Znalezione w internecie

To (nie) koniec świata! (A może jednak?)

Nowy serial na Polsacie zabrał mi tytuł dla cyklu i zakładki… Ale to nie zmienia faktu, że i tak go użyję na własne potrzeby ;)

Mija kolejny tydzień, miesiąc, rok mojej egzystencji na prowincji. Prowincji, która ma swoje cienie, ale ma i blaski. Mimo kolorów tęczy wybijających z szarości, nie jest to (już) miejsce dla Any. Ostatni raz było we wrześniu 2006. Jednak w 2011 Ana znów utkwiła tu na dłużej i na razie nic nie zapowiada zmian. Ale zmiany zapowiada Ana. Bo prowincje mają to do siebie, że gdy się tu ugrzęźnie, trudno się z nich wydostać. Jak z jakiegoś biebrzańskiego bagna. Słowem, w tym miejscu Świata zblogowAnego poczytacie o potyczkach Any z szarą, czasem kolorową rzeczywistością jej prowincji. Dziś krótko, zwięźle, pewnie nie na temat.

Był czerwiec 2006. Ana nie była jeszcze Aną. Chyba przez całą szkołę nie doczekała się żadnej ksywki. A przynajmniej  oficjalnie o niej nie wiedziała. Miała więc tylko imię. I nazwisko. Było fajnie. Były nawet zmiany. Co z tego, że tylko administracyjne – były! Bo oto zerówkę zaczynała w województwie łomżyńskim, podstawówkę kończyła już w podlaskim. Od urodzenia mieszkała w miejscowości z „sz” w nazwie, a gdy była gdzieś w połowie edukacji w jedynym ogólniaku w powiecie, jej rodzima miejscowość miała już nową starą nazwę. Bez „sz”. Była znów tą od świerków, nie od świerszczy. Ot, wielkie… mecyje.

Gdy Ana-jeszcze nie Ana kończyła ogólniak w owym 2006, lubiła swoją prowincję. I nadal, i wbrew pozorom ♥ Polskę Wschodnią. Wtedy nie znała innego miejsca, innego stylu życia. To, co teraz ją przeraża, wówczas było najzwyklejsze na świecie, normalne. Nawet mimo tego, że była trochę inna od rówieśników – takie przynajmniej miała wrażenie (i takie nadal ma…) – była szczęśliwa. Może nie miała tyle, ile 19-latka z wielkiego miasta, może parę rzeczy ją ominęło, nawet jak na 19-latkę z końca świata, Ana miała wszystko, czego jej było trzeba. No, może poza indeksem prawa (prawdopodobnie Ana z odwołania nie miałaby problemu z dostaniem się – całe szczęście, że nikt nie podsunął jej tego pomysłu!). Strasznie była zawiedziona tym faktem. Strasznie była zawiedziona, że czeka ją co najmniej trzy lata studiów w Olsztynie (z perspektywy czasu: Olsztyn to też prowincja. Ale inna. Większa. Lepsza mentalnie. I dlatego Ana Olsztyn ♥ bardziej niż Polskę Wschodnią, mimo że spędziła na Warmii tylko 5 lat i to nie całych, a tylko po 9 miesięcy!).

https://fbcdn-profile-a.akamaihd.net/hprofile-ak-prn1/50321_150140895020728_182820338_n.jpghttps://fbcdn-profile-a.akamaihd.net/hprofile-ak-prn1/50321_150140895020728_182820338_n.jpghttps://fbcdn-profile-a.akamaihd.net/hprofile-ak-prn1/50321_150140895020728_182820338_n.jpg

Opuszczając swoją podlaską prowincję, Ana nie sądziła, że czas na niej płynie tak wolno (ale spokojnie, zacofanie tu nie grozi, zwłaszcza techniczne. Cywilizacja dociera, a Ana ostatnio dostała SMS-a od swojej sieci, że jej miasto jest już w zasięgu LTE – jak w stolicy, normalnie!). Wakacje tu to był inny świat, inne życie, inne problemy. Inne pasje i zainteresowania. Ale gdy wróciła (niestety!) tu na dłużej, zauważyła, że nic się nie zmieniło. No, może trochę zainwestowano w drogi, ulice, odświeżono wygląd dwóch najbliższych sobie miast tej prowincji na granicy Podlasia i Mazowsza. Ale mentalnie? Mentalnie jest tak samo. Ludzie tu mają te same zainteresowania. Życiem innych. Boję się nawet myśleć, że tu nawet nie musi wymrzeć 1-2 najstarsze pokolenia, by coś si w tej kwestii ruszyło. Tu muszą chyba wymrzeć całe rodziny. Bo tu dużo młodsi ode mnie – ci, którzy nie chcą, nie mogą, nie próbują zobaczyć więcej niż własne podwórko, telewizor, komputer, najbliższa dyskoteka – mają rozrywki jak babcie przesiadujące w oknach i dziadkowie zaglądający do okien sąsiadek z naprzeciwka. Tu wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą.  Chcą wiedzieć i pytają. Prze-ra-ża-ją-ce! Jak to trzeba nie mieć własnego życia i własnych pasji, by jedynym sensem życia było gadanie, gadanie, gadanie i obgadanie całego miasta oraz wiedza na temat tego, co wszyscy jego mieszkańcy mówią o Zośce z Warszawskiej, Cześku spod sklepu, Wiolce ze spożywczego, Bożenie z mięsnego i Karolu z ZUS-u. Czy wy wiecie, że moja obecna współlokatorka, ekspedientka w osiedlowym sklepie, wraca zimowymi wieczorami z newsem, że pan z bloku naprzeciwko widzi, kiedy wstajemy?! Bo widzi, kiedy zapalamy światło w kuchni! A szefowa mówi mi, że już w firmie gadają, że jej dziecko miało w ręku produkt konkurencji (i to nie tej największej!) – no, jak mogło!? O zgrozo! Naprawdę, nie macie własnych rodzin i ciekawszych zajęć?

O błogosławienie sąsiedzi z Olsztyna, których mijałam na korytarzu, atakowałam w windzie, rozpychałam łokciami przy wyjściu z klatki i widywałam co mecz, a którzy o moim istnieniu nie mieli pojęcia! Tęsknię!

No, to narzekanie na małomiasteczkową mentalność mamy już za sobą :) Męczy mnie ona niezmiernie i to ona jest największym mankamentem życia na końcu świata (wybacz, Biała Podlasko, jesteś prawie 6 razy większa od mojego końca świata. I jesteś lepiej skomunikowana z Polską i Europą – żaden z ciebie koniec świata. Phi, warszawscy scenarzyści…;). Jeśli Was to nie zraża, zapraszam do kolejnych części cyklu o mojej prowincji. Może w kolejnym będzie to wpis w kolorach tęczy?