      Mój blog też się powoli w ugór zamienia… ale ja będę walczyć! I trzymam kciuki za Ciebie :)

  • Zapracowany miałaś ten miesiąc :) Zazdroszczę :)

    • ana

      Ja sobie niekoniecznie, ale nie mogłabym nic nie robić, więc mimo że ja czasem zazdroszczę Tobie, to trzymam kciuki, by u Ciebie przedrostek nie- szybko zniknął!

  • rewelacyjny pomysł na podsumowanie, co prawda ja nie robiłam nigdy tak obszernych relacji, ale krótsze się zdarzały. Masz zacięcie, i chyba pamięć dobrą:> bo ja już nie pamiętam co robiłam przedwczoraj:P

    • ana

      Z pamięcią różnie to bywa, ale co nie spamiętam, to spiszę, znaczy tradycyjnie i zgodnie z wykształceniem poleję wodą… znaczy, wodę ;)